Filip nigdy nie potrafił zrozumieć na czym polegały ziemie odzyskane. Kiedy ojciec oświadczył, że jest bez pieniędzy, ponieważ kupił dom na ziemiach odzyskanych wydawało mu się to niedorzeczne. Przecież skoro są odzyskane, to znaczy, że już są nasze. Więc dlaczego musiał go kupować? Kiedy tam nareszcie pojechali okazało się, że je odzyskano już bardzo dawno temu i przez cały czas nikt się nimi nie interesował. Jedyną inicjatywę wykazały pokrzywy. Zajmowały kolejne przyczółki po zrujnowanych szopach i budynkach gospodarczych. Wyrastały na zwalonych płotach a teraz atakowały okna, wciskając się bezczelnie w zmurszałe futryny.
Największe pokrzywy jakie w życiu widziałam- powiedziała mama stojąc na stopniach domu, w którym wszyscy mieli zostać aż do końca życia. Wysiadać – powiedział ojciec i otworzył tylne drzwi samochodu. Panie, aleś pan ruinę kupił- powiedział człowiek w szarym chałacie i wysmarkał nos do rowu.
Filip pamiętał ten dzień dosyć dokładnie. Był początek lata a lato kojarzyło mu się z całkowitym wyrównaniem temperatur pomiędzy nim a resztą świata. On i powietrze nie musieli ze sobą konkurować. Ubrania traciły znaczenie. Jakiekolwiek wyobrażenie lata obywało się bez ubrań. Filip zawsze się zastanawiał, dlaczego w lecie ludzie w ogóle się ubierają, a w każdym razie, dlaczego zmieniają ubrania. I nie mógł wymyślić żadnego sensownego wytłumaczenia.
Dzień przyjazdu do nowego domu, który był bardzo stary, pamiętał dlatego, że zmarzł. Nikt nie mógł znaleźć swetra a na koniec jeszcze się okazało, że wszystkie buty zostały w torbie, której zapomniano zapakować.
Wiem, że to ładny obrazek, jasnowłose dzieci pod dębem, ale one tutaj nigdy nie będą mówić po angielsku – powiedział dziadek, wysiadł z auta i ruszył w pokrzywy.
Jezus Maria, czy to naprawdę jest największy problem w dniu dzisiejszym? – powiedziała mama i zdjęła z ramion ogromny szal, żeby nim otulić Filipa. Stąd jest tylko sto kilometrów do Berlina. Może przejdą na niemiecki – powiedział wuj Otto, który przyjechał z Ameryki żeby zobaczyć kury na wolności.
Jutro to wszystko wytnę – powiedział ojciec usiłując otworzyć bramę, ale pokrzywy były silniejsze.
Czerwiec upłynął Filipowi głównie na zwiedzaniu ogromnego ogrodu, w którym nie było ani jednego kwiatka. Rosły za to białe grzyby z fioletową obwódką. Po rozdeptaniu zamieniały się w atramentową maź. Było także kilka drzew owocowych, krzaki czarnego bzu i jeden ogromny, pochylony dąb. Za nim leżał zwalony płot i zaczynała się podmokła łąka a na końcu łąki chlupało płytkie i bagniste jezioro z bardzo zmurszałym pomostem. Wokół brzegów panoszyły się łopiany broniąc dostępu do wody gęstwą zielonych, rozwartych liści. Filip czuł obrzydzenie widząc, jak wyciągają w jego kierunku głowy, palce albo języki. Wiedział, że jeśli pozwoli się dotknąć oplotą go i uduszą. W piwnicy Domu, do której pewnego dnia się zapędził czekała na niego ogromna, zupełnie biała kapusta na grubej łodydze sięgającej sufitu. Był to widok potworny i zarazem fascynujący. Brzydził się patrzeć na kapustę, ale coś kazało mu zerkać w dół, kiedy drzwi były uchylone. Zaglądał więc i drżał z obrzydzenia bezsilny wobec paraliżujących liści ślepej czarownicy. Dzieci miały zakaz wchodzenia do piwnicy, a także na skrzypiący pomost jeziora i na strych. W związku z obecnością kapusty piwnica pozostawała poza podejrzeniem. Jezioro także, bo łopiany na pomoście łapały za nogi każdego, kto próbował skakać po dziurawych deskach. Strych natomiast był zamknięty za pomocą bardzo ciężkiej, zardzewiałej klamki, której nie dało się nacisnąć. Pokój dziecinny znajdował się na parterze, na samym końcu wąskiego korytarza. Filip musiał tam mieszkać ze swoją siostrą Zośką, która była mniejsza i słabsza, ale stanowiło to niewielkie pocieszenie wobec faktu jej nieustannej obecności.
