1 grudnia 2011.
Wydaje nam się, że jesteśmy – jak mawiałeś „epizodami w życiu rzeczy” – my znikamy, a rzeczy trwają. Wydaje nam się, że martwe przedmioty nie umierają, a to taka sama pomyłka jak z obrotem słońca wokół ziemi. Rzeczy nie są śmiertelne, bo już są martwe. To, co żywe – nieustannie się zmienia. Śmierć jest transformacją i zarazem przywilejem żywych.
Nieprawdziwe życie nas oszukuje, oferuje pozorne bezpieczeństwo, gwarancję przetrwania. Ubezpieczenia, lokaty, fotokomórki, alarmy. Papiery, dokumenty, a każdy opatrzony pieczęcią potwierdzającą nasze istnienie. I tak nabieramy przekonania, że jesteśmy ważni w oparciu o dowody ważności i bezterminowe umowy, podpisy i pieczęcie. Śmierć jak błyskawica na chwilę odsłania nam prawdę, której nigdy nie poznaliśmy, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia, która nigdzie nie była zapisana, o której nie powiedzieli nam nasi rodzice.
2. grudnia
Przyjechał Franek i zjadł kolację na dwanaście osób. Potem pokazał mi zdjęcia gór, które zamierza zdobyć i przetworzyć tę kolację na energię.
Na brzydkiej ulicy w Szydłowcu wchodzę w chmurę Twojej obecności i nie mogę Cię zobaczyć.
Tam, gdzie się kończy zasięg czasu, kończy się zasięg śmierci.
3 grudnia.
Poczytałam Iwaszkiewicza przy śniadaniu i już mi się udziela jego nieco gderliwy, skrupulatny ton, z jakim beznamiętnie opisuje włoskie obrazy na przemian z objawami zaziębienia w Stawiskach. Czuć wszechogarniające zniechęcenie, smutek, samotność na łonie rodziny, kiedy usiłuje sobie wmawiać, że dzięki niej funkcjonuje.
Tragedia homoseksualistów daje się lepiej zrozumieć, kiedy sobie wyobrazimy sytuację odwrotną. Na przykład, gdyby ktoś mi kazał być z kobietą, kochać kobietę. Własnym rodzicom nie mogłabym nawet powiedzieć, że jestem zakochana w mężczyźnie. Musiałabym się zgodzić na związek z drugą kobietą mając całkowitą świadomość klęski, będąc pewną, że unieszczęśliwię nas obie. To są niewyobrażalne, duchowe męki. Kazaliby mi ją dotykać, spać z nią, pozwalać na wzajemne czułości i bliskość ciał, ulegać jej, lub zaspokajać ją seksualnie. Znosiłabym to pod presją społeczeństwa, rodziny, obyczajów.
A ludziom się wydaje, że wszystko można zmienić za pomocą tabletek albo co gorsza – głębokiej wiary… Dopóki im ktoś nie zabroni prawem i nie zagrozi karą kochania człowieka płci przeciwnej nie pojmą, co dla niektórych ludzi oznacza podobny zakaz wobec tej samej płci.
5 grudnia 2011.
Za oknami śnieg i słońce. W domu ciepło, psy śpią zgonione jak po narkozie. Na spacerze myślałam o miłości, o tym, że po to jest nam dane wcielenie, ten okropny stan larwalny – aby ją znaleźć. Wszyscy szukają miłości – niby straszny stereotyp, ale niech ktoś zaprzeczy. A co mają zrobić ci, którzy ją znaleźli? W zasadzie umrzeć. Lub zdać sobie sprawę z tego, że reszta życia będzie już się toczyć na jałowym biegu, będzie tak zwanym czasem wolnym.
Wszystko co mogło (podstępnie, niepostrzeżenie, bezlitośnie) – zastąpić miłość pomiędzy nami – czyli na przykład – przywiązanie, odpowiedzialność, przyzwyczajenie, uzależnienie, sentymenty, sukcesy, zazdrość, seks, brak seksu, dzieci, wnuki, majątek, opinia publiczna i tak dalej – wszystko zabrała śmierć. Nieoceniona śmierć!
7 grudnia.
