Kochaj i rób co chcesz. Prawdziwa miłość zawsze jest wzajemna i nie powoduje wyrzutów sumienia. Kochając i będąc kochanym, prawdziwie kochanym – nie musisz czuć się winnym .
Mam słabość do artystów i misjonarzy. Są po jednych pieniądzach. Wybaczam im to i owo. Inaczej jak bym mogła wybaczyć sobie??
Prawdę powiedziawszy wszystkich moich mężów (dwóch) tylko dlatego jeszcze kocham (po ludzku kocham), że odważyli się być artystami. Wybaczam mojej okropnej matce, bo udowodniła, że jest artystką. Ma teraz prawie dziewięćdziesiąt lat. Była kiedyś piękną laską, żoną młodego profesora i królową balów. Ale ją pochłonęły jarmarki – malowane ptaszki, garnuszki i gliniane dzwonki. Płacę za sprzątanie raz w miesiącu, żeby te durnostojki ktoś odkurzył. Ja w swoim domu wszystko wyrzucam. I tak mam za dużo gratów, zeszytów, koszyczków z kablami, kabli mam wszędzie za dużo, takie czasy. Pogoda groźna. Burza i upał. Niemiło. Mogą prąd wyłączyć. I kable na nic się nie zdadzą, przeciwnie – narobią spustoszenia.
Rozpadało się. Nie mogę życia poskładać do kupy. Ogarnąć tego w taką pogodę. Skrajną, ciężką, nienormalną. Albo burza i całodzienny deszcz albo stojący upał. Plus banda rozbrykanych szczeniaków. Chcą mnie pożreć. Z miłości, przynajmniej tak im się wydaje. Fiksuję, śni mi się, że na mnie skacze wściekła łasica, a potem one naprawdę się gryzą. Ociemniały Maks napadł nową sukę, która waży 50 kg, walka była nierówna, Maks mógł stracić oko, ma ranę pod nim, ale w sumie po co mu oko? I tak nic nie widzi. Poszedł w zaparte. On się nigdy nie podda. Deszcz bije o metalowy dach stajni, łomot straszny. Nuda je wszystkie roznosi. Bójka to najlepsza rozrywka, szczeniaki od razu załapały o co chodzi. Naparzają się i kotłują . Konie kiblują w boksach. Espania tłucze kopytem w drzwi. A to jabłko a to marchewka.
Dzieci Edelmanów niezbyt dobrze wspominają dom rodzinny. Starzy uratowali masę obcych bachorów. Wyciągali je z rożnych paści zastawionych przez gatunek ludzki na gatunek ludzki. Będąc świadomymi człowieczego samozniszczenia uznali własne potomstwo za darmowych szczęściarzy. Nie było wylewnie. Mieli się cieszyć, że żyją. Ni w ząb nie potrafili tego pojąć. Mieć rodziców bohaterów to niefart. Ale oni ich kochali.
Obiecuję sobie wyczesać Megi, przytulić Trusię, wziąć Weni do lasu, ukoić wiecznie wkurzoną Rachelę. Rezydenci schodzą na drugi plan, bo zawsze są ważniejsi ci nowi, biedni, ci z wczoraj i z dzisiaj. Ale tamte domowe mnie kochają najbardziej, ja to wiem.
Matka za to robi mi sceny i czuje zaniedabana. Mam z nią stare porachunki, ale mam też wyrzuty sumienia. Żywcem nie mogę jej teraz pomóc. Nie wiem, czy moje dzieci też się tak czują, nie mam z nimi porachunków, ale może one mają ze mną?
I kto mnie z tego wszystkiego rozgrzeszy, jakiś obcy Bóg??? Co moim dzieciom, matce i psom z takiego rozgrzeszenia. Dom wariatów- oto ich dom. Zawsze musiała być jakaś cholerna misja, którą musiała zrozumieć reszta rodziny.
Dawno temu, w poprzednim życiu – odwiedziliśmy w klasztorze na Wigrach słynnego scenarzystę. Facet był niesympatyczny, ale jakoś w końcu zaczął gadać. Za dnia prowadził warsztaty literackie, wieczorami pił i udawał, że pracuje. Minęło wiele lat od czasu, kiedy w jedną noc napisał genialnego „Merlina”. Parę lat później napisał kolejny, rewelacyjny utwór. W przerwach pomiędzy jednym a drugim arcydziełem znany był z całkiem czego innego. Z tego, że był kłótliwy, konfliktowy i wszystkim dookoła zatruwał życie.
Kiedyś w telewizji pokazywali bardzo długi film o Brigitte Bardot. Dużo było o tym, jak zaniedbała własnego syna. Niektórzy w ogóle nie wiedzą, że miała syna. Pokazywali dom, w którym słynna Brigitte mieszka z czterdziestoma psami. Na ścianie wisiał taki sam zegar z ptaszkami, jak u mnie w kuchni. Przywiozłam go 8 lat temu z Holandii. Byłam tam 5 dni. Od tego czasu już nigdy nigdzie nie wyjechałam na dłużej niż 48 godzin.
Artyści nie powinni się żenić, zawsze byłam tego zdania. Tylko nikt mnie nie słuchał. Sama siebie nie słuchałam przez wiele lat. Słuchałam tylko muzyki. Stranglersi, Jethro-Tull, Talking Heads i tak dalej. A potem Mozart, Vivaldi, Haendel. Oni też pewnie stracili życie na muzyce. Stracili czy zyskali? I jak bardzo na tym ucierpiały jakieś matki, dzieci i żony. Warto było?
Nie ma czasu tego roztrząsać, bo konie rżą. Poroztrząsam sobie słomę w boksach.
Ilustracja – niespodzianka – Jacek Malczewski – Portret żony. Tyle czasu jej poświęcił w życiu co na tym szkicu. Ale ten portret ma siłę słonia.