Dziennik powstaje bez poprawek, zawsze z zamiarem późniejszej redakcji. Zapisuję, bo zapomnę. A potem zapominam zredagować i rosną pliki spontanicznych, wyjętych z kontekstu rozważań, czasem nawet bez daty. Wszystko czeka na właściwą chwilę. I oto nadeszła.
Październik 22.2011 Warszawa
Czym jest czas, widać wtedy, kiedy w tym samym miejscu, w tej samej porze roku idę tą samą ulicą obok tych samych sklepów, ale już nie mieszkam w domu, który nadal tutaj stoi, bo pod tym adresem mieszka ktoś zupełnie inny. Czas to mały złodziej rzeczywistości. Kradnie pojedynczych ludzi, umowy, klucze, dokumenty. Reszta wygląda, jakby nic się nie zmieniło.
Franek nie wraca ranki i wieczory z tych głupich gór, nie lubię gór, góry mnie nie kręcą. Trudno, żeby mnie kręciło coś, co przez większość mojego dzieciństwa zajmowało cały widok z okna. Tęskniłam do świata, w którym ziemia była płaska, gdy tymczasem zewsząd czyhała górzystość i było to przytłaczające. Jako dzieci spędzałyśmy długie miesiące w Kościelisku ze względu na lepsze powietrze. Niewątpliwie było ono lepsze. W czasach świetności huty Lenina i Skawina – Kraków widziany z Kopca Kościuszki wyglądał jak dymiący krater. Ciężko było sobie wyobrazić, że pod spodem istnieje życie.
Nie wiem, jaki wpływ na przejrzystość krakowskiego powietrza miała wizyta papieża, ale pamiętam jak z balkonu na 9 piętrze żegnaliśmy samolot odlatujący z Balic a w tle wyraźnie widać było Tatry. Tak samo wyraźnie było je widać po katastrofie w Czarnobylu. Widok Tatr na horyzoncie połączył w mojej pamięci te dwa wydarzenia, jednemu nadając mistyczny rys zjawiska nadprzyrodzonego a drugiemu przedsmak zagłady – czuło się, że to może być ostatnia rzecz, jaką oglądamy w życiu a powietrze nie jest czyste, tylko nie ma go wcale – zniknęło wraz z rozpadem cząsteczek. Wracając do dzieciństwa w Kościelisku, Giewont wyglądający zza firanki nigdy mnie nie kusił, nie rozumiałam, jaki sens ma dokładanie sobie wysiłku, skoro i tak do najbliższego sklepu było albo stromo pod górę albo stromo w dół. Tak samo do potoka, do kiosku i do Mocarnych. Inaczej się nie dało przemieszczać. Cała moja rodzina to byli jednak taternicy, a ojciec dodatkowo badał jaskinie, gdzie stopień nachylenia gruntu pod nogami osiągał parametry ekstremalne.

Nigdy nie rozumiałam rodzinnej miłości do gór. Może mnie podmienili w szpitalu? Może pomylili wstążeczki? Nie tylko gór nie lubię, w ogóle nie kocham przyrody, kocham myśl ludzką, ale nie komórki i płyn komórkowy, który w nich chlupie, nie pierwotki, mchy, paprocie, wszechobecny chlorofil i pędy fasoli wyrastające w jedną noc ze słoika na oknie. Brrr.. Nigdy się nie bałam duchów, ale bałam się poprzerastanych ziemniaków w piwnicy i za dużego kalafiora. Jedyne, czego się nie brzydziłam to kamienie, ale góry to bardzo przerośnięte kamienie. Wszystko co żyje samo z siebie swoim pulsującym, wilgotnym życiem lub osiąga rozmiary nienaturalne budzi we mnie grozę. Cały ten system, w którym każdy element się namnaża, nabrzmiewa, robi się drapieżny, musi coś pożreć, albo wessać, żeby napęcznieć jeszcze bardziej, system, w którym jedno żywi się drugim, żeby rosnąć – napawa mnie przerażeniem.
Tymczasem jednak Franek kocha góry i lezie tam cały szczęśliwy, bo przecież nikt mu nie każe. Coś mu jednak każe, to coś, co mnie każe unikać kanciastych grani, po których idąc wykręcamy sobie nogi i przydeptujemy własne pięty. Dopóki tam nie zrobią jakiegoś sensownego monitoringu nie będę spokojna podczas tych heroicznych wypraw. Czy wszystko musi być koniecznie heroiczne? Czy heroizm jest kwestią ducha, czy jednak włada nim ego?
Chodzenie po płaskim, które preferuję w swoim życiu ma także znaczenie symboliczne. Unikam ekstremalnych okoliczności, dopóki się da wybieram bezpieczne wyjścia, odpuszczam, zgadzam się z przedmówcą, akceptuję warunki, nie domagam się przeprosin, jestem potulna jak baranek i jak piesek merdająca. Los się ze mną kiedyś naszarpał, teraz już nie musi. W moim poprzednim życiu sama sobie wypowiadałam wojny i przegrywałam je sromotnie. Jak w tej biblijnej historii o walce Jakuba z aniołem, gdzie wszystko wskazuje na to, że anioł też jest Jakubem. Teraz jak ten szczur w klatce z prądem chodzę już tylko wyznaczoną dróżką, tą, która nie jest pod napięciem. Góry pachną ryzykiem i dlatego je skreślam. Skreślam wszystko, co może zaboleć. Dotknąć. Obudzić we mnie świadomego swej potworności wilkołaka. Trochę przesadzam, po prostu się martwię.
No i odezwał się nareszcie zdobywca szczytów. Telefon miał rozładowany. Można osiwieć.
1 Listopad – Zaduszki.
Ludzie dzwonią do mnie w Zaduszki, jakbym mieszkała w grobie z nieboszczykiem. Dobrze, że go nie proszą do telefonu. Nie myślałam nigdy, że będę wdową. Wdowa to taki synonim porażki, chyba, że jest morderczynią. Ale mało jest morderczyń mężów, zwykle morduje się żony. Chociaż w Chicago jedna baba, emigrantka z Polski truła swoich mężów bigosem. Sypała do niego arszenik, może niepotrzebnie, bigos sam w sobie jest zabójczy szczególnie dla obcokrajowca. Otrucie bigosem bez arszeniku byłoby zbrodnią doskonałą. Wracając do zaduszek – nie wybieram się ze zniczem na Twój grób, bo nie będę szukać żywego wśród umarłych, to taki cytat z ewangelii. Liturgia wielkiej soboty. Zdecydowanie fajniejsza niż Zaduszki, ale bardziej wyważona niż Halloween. Każda przesada pochodzi od demonów. Chociaż niektórzy mają powody, żeby tańczyć i świętować. Taka baba od bigosu.
W Krakowie zawsze chodziłyśmy na cmentarz, ale nie była to moja ulubiona forma rozrywki. Powód jest prosty i wielokrotnie już o tym pisałam – za dużo ludzi. Żywych, martwych, wszystkich, ścisk roku. Dzieci biegają dookoła grobów, co chwila komuś płonie płaszcz albo torebka a środkiem sunie milczący orszak ludzkich ciał. Idą powoli, krok za krokiem, bo alejka jest wąska a grobów po obu stronach cała masa, trzeba uważać, żeby nie zostać zepchniętym na przybrzeżną płytę. Patrzą na to upiornie podświetlone, kamienne anioły i osłupiałe wiewiórki.
Dlaczego uparliśmy się oddzielać ciało od duszy, naturę od kultury? Przecież ludzka myśl to energia należąca do wszechświata a może nawet energia sprawcza. Dlaczego uważamy, że myśl jest z kosmosu a ciało z ciała? Może ciało dostajemy od stwórcy, jak pisarz komputer, jak kompozytor dostaje pianino.(„Muzyka nie jest z pianina”) Życie to nie tylko jedzenie i wydalanie, życie to przede wszystkim kreacja. Za pomocą ciała stwarzamy siebie. Rezultat można ocenić w chwili śmierci. Powstaje zamknięty rozdział a instrument można już odstawić, służył tylko do ćwiczeń. Jesteśmy skończonym dziełem, napisaną na wieczność symfonią, zapisem cyfrowym własnego poematu, matrycą, wzorem samego siebie. I nie wiem co dalej, bo zawsze jest coś dalej. Być może jestem tylko kolejną interpretacją oryginału, ta interpretacja ciągle jest niekompletna, rozdział to jeszcze nie jest księga. Próby zostaną wznowione i będą się powtarzać aż do….aż do chwili, kiedy będę całkowicie zgodna ze sobą.
Szczegół jest równie istotny jak galaktyka. Niewidoczny gołym okiem elektron ma kluczowe znaczenie w budowie wszechświata. Pamiętam wysiłek mojego ojca, kiedy na miesiąc przed śmiercią unosił głowę i układał usta w dzióbek czekając na łyk herbaty. Był tak skupiony i skoncentrowany na tej czynności, jakby miała od tego zależeć przyszłość naszej cywilizacji. I dzisiaj ośmielam się sądzić, że rzeczywiście tak było.
Skąd się u nas wzięło to debilne przeświadczenie, że małe rzeczy są mało ważne. Że nasze oko jest wyznacznikiem skali świata. Liczy się prawda, a prawda jest ukryta wszędzie. W ziarnku piasku i na szczytach gór (Już wiem, czego Franek tam szuka) – jeśli umiemy ją rozpoznać. Mam wrażenie, że to my ożywiamy samych siebie. I to jest właśnie wolna wola, iskra boża, czy jak ją tam zwał.
Trzeba żyć na wszystkich poziomach. Na poziomie mycia naczyń, przygarnięcia psa ze schroniska, napisania dziennika i zdobywania szczytów. Wszystko jest ważne, nie da się osiągnąć nirwany w nieposprzątanej kuchni. Nie da się sprzątać kuchni nie mając świadomości, głębokiej świadomości tego czynu. Nie ma życia bez śmierci ani śmierci bez życia. Kto nigdy nie żył – nie wie co to fenomen śmierci. Jej doskonałość. Istnienie nieistnienia.