Są rzeczy, których nie wystarcza odnotować, trzeba je upamiętnić. Tak jak odejście Fedry. Była wspaniałym psem, chodziła swoimi drogami i niepodzielnie rządziła stadem. Umierała podobnie jak Ty, bez cienia skargi. Do końca walczyła z rosnącym guzem, który wypełniał powoli cały jej brzuch i pożerał siły. Rok temu weterynarz chciał ją usypiać na podstawie diagnozy USG. Ugryzła go i uciekła do auta. Zośka zadzwoniła do mnie z płaczem, byłam wtedy w Warszawie, miałam eskortować dzieci z Kalisza Pomorskiego na spotkanie z Hołownią. Pomyślałam – Hołownia poczeka, muszę uspokoić Zośkę, niech sobie sami radzą. Wróciłam do domu. Hołownia najwyraźniej poczekał, bo dokładnie rok później, na dzień przed nagraniem „Ludzi na walizkach” Fedra zakończyła życie. Do ostatniej chwili robiła to, co lubiła najbardziej, to znaczy – włóczyła się po lesie.
Z walizką czy bez, ale na pewno bez Fedry – udzieliłam Hołowni obszernego wywiadu. Koniec końców, chociaż nie było ani słowa o Panu Bogu i religii – stwierdził mister Hołownia, że wypowiedzi moje okazały się głęboko ewangeliczne. Pewnie, pewnie.
Swoją drogą nie mogę przestać myśleć o tym, ilu ludzi dzielnie i niebanalnie znosi nieszczęścia w rodzaju śmierci bliskich i nikt ich z tej przyczyny nie zaprasza do telewizji.
27 grudnia.2011
No i pośpieszyłeś, Panie Boże – z usłużną kosą. Uśpiłam Miętę. Dzień zaczęła od nawracających krwotoków z żołądka. Potem już było tylko gorzej. O pierwszej przyjechał weterynarz. A o trzeciej chłopaki z Gąsaw kończyły zasypywać jej grób. Miała najpiękniejsze psie życie jakie można sobie wyobrazić i jedno z najdłuższych w historii psiego rodu. Skończyła 19 lat i nie rozstałyśmy się nigdy na dłużej, niż dwa tygodnie. I tylko ten jeden raz. Wyjechałam do Włoch z dziećmi i babcią, wyjazd typu koszmar, a koszmaru dopełniła Mięta pozostawiona w mieszkaniu z domownikiem, którego świetnie znała. Nic nie pomogło, z tęsknoty zjadła sobie poduszki łap. Po przyjeździe zastałam ją w bandażach łykającą antybiotyki. Mięta to był mój cień, mój dajmon. Nie wiem, jak teraz będzie wyglądało moje życie. Jak po amputacji. Sen, który poprzedził eutanazję sugerował, że to my cierpimy za cierpienia zwierząt, pokuta trwa już od wieków i będzie trwała dotąd, dokąd ostatnia świnia nie zostanie wyprowadzona z rzeźni. Za Miętę nikt nie musi cierpieć ani pokutować, to był koncertowo szczęśliwy pies. Tak więc moja tęsknota i desperacja niech się przysłuży jakiemuś innemu stworzeniu, ale ona już tu nie musi wracać do poprawki. Chociaż tyle.
Sprawnie działający system odkupienia jest jedynym usprawiedliwieniem całego piekła, które tutaj się odbywa i na które Pan Bóg patrzy sobie z góry nie kiwnąwszy palcem. Robi tak, bo zapewne wie coś, czego my nie wiemy. Niby banał, każdy tak mówi, ale ten brak reakcji ze strony Opatrzności wydaje się co najmniej nie fair. W sumie łatwo się domyślić co może być usprawiedliwieniem powszechnych cierpień. Prosty fakt, że życie się tutaj nie kończy. Prosty nie bardzo, ale nie ma innego wytłumaczenia, nie ma zupełnie. Tylko zakładając, że ledwośmy ostygli już się rodzimy ze zresetowaną świadomością – można jakoś doczekać świtu. Wtedy bilans się zgadza, równania się zgadzają, jest nowy dzień, nowy początek, wracamy do punktu wyjścia. Zaraz, zaraz, z jednym zastrzeżeniem – nie do punktu wyjścia! To nie karuzela, panie, tylko winda!
Odkąd mam dużo psów, prześladuje mnie podejrzenie, że zwierzęta wiedzą lepiej. I mają z nami problem. Jedyny problem, jaki mają zwierzęta, to problem z ludźmi.
Trzy dni temu we śnie zadałam Ci pytanie – czy jesteś w stanie wyobrazić sobie taką rzeczywistość, w której nie żyjesz? Jesteś martwy? Odpowiedziałeś, że z trudem. Pachnie popeliną cały ten, pożal się Boże – real.