Niebo pełne gwiazd.

Mamo, wiesz kto jest najważniejszy na świecie? – zapytał mnie kiedyś mój sześcioletni syn Franek. Odpowiedziałam, zgodnie z przekonaniem, że to zależy od tego, w jakiej dziedzinie – polityki, religii, kultury itp.

-Czyli nie wiesz – skonstatował. A ja wiem.

-No to powiedz, kto?

– Jak to, kto? Ja!!!!

Ta rozmowa zapadła mi w pamięć i być może spowodowała, że sięgnęłam po lekturę Ralph Waldo Emersona – „Przedstawiciele ludzkości”.

Tutaj też mamy do czynienia z nieznoszącym sprzeciwu przekonaniem dotyczącym tego, kto jest najważniejszy na świecie. Są to więc w kolejności – Platon, Svedenborg, Montaigne, Szekspir, Napoleon i Goethe. Lista to osobliwa, nie ma na niej ani jednego założyciela religii, nie ma naukowca ( bo Swedenborg to przede wszystkim mistyk) a co do Napoleona- mam skojarzenie raczej z masowym zabójstwem niż powszechnym zbawieniem. Swoją drogą te dwa zjawiska niebezpiecznie ze sobą sąsiadują.

A więc mamy się zgodzić, że w kosmosie, albo w bardzo, bardzo dalekiej przyszłości, gdzie śladu nie będzie po nas innego, niż cudem zachowana powyższa książeczka – ten właśnie zestaw odzwierciedli zdobycze ludzkiej kultury, cywilizacji, filozofii, duchowości i siły? Ale od początku.

Przede wszystkim okazało się, że to, co mnie w tej lekturze naprawdę uwiodło, to talent autora. Nieważne, o czym lub o kim mowa – Emerson okazał się mistrzem litery, która ożywia ducha, wbrew temu, nad czym bolał św. Augustyn ( że litera zabija, duch ożywia). Franek miał rację. Przedstawicie ludzkości przedstawicielami ludzkości, ale najważniejszy jest autor.

Zrobiłam masę podkreśleń, bo nic mnie tak nie kręci w lekturach, jak trafność spostrzeżeń. Każde niemal zdanie może posłużyć jako credo dalszych rozważań, taką tworzy przestrzeń do interpretacji.

 Nie może człowieka wyższy spotkać zaszczyt nad to, że geniusz zwraca się do niego myślą podniosłą. – pisze Emerson o swoich wybrańcach, ale to stwierdzenie jak najbardziej dotyczy samego autora.

Zwracanie się myślą nie wymaga cielesnej obecności. Dzisiejsze czasy naznaczone cyfrową wiedzą powinny sprzyjać odnajdywaniu wirtualnych bratnich dusz o wybitnych umysłach, z tym, że trzeba zadać sobie trud i poszperać w sieci. Emersonowi o takich możliwościach się nie śniło, byłby zdumiony faktem, że można rano włączyć kompa i zamiast czytać o Platonie scrollować tic toka. Dostępność WSZYSTKIEGO DLA WSZYSTKICH nie oznacza bowiem podniesienia poziomu zbiorowej świadomości, jak mi się kiedyś wydawało. On zapewne żywił podobne przekonanie mając na myśli wynalazek druku. Tymczasem nic się nie zmieniło. Nadal jest kwestią indywidualnego wyboru WYNIK WYSZUKIWANIA. Nikt nikogo nie zmusi do umysłowego wysiłku, przez tysiąclecia nie zdołała tego dokonać nawet najsroższa dyscyplina w najlepszej szkole. Więc tajemnicą pozostaje, czy w ogóle jako ludzkość rozwijamy się intelektualnie, czy tylko technicznie. Według Emersona przedstawiciele ludzkości uruchamiają proces wszelkiego rozwoju i to właśnie dzięki nim nasze życie jakoś się posuwa do przodu.

Emerson wskazuje na geniuszy jako niezawodny motor postępu, ale mnie chyba do końca nie przekonał o wyższości wymienionych w książce postaci nad całą resztą zasłużonych kandydatów, natomiast to, co wywija literacko na ich temat – wystarczy za najwykwintniejszą strawę.

Wielkooki Plato rozdzielał światło i cień, zgodnie z geniuszem naszego życia.

Kupiłam tę książeczkę nie z powodu Plato, ale Svedenborga. Tropię wszelkie wzmianki o nim, bo mnie fascynuje ten szalony, osiemnastowieczny mistyk- naukowiec. Lektura jego dzieła traktującego o sferach pozaziemskich, w których bywał jak ciocia Jadzia w każdy piątek na Kleparzu – jest czystym bełkotem, ale nie może być inna w przypadku prawdziwych duchowych odjazdów, natomiast to, czego się dowiedziałam O NIM – jest dopiero ciekawe. Z nielicznych wydanych po polsku dzieł Svedenborga miałam na półce „Pisma o małżeństwie” ze wstępem Miłosza.  Szukając kolejnych komentatorów trafiłam na Emersona. Rozdział pt  „Svedenborg czyli mistyk” spełnił moje oczekiwania, jest odjechany w kosmos i piękny literacko.

Co człowiek przeciętny nabywa przez doświadczenie, wybraniec taki odgaduje bez poprzedniego przeżycia – ot i najprostsza definicja mistyka. Nikt dotąd lepszej nie wymyślił. Bo dla Svedenborga i jemu podobnych –badanie i uczenie się jest tylko przypominaniem.

Albowiem – natura i prawda tak się tylko między sobą różnią, jak pieczęć i odcisk przez nią wyciśnięty. Tak więc – Każdy człowiek powinien by wobec każdego przedmiotu pytać: co oznaczasz?  Niewielu ludzi takie pytania zadaje swemu otoczeniu, a szkoda.

Svedenborg  wzrokiem wewnętrznym dokładniej widział rzeczy tamtego świata, niż wzrokiem cielesnym przedmioty tego świata.

Związek pomiędzy myślą a rzeczą to generalnie kanwa wszelkiej filozofii, ale mistyk określa go w sposób specyficzny – W swej formie organicznej każda rzecz podobna jest do ostatecznego celu, na niej wyrytego.

Ale potem, jak już wiadomo z pism samego Svedenborga – coś się załamało w jego mistycznej karierze, a załamało się to co zwykle w takich przypadkach. Wtrąciła się religijna doktryna, reguła i dogmat. Aniołom skrzydła opadły a diabłom odrosły ogony. Jak to komentuje Emerson – Natura szybko się mści na bezwzględnej pedanterii, pragnącej uwięzić jej fale. (…) wielki błąd Svedenborga tkwi w jego bezwzględności teologicznej.. Tylu mistyków na tym poległo, weźmy chociażby przypadek Matki Teresy, kiedy to olbrzymim horyzontom duchowym towarzyszy nieprzeparta ograniczoność.

Im bliżej doktryny tym mocniej pachnie siarką. Svedenborg zobaczył piekło i uwierzył w nie. Tymczasem istnienie bezwzględnego zła może przypuszczać tylko najskrajniejsza niewiara. Im mniej mamy do czynienia z naszymi grzechami tym lepiej. Tylko to jest czynnem spełnieniem obowiązku – powiadają Hindusi – co nam nie nakłada więzów.

Historia Svedenborgowych objawień zaczyna się wysokim lotem a kończy jak zwykle… Poezji mu brakuje jak tlenu. Dziwny, scholastyczny, bakalarski, beznamiętny, pozbawiony krwi człowiek klasyfikujący dusze jak botanik gatunki traw, badający bólem ziejące piekła niby pokłady wapna lub krzemienia.

Dlatego w pakiecie ze Swedenborgiem należy podać Szekspira. A ludzkość uratuje ten, kto pomiędzy nimi nakreśli linię łączną.

Albowiem cała zagadka książki leży w tym, że dopiero KOMPLET przedstawicieli daje obraz naszej kondycji i naszych możliwości. Nie bez przyczyny autor „niezbędnika do wysłania w kosmos” wybiera zestaw, który  wzajemnie się uzupełnia, ale każdy z osobna jest niekompletny. To mistrzowie wycinków życia, o horyzontach zawężonych do jednego rodzaju posłannictwa, ślepi na jakąś elementarną całość, którą, nie będąc maniakiem jednej sprawy – dałoby się ogarnąć. Ale będąc maniakiem jednej sprawy – doprowadza się do perfekcji i rozdyma coś, co w końcu pożera twórcę.  Wkręta opanowuje organizm mistrza. Bylejakości swojego losu, perspektywy smutnego końca, fałszywych przyjaciół – nie pozwala mu zobaczyć.

I to jest wspólny mianownik wybrańców. W jakiś sposób są ułomni pod ciężarem własnego geniuszu, talentu czy posłannictwa. Nic przyjemnego. Zamiast laurów – instrumentalne potraktowanie boskości. Początkowo w każdej z prezentowanych postaci Emerson widzi zjawisko absolutnie doskonałe i na tę okoliczność sypie komplementami, które same w sobie stanowią literackie mistrzostwo. Ten hymn pochwalny nagle się urywa i kubeł zimnej wody chlusta na rozgrzany posąg. W czarnym błocie świeci pojedynczy, czysty diament . Tak pozyskane diamenty nawlekamy na wspólną nić i umieszczamy w rakiecie.

W jakimś sensie każdy z nas nosi w sobie drogocenny fragment naszyjnika, po to żyje, choć nie zawsze świadom prawdziwej przyczyny narodzin. I generalnie nikt by się z nikim na życie nie zamienił, jakby przyszło co do czego. Ci, co świecą jaśniej, płacą wyższą cenę, widać ich gwiazdy na nocnym niebie, ale każdy ma swoją gwiazdę, jakoś jestem o to spokojna. Gwiazda Emersona świeci całkiem jasno.

Zdjęcie profilowe – Franek Bukowski

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.