Zaraz po tym, kiedy ojciec wyciął pokrzywy, tworząc drogę od bramy do drzwi wejściowych, w domu pojawił się majster. Filip nie mógł zobaczyć jego twarzy, bo majster był strasznie wysoki i cały czas palił papierosa trzymając go pomiędzy dwoma rzadko rosnącymi zębami. Dym wydobywał się z czarnych otworów jego nosa tworząc chmurę gdzieś wysoko, wokół głowy. Majster długo patrzył na sufit, a brzuch sufitu zwisał nad nim popękany i nabrzmiały od ciężaru lat. Panie – rzekł nareszcie i buchnął jak parowóz – najgorsze to są stare samochody, stare domy i stare baby. Potem puknął młotkiem w wydęte, popękane miejsce i zdążył zeskoczyć z krzesła zanim cała kuchnia pokryła się gruzem.
Kolejne tygodnie panował nieopisany huk. Pył budowy mieszał się z obłokiem papierosów majstra. Filip odkrył ze zdziwieniem, że za zakrętem widocznym z okien pokoju dziecinnego kryje się jeszcze kilka domów, kościół i sklep. Ten ostatni stał się celem pielgrzymek jego siostry. Kupowała tam gumę do żucia, napój pomarańczowy i żelki. Po trzech dniach przyprowadziła do ogrodu kilka koleżanek o takim samym nazwisku. Filipa zupełnie to nie dziwiło, ponieważ wszystkie były identyczne, różniły się jedynie wzrostem. Najstarsza nazywała się Marta, a dalej tak samo jak reszta – Paciorek.
Mniej więcej pod koniec czerwca majster odjechał na zawsze swoją brudną ciężarówką a mama przyjęła do pracy panią Rozę, która była wielkoludem. Gdyby nie czujne, świdrujące spojrzenie można by ją porównać do kapusty w piwnicy. Miała ręce jak łopaty, ogromny brzuch i płaskie, białe zęby. Robiła grube naleśniki i wielkie pierogi. Mieszała surówkę zanurzając w niej tłuste palce, którymi potem chwytała klamki, pokrywki i noże. Trzaskała drzwiami jak olbrzymka w pokoiku lalek. Wydzielała nieprzyjemną woń smalcu, cebuli i smażonego kotleta. Filip nauczył się przebiegać przez kuchnię wykorzystując osłonę strzelających garnków, fajerek i drzwiczek pieca. Tak jak biegną żołnierze na filmach wojennych. Obecność pani Rozy wydawała się nie mieć jasnych stron, ale życie potrafi sprawić niespodziankę nawet w czasach zarazy. Wszystko za sprawą zasłon w dziecinnym pokoju, które to zasłony w kolorze brudnożółtym wieczorami zamieniały się w rodzinę nieruchomych olbrzymów.
