Mój system trawienny od lat rządzi moim życiem. Mam bardzo mały żołądek i niewiele trzeba, żebym się poczuła ciężko i niekomfortowo. Muszę strawić każdy pokarm, także intelektualny albo duchowy, złość, miłość, pogardę. Własną i sąsiada, który mnie takową obdarzył. Pisząc trawię przeszłość, by umierać jako człowiek szczęśliwy i wypróżniony. By swobodnie polecieć na drugą stronę lustra, zamiast lecieć prosto do tamtejszego kibla.
Miałam drukować umowy adopcyjne a tu wyłączyli prąd. Zwykle w takich okolicznościach jestem dwa razy przygnębiona – kiedy wyłączą i potem, kiedy włączą. Dwa razy świat mnie rozczarowuje. Chwila, kiedy wszystko nagle milknie, gaśnie i pogrąża się w ciemnościach wydaje się katastrofą. Sięgam po telefon, dzwonię do energetyki, jakbym nie wiedziała, że w takich okolicznościach zawsze będzie zajęte, biegnę zobaczyć czy to u mnie czy w całej wsi, używam komórki jako latarki ewentualnie odwrotnie- szukam prawdziwej latarki w prawdziwej komórce z desek. Sprawdzam, ile baterii zostało w laptopie, ale co mi po nim, skoro internet jest na prąd. Poddaję się nareszcie i ściągam z półki chwiejny, stary, żydowski świecznik z toną kurzu i dwoma średniej wielkości ogarkami. Trzeba z nich wydłubać snopek. Żadna zapalniczka nie działa. Musi być zapałka, przetestowałam to setki razy, używam zapalarek nawet do rozpalania w kominku, ale one nie chcą działać, kiedy wyłączą prąd, chociaż są na gaz. Osobliwa zmowa baterii. Znajduję zapałki. Maleńki płomyczek świecy utrzymuje się ponad sekundę, ponad dwie sekundy i , ośmielony sukcesem wzrasta w górę, drga, parska i wypuszcza łzy z parafiny na mój obrusik z pluszu. Koszmar nie wieczór. Na ścianach gra cieni. Poświata dochodzi także z kominka, w którym syczą mokre sztachety po wymianie płotu.
Śnił mi się wczoraj Piotr M, artysta. Dawno mi się nie śnił. Od razu poczytałam w wikipedii o jego malarstwie i niezwykłości absolutnej. Tylko komuna taki owoc mogła wydać, bo to był czas podsycający szaleństwo. Nic wtedy nie było normalne, więc wszelkie dziwne myśli wyrastały na tej glebie jak amazońska dżungla. Wciąż mam listy od niego w pudełku pod regałem, portret ołówkiem, który mi narysował – zakochanemu dziecku. Portret grzeczny i klasyczny, wraz z oświadczeniem, że „całości fizycznej zwanej cnotą nie naruszę obywatelce Agnieszce K.” . Pamiętam wieczór w moim pokoju na Warmijskiej, kiedy grał na pianinie, pamiętam jego ręce, bardzo czyste i wypielęgnowane, żadnych tam malarskich brudów za paznokciem. Pamiętam, jak dotykał klawiszy i mojej szyi, jak mnie ukradkiem całował. Starzy, czyli moja matka i jego ojciec – siedzieli w pokoju obok – sztywni, a pod spodem wybuchowi. Miałam 15 lat, on 23. Było z nas osobliwe, zakochane w sobie rodzeństwo bez pokrewieństwa. Potem się to zamieniło w niechęć podczas próby „naruszenia całości zwanej cnotą”, potem ostatecznie trzeba było naruszyć i już do reszty wszystko zostało zbezczeszczone. Jego śmierć mnie prawie nie obeszła w dniu śmierci, bo w moim sercu od dawna był wielkim duchem i taki już zostanie na wieki.
Mam już kilku umarłych narzeczonych , w tym dwójkę genialnych samobójców.
Mój dom w świetle świec jest sobą i zaczyna mówić. Skrzypią okiennice, czajnik syczy na kuchni węglowej, psy chrapią. Ściana z czerwonej cegły z długim cieniem drewnianej rzeźby Świętej Katarzyny wygląda jak ustronna nawa gotyckiej katedry. Drewniane stropy są bardziej drewniane, a stary kredens jeszcze starszy, nie mówiąc o mnie. Nie wierzę, że to wszystko naprawdę istnieje, że wciąż żyję, że mnie diabli nie wzięli.. Leżę na kanapie jak na marach. Idealne warunki, by trawić, trawić, trawić.
Życie i śmierć są blisko, kiedy gaśnie światło. Życie to prąd, ale prąd istnieje poza żarówką. Poza czajnikiem, pralką, komputerem, a nawet poza mózgiem. Nie jestem moim mózgiem, bo on sam sobą nie kieruje, to ja nim kieruję. Kim więc jestem? Prądem. Życiem. W ciemności widać to lepiej. Wiele spraw lepiej widać w ciemności.
W ciemności wszyscy nadal żyjemy, ja i moi narzeczeni samobójcy.
Straszny dźwięk, niczym zza grobu wydobywa się nagle z wnętrza lodówki, rusza agregat. Czy to może oznaczać powrót do rzeczywistości? Wielka, ciężka lodówka stęka, jak zardzewiała lokomotywa. Hałasuje radio i telewizor. Wokół samozapalające się żarówy – nade mną, za oknem, pod sufitem. We wszystkich kątach migające lampki różnych routerów, liveboksów, drukarek, oszalały zegar cyfrowy pulsuje nad elektrycznym piekarnikiem, ładowarki ładują telefony, telefony wydają sygnały ładowania, czy to jest normalny świat??? Czy w ogóle jestem w stanie za tym nadążyć z moim ciałem, moją steraną lewą i prawą półkulą, prawą i lewą ścierpniętą ręką, trzeszczącym kolanem?
I wtedy właśnie po raz drugi czuję się zagubiona i rozczarowana. Człowiek nie lubi zasypiać ani się budzić. Płacze, kiedy się rodzi i rozpacza umierając. Człowiekowi nigdy nie jest dobrze, dopóki jest tylko żarówką. Narzeka kiedy świeci, ale bardzo się boi zgasnąć. Poczekajmy aż zgaśnie, zobaczymy co powie. Poczekajmy chwilę w ciemności.
Ilustracja – Piotr Marek – Drogowskaz dla Rabina.