LEGO LAND – odc. 2 – Rozdział Pierwszy cd.

–Mamo!!! – krzyknął, chociaż wcale nie zamierzał.                                                                       

Po chwili usłyszał jej kroki i dostrzegł znajomą postać, rosnącą w przedpokoju. Pachniała cukrem i niebem, chociaż Filip miał świadomość tego, że żadna z tych rzeczy nie ma zapachu. Dopiero kiedy się połączą. A łączyły się zawsze wtedy, kiedy ona była blisko. W ciemności usiadła na łóżku mając łokieć jednego z olbrzymów tuż za swoim ramieniem.          

-Mamo, zastanawiam się właśnie jak to było, kiedy mnie nie było- skłamał, ale tylko trochę, bo to pytanie dręczyło go dwa dni wcześniej.                                      

–Mój Boże! Teraz musisz to koniecznie wiedzieć? Było inaczej, po prostu całkiem inaczej.

-Aha. A teraz jest już całkiem zwyczajnie, prawda?

– O tak, zupełnie zwyczajnie. Śpij już i nie zamartwiaj się tym.

Kiedy wstała, serce Filipa skurczyło się z tęsknoty i przez chwilę gniotło go, jak kamień w bucie. Bał się patrzeć na ścianę z oknem, bo zmarznięte olbrzymy mogły się okazać agresywne. Schował głowę pod kołdrę. Drzwi dziecinnego pokoju domknęły się niczym wierzch walizki a Filip był w jej wnętrzu, zagrzebany głęboko pod stosem rzeczy. W czarnej skrzynce pływały powoli różne sny jak filmy z odwiniętym początkiem. Sztuka polegała na tym, żeby zręcznie złapać za ogon któryś ze snów, wejść do niego i nie oglądać się za siebie. Czasem można było wrzucić tam piłkę i biec za nią aż piłka stanie się Filipem. Było także kilka innych, dobrych sposobów, żeby nareszcie zasnąć, niestety żaden z nich nie skutkował. Kiedy już zawiodły wszystkie po kolei, gdzieś w dole otwierała się przepaść. Była wąska i czarna jak wnętrze rury. Wypełniał ją obłok widocznego kurzu, coś w rodzaju mgły w powiększeniu, mgły widzianej oczami muchy czy też raczej lekkiego komara. Filip spadał powoli, bo był lekki, właśnie jak komar we mgle. Nie było to ani bolesne, ani przerażające, tylko okropnie nudne. Przepaść nie miała końca. Nikt nie wiedział, że Filip spada. Nikt by mu nie uwierzył, że spada. A bywało tak, że spadał aż do rana. Noc z nagimi olbrzymami należała do tych najgorszych, kiedy bał się zarówno zamknąć jak i otworzyć oczy. Ocalenie przyszło wraz ze wschodem słońca.  Świat odzyskał swój dawny wygląd i Filip zasnął.                                                                                                                                          

O ósmej rano zegar w pokoju dziecinnym posłusznie wskazywał ósmą. W kuchni trzaskały drzwiczki od pieca. Psy wypadały z altany z obłędnym szczekaniem. Przez ulicę przechodziły krowy, słychać było dzwonienie łańcuchów wleczonych po asfalcie i dziwne, nieartykułowane dźwięki wydobywające się z gardła człowieka, który szedł za nimi z kijem. Mniej więcej w tym samym czasie Filip uderzał stopami o ląd. Podłoga była ciepła i gładka. Potem zamieniała się w zimną, jeszcze gładszą, za nią następował chodnik a na końcu chodnika stała pani Roza i zrzędziła

– Kapcie!!! Kapcie zakładaj, bo się zaziębisz, bo od nóg zimno leci do gardła, bo ty zawsze rano latasz boso!!!  Filip rozważał dwa wyjścia: wrócić i założyć kapcie, których zlokalizowanie mogłoby zająć i pół dnia albo skłamać, że zostawił je w łazience i zamknąć się tam do czasu, kiedy pani Roza przekieruje peryskop na inny cel.                                                                                                          

–Zostawiłem w łazience. Idę tam przecież.                                                                                

 – Chodź robaczku, razem pójdziemy, bo ja mam pranie do powieszenia. A jak mnie pokłamałeś, to cię trzepnę.                                                                                      

Niestety, było już za późno na ucieczkę. Pochwycony w pułapkę Filip wisiał głową w dół, czując na plecach imadło łokcia a pod brzuchem mnóstwo ogromnych palców. Sapiąc i wydzielając swoje cebulowe spaliny pani Roza posadziła go na pralce i chwyciła za ramię jak miękką kukłę, która w każdej chwili może się złamać wpół.                                                                                                                             

-Widzę kapcie pod umywalką! – krzyknął Filip desperacko, licząc, że się schyli i będzie musiała zwolnić uścisk. Rzeczywiście, zanurkowała z wielkim wysiłkiem w ciemnych zakamarkach poskładanych miednic, cofnęła rękę i penetrowała po omacku wolny kawałek podłogi. Skoczył na jej plecy, wypiętrzone jakby specjalnie w tym celu, dopadł drzwi i pędem wybiegł na korytarz słysząc jak miota przekleństwa i zapewne gramoli się z klęczek.                                                            

Zwycięstwo! – pomyślał i ukrył się pod schodami, żeby to wszystko przeczekać. Sapanie i świst oddechu dały się teraz słyszeć od strony wejścia na strych. Po chwili zaskrzypiały drewniane stopnie a przez dziury w balustradzie przesuwał się spód ciemnoczerwonej miednicy wypełnionej praniem. Zwisały z niej mokre końce zasłon z jego pokoju. Wdrapawszy się na samą górę pani Roza natrafiła na niespodziewany opór ciężkiej klamki. A to co za cholerstwo! – powiedziała i z całej siły natarła na drzwi, które z jękiem ustąpiły. No! – sapnęła i zniknęła w szarych przestworzach niezbadanego dotąd świata. Serce Filipa zabiło mocniej, kiedy wspinał się za nią jak bezgłośny tygrys. Niezauważony przekroczył próg strychu. Dookoła panował wieczny mrok. Szedł na palcach pomiędzy pajęczynami, których strzępy zwisały z różnych drewnianych ram i konstrukcji łącząc je ze sobą koronką lepkich nici. Krzesła bez nóg, stara skrzynia, masa brudnych kartonów, wszystko to wyrastało po obu stronach wąskiego prześwitu. Smuga dziennego światła szukała sobie drogi pośród nieruchomych wnętrzności mebli i obłoków wirującego kurzu. Zupełnie jak w mojej przepaści – pomyślał i na czworakach wlazł pod najbliższy fotel. Kilka rozzłoszczonych sprężyn natychmiast wbiło mu pazury w cienki podkoszulek. Ogromne stopy pani Rozy okrążały tymczasem ciemnoczerwoną miednicę na wysokości jego oczu. Trwał w bezruchu niczym uciekinier skulony pod pokładem pirackiego okrętu. Czuł swoje siedem dziur w plecach, ale wolał je liczyć niż dać się zaaresztować. Rozwieszanie ogromnych zasłon zdawało się nie mieć końca, ale cierpliwość zwyciężyła. Drzwi strychu wydały wreszcie pożegnalny jęk a schody odpowiedziały stękaniem. Odczekał jeszcze chwilę nasłuchując czy nie wraca, ale nie wróciła. Wtedy dopiero połknął łzę, która spłynęła mu po twarzy i ostrożnie wysunął tułów z pułapki fotela. Wyprostował obolałe ramiona. A więc stało się. Oto jestem sam na strychu. Specjalnie dodał „oto”, żeby podkreślić doniosłość chwili. Miał przed sobą wąski, drewniany podest, który dzielił strych na dwie części. Wysprzątaną i nie. Podest kończył się kolejnymi drzwiami, wyglądającymi dość porządnie, jakby były nowe. W części niewysprzątanej zgromadzono zapewne wszystko, co kiedyś było porozrzucane byle gdzie i na tym właśnie polegało sprzątanie. Filip bardzo często stosował taką metodę w swoim pokoju. Promień światła stał się nagle promieniem słońca i wycelował swoją laserową wiązkę prosto w klamkę nowych drzwi. Filip podążył wzrokiem za ową wskazówką natury i nagle z przerażeniem stwierdził, że klamka opadła. Poczuł zimno w nosie, objaw bardzo silnego strachu. Podobny lodowy knebel zatkał mu kiedyś gardło w ciemnym krakowskim kościele, do którego został brutalnie wepchnięty przez żądną zwiedzania babcię Teodorę. Wtedy zdawało mu się, że Chrystus poruszył stopą. Współczynnik przerażenia martwym, lub co gorsza żywym Chrystusem wzrastał wraz z podniesieniem głowy w górę, co zwiastowało widok jeszcze potworniejszy. Nie chciał nawet myśleć co by się stało, gdyby właściciel dziurawych stóp nagle popatrzył mu w oczy. Stopa usiłująca się przekręcić wokół wielkiego gwoździa męczyła go zawsze w sytuacjach, kiedy ktoś coś przybijał. Odruchowo rozważał czy to rzeczywiście jest konieczne i czy nie należałoby wpierw spróbować przykleić. Ideałem byłby świat, w którym wszystkie elementy pasują do siebie jak klocki lego. Chrystus lego mógłby w każdej chwili oderwać stopy i rozprostować je.  A jak ktoś chciałby się pomodlić to przycisnął by go na ten czas z powrotem do krzyża, bo krzyż też byłby lego.

Te i inne myśli przebiegały mu przez głowę i zamarzały w nosie. Zamienione w lodowy gruz kawałki kurzu groziły kichnięciem. Co też nastąpiło w postaci potężnej eksplozji. W tej samej sekundzie klamka wróciła na swoje miejsce. Nie czekając na kolejną próbę Filip pędem ruszył w stronę dziennego światła. Powrót drogą lądową uznał za niemożliwy, ponieważ pani Roza zatrzasnęła drzwi z siłą lokomotywy, która jednym parsknięciem doczepia kilka pełnych wagonów do krótkiego pociągu. I potem za sprawą identycznego parsknięcia te same wagony odczepiają się i zostają na dworcu. (Czyli też muszą być lego, skoro nie są ani przybite, ani przyklejone). Zgodnie z ową zasadą drzwi strychu zamknięte przez panią Rozę mogła otworzyć