Czas zasypiania był dla Filipa prawdziwą męczarnią. W dorosłym życiu, które kiedyś w końcu miało nastąpić, (chociaż na razie wydawało się to zupełnie nieprawdopodobne) – postanowił nie spać w ogóle. Okropnie bał się ciemności, które zapadały pożerając kolejne przedmioty aż świat dookoła robił się nierozpoznawalny. Półmrok zamieniał stare, poczciwe meble w zwaliste, nieruchome postacie, które mogły mieć szeroko otwarte oczy lub paszcze, czego nie dało się sprawdzić, ponieważ było ciemno. Filip leżał na plecach i bał się poruszyć, żeby ich nie rozdrażnić. Zawsze miał kłopoty z zasypianiem, chyba, że przedtem dużo biegał i jego nogi stawały się wystarczająco ciężkie. Wtedy myśli całego dnia uwięzione w głowie, jak w zamkniętym labiryncie mogły zostać zepchnięte w ciemność pod ciężarem zmęczonych nóg. Zmęczony Filip opadał łagodnie na dno a na dnie spoczywały sny. Kołysał się w mętnych głębinach coraz niżej i niżej aż przypadkowy wir wkręcał go i porywał do przepływającej opowieści. Niestety nie zdarzało się to często, bo nie bardzo lubił biegać i jego nogi zazwyczaj okazywały się zbyt lekkie, żeby zasnąć. Wtedy długo leżał w ciemności i patrzył. Mógł patrzeć przed siebie albo do środka siebie. Przed sobą miał ścianę z oknem. Tam właśnie stały olbrzymy. Trzej mężczyźni, kobieta i dziecko. Wszyscy, za wyjątkiem dziecka dotykali głową sufitu. Dwaj mężczyźni i kobieta byli odwróceni tyłem. Dziecko i środkowy olbrzym musieli stać bokiem, bo inaczej nie zmieściliby się na ścianie. Olbrzymy wydawały się nieruchome, ale Filip nauczył się dostrzegać niewielkie zmiany w ułożeniu ramion i głów. Miał przeświadczenie, że dopóki ma ich wszystkich na oku, jest bezpieczny. Dlatego właśnie nie zasypiał. To, że w ciągu dnia postacie olbrzymów zamieniały się w grubą kotarę z buro – żółtego lnu, niczego nie przesądzało. Przekonał się o tym ostatecznie w dniu, kiedy pani Roza wdrapała się na bardzo mały taboret (Filip drżał z emocji słysząc ostrzegawcze skrzypienie i trzeszczenie poprzeczek) i uczepiona karnisza rozwierała kolejne zardzewiałe szczęki zaczepów. Sapiąc, kichając i walcząc o utrzymanie równowagi podczas kolejnych detonacji uwolniła w końcu pogryziony brzeg, który osunął się ciężko przykrywając swojego wybawcę warstwą brudnych szmat. -Ludzie! Ja w kopalni pracowała a taka czarna nie była! Rzygać się chce! – wrzasnęła i przetoczyła się przez pokój niczym rozbudzona mumia, wlokąc za sobą zwoje płócien. Ściana wokół okna była pusta.
Filip nie mógł się doczekać zmroku. Gdyby się dzisiaj okazało, że ich nie ma – myślał gorączkowo – to by znaczyło, że niczego nie ma, oprócz tego co jest. I byłbym trochę spokojniejszy, ale założę się, że one tam będą. Podczas kolacji nie odezwał się ani słowem. W milczeniu odbył kąpiel i mycie głowy. Patrzył na spieniony materiał w gorącym bębnie pralki i pomyślał, że być może ONI teraz próbują się wydostać, ale odrzucił tę myśl, bo wydawała mu się zbyt potworna. Poczuł niepokojące wstrząsy we wnętrzu maszyny, kiedy go posadzono do wytarcia i zaraz potem uspokajające ciepło ramion, które go niosły przez mroczny korytarz owiniętego w zielony ręcznik. Ściany i sufity kręciły się nad nim ukazując znajome zacieki i ślady po obrazkach. Jesteś coraz cięższy- westchnęła mama i rzuciła tobół w ręczniku pod zaciek w kształcie zwiniętego susła. A teraz spać, spać – powtórzyła, błyskawicznie nałożyła mu pidżamę, utkała kołdrę tak jak lubił, wzdłuż boków a jej koniec podwinęła mu pod stopy. Pocałowała go w policzek, zgasiła światło i wyfrunęła przez czarny korytarz.
Filip zamknął oczy. Jeśli olbrzymów nie będzie – pomyślał i położył sobie na twarzy chłodną poduszkę – jeśli ich nie będzie to oznacza, że świat jest jeden. Składa się z tego pokoju, ogrodu, lasu, Ameryki i tak dalej aż do księżyca. A co z drugim światem? Co z nim, jeśli olbrzymy są zasłonami?
Nic –pomyślał. Nic, ponieważ olbrzymów jest na świecie mnóstwo. Nawet jeśli te moje są nieprawdziwe. To myśląc cisnął poduszkę na środek pokoju i popatrzył w stronę okna. Olbrzymy stały tam, gdzie zawsze, w tej samej kolejności, w tej samej pozie. Były blade jak ściana, gołe i gładkie.