„Dzienniki” Iwaszkiewicza i inne rodzaje klatek.

12 listopada 2011.

Iwaszkiewicz odczuwa grozę na widok wyglądu amerykańskich żołnierzy w Wiedniu. Jak pisze „..przerażających. Jeden rudy, obaj żuli gumę. Bezmyślność, tępość i chamstwo tych twarzy graniczy z najokropniejszą literaturą. Zupełny koszmar. Straszliwe barbarzyństwo. Czyż ludzkość może pójść tą drogą?…” Przebóg, Jarosławie, co z Ciebie uczynił reżim sowiecki!!! Przerażające, straszliwe jest to, co z Ciebie, człowieka wrażliwego – uczynił. Na widok munduru zza żelaznej kurtyny gotów byłbyś zabić krzycząc, że to dla dobra kultury!

Ja rozumiem, rozumiem, że żucie gumy może być postrzegane jako barbarzyński obyczaj żywcem przejęty od dzikich czerwonoskórych zamieszkujących ten ląd przed Kolumbem, ale jaki wpływ na poziom literatury ma kolor włosów ??? Nie mówiąc o tym, że literaturze amerykańskiej trudno odmówić wielkości. Jak to się stało, że pisarz takiego formatu miał tak zniewolony umysł… Niczego nie bronimy zacieklej, niż klatki, w której daliśmy się uwięzić, najczęściej na własne życzenie. Nieistotne czy to sowiecki reżim, nieudane małżeństwo czy niespełnione ambicje. Pamiętam owo nieustanne ogłaszanie światu, że jestem szczęśliwa, jestem cool..  Człowiek szczęśliwy nikomu niczego nie musi udowadniać, ponieważ jest mu naprawdę dobrze. Wracając do klatki. Wyjście z niej jest trudniejsze niż by można przypuszczać, bo z pozoru i zgodnie z oficjalną wersją klatka nie jest żadną klatką, tylko azylem szczęścia, który dla siebie stworzyliśmy w niesprzyjających okolicznościach i czasach. Może to być własny, trudny do ogarnięcia dom albo nudna praca, mieszkanie z babcią, rodzicami, bogatym mężem, wszelaki układ, czy system, który nas zniewala. Na przykład komuna. Przecież można było uciec, a jednak nie uciekliśmy. Nie wszyscy, nie od razu, nie każdy.  Próbowaliśmy się jakoś w tej klatce urządzić, ale tak czy tak żyliśmy w więzieniu. To dlatego Polacy nie potrafią być wolni. Państwo, które nas wikła w socjalne przywileje tym samym osłabiając samowystarczalność –trafia teraz na znajomy grunt –  jest jak łaskawy naczelnik więzienia, ludzie czują się bezpieczni odsiadując dożywocie.

Nigdy nie zapomnę Tischnera historyjki o góralu, który wrócił z wojny do swojej chałupy, patrzy, a tu z chałupy same zgliszcza, baba umarła, dziecka pouciekały. Góral usiadł na kamieniu i co on wtedy czuł? Czuł wolność.

Po twojej śmierci wróciłam do punktu wyjścia i znowu jestem jak ten góral. Tischner pisze- „jedni swoim życiem kłamią, inni mówią prawdę.” Prawda to niezawodny drogowskaz, kiedy się człowiek choć raz do niej dokopie. Albo chociaż domyśli, że ona drzemie gdzieś głęboko i uwiera i szuka wyjścia. Kiedy jestem bliska załgania się na śmierć- uciekam z życia, bo tylko w ten sposób udaje się ocalić miłość. Zawsze uciekałam i zawsze chodziło o to, żeby ocalić miłość. Nie taką dla sympatycznej panny Krysi od sympatycznego pana Waldka tylko miłość w kategoriach absolutu. Ona jest wtedy równoznaczna z Wolnością i Prawdą.

Ostatnie miesiące były dla mnie koszmarem, ale wiem to dopiero teraz. W oku cyklonu panuje słodka cisza. A potem, kiedy kurz opada – widzimy co się narobiło i jaki to cud, że w ogóle ktoś przeżył. Maciek nie przeżył, ale miłość przeżyła.

Oscho twierdzi, że najwyższa forma miłości to miłość do wszystkich. (Odwrotność Prousta – „nie kocha się nikogo gdy się kogoś kocha”…)  Czy miłość do wszystkich może się narodzić z miłości do nieżyjącego męża? Jako niewykorzystana energia? Trochę mnie to niepokoi, nie chcę pływać w zupie z  serc, ale być może dzieje się to poza moją świadomością. 

Prawdziwa miłość jest szczęśliwa, bo cieszy się sama z siebie. Istny system samojebiący. Całe życie chciałam tylko szczęśliwie kogoś kochać i mieć święty spokój, tak więc mam co chciałam. Kocham kogoś, kto swoją nieobecnością sprawia, że nie muszę prać skarpetek ani w niedzielę gotować rosołu. Ale miłość mnie nie opuszcza. Mam wszystko – odzyskaną miłość, a wraz z nią wolność i samotność. „Its piękne, its beautifull”

Pomysłowy Oscho nie stroni od seksu i cielesności, z tym, że dobry seks, jego zdaniem – wystarczy uprawiać raz do roku. Zgadzam się. Problemem ziemskim jest ziemskie tempo wykorzystywania potencjału cielesnego przy jednoczesnych nieskończonych zasobach ducha. Bo przecież duch może kochać wiecznie. Ludzie eksploatują pożądanie i są przerażeni, kiedy się wypala. Tymczasem zapas cielesności wymaga troskliwej konserwacji, żeby wystarczył na dłużej.  Słodki sen łapka w łapkę dla wielu oznacza koniec związku.  A miłość ma się dobrze, tylko kiełbasa w spiżarni została zjedzona przed wysuszeniem.

Listopad 3.

Kolejne zamówienie na portret gwiazdy. Gwiazdy to ludzie, którym się udało zostać tymi, za których zawsze chcieli uchodzić. Zaplanowali sobie siebie w najdrobniejszych szczegółach i konsekwentnie ciosali wymyślony wizerunek aż się udało. Grają własny scenariusz każdego dnia tak dobrze, że już nie pamiętają, że jest tylko starannie spreparowanym scenariuszem, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Ulica wysprzątana i cicha, na portierni uprzejmy oberkapo, bezgłośna winda, marmury, wielkie donice, szklane prześwity. W mieszkaniu nie ma ani jednego zbędnego przedmiotu, nic nie zgrzyta, wszystko lśni czystością, regularny układ cząsteczek. Cała kompozycja razem z panią domu wygląda jak reklama życia. Zostań ziemianinem, błękitna planeta zaprasza! Ile ja takich domów już odwiedziłam!

Oczywiście, jak zawsze dopadła mnie zazdrość. Zazdrość i skrępowanie. Poczułam, że jestem z lasu, że ten leśny zapach mnie przenika i daje się wyłapać, z przerażeniem odkryłam psie włosy na swetrze, modliłam się, żeby podeszwy moich butów nie kryły w zagłębieniach resztek obornika. Było mi wstyd za swoje życie, jak kiedyś było mi wstyd za socjalizm w paryskich mieszkaniach, w których sprzątałam, bawiłam dzieci albo pilnowałam kotów.

Pani domu otulona miękkim szalem zrobiła pachnącą herbatkę z mikro- ciasteczkiem a ja szykowałam sprzęt i czułam się tak strasznie źle, tak źle jak ludzie poza swoją bezpieczną klatką chociaż wiedziałam, że ona też siedzi w klatce po uszy. Ale ładniejszej i pozłacanej.

Panie Boże, czy coś by ci się stało gdybyś mnie też w takiej umieścił?  Na jedną zimę i choćby wbrew woli!  Ach, mieć to ciepło zupełnie z kosmosu, nie musieć latać z drzewem przez śnieg, móc spać do dziesiątej mając słodką pewność, że żaden koń ani pies by z tego powodu nie ucierpi. Czy musiałam, naprawdę musiałam chcieć takiego życia, jak mam? Czemu nie wpadłam na to, że można, jak ta łagodnie uśmiechnięta, życzliwa blondyna, całymi dniami popijać herbatkę z mikro- ciasteczkiem i przeglądać kolorową gazetkę w poszukiwaniu własnych zdjęć?  Przy elektrycznym kominku na skórzanym fotelu w eleganckim apartamentowcu z oberkapo na portierni. Tak zaprogramowana czekać sobie szeleszcząc kartkami na zdrowego i bogatego męża, stukać o szklane blaty błyszczącym pazurkiem bez obawy o lakier, bo obiad i sprzątanie już zrobiła jakaś sługa. Na święta jadą do Brazylii. Niedługo zabraknie miejsc na mapie w stosunku do ilości świąt w kalendarzu.

Zrobiłam zdjęcia do portretu takie, jakich potrzebowałam, nigdy jej nie pokażę tych zdjęć, bo staram się wyciągnąć z ludzi wszystkie mankamenty, żeby później, w procesie twórczym (tak się to jakoś nazywa) – móc idealizować, upiększać i zbliżać do platońskiego ideału o jakim nawet nie marzyli. Tropię przebarwienia, siwe włosy, zmarszczki, podwójne podbródki i pieprze. Po to, żeby ich potem NIE RYSOWAĆ. Ona tymczasem stroiła komiczne miny chcąc sobie dodać tajemniczości i odróżnić się od tła. Chyba dopiero w Brazylii jej się to uda. Teraz, dzięki moim staraniom wyszła okropnie, piękna będzie dopiero na portrecie. Równie piękna jak życie, które pazurami dla siebie wydarła, po to są pazury. Nie ma znaczenia, czy był to szlachetny trud, czy bezpardonowa kradzież nieswojego losu. Nikogo to w tej chwili nie powinno obchodzić, zwłaszcza wiejskiego portrecisty.

(Wybrane fragmenty mojego Dziennika 2011.)

Comments are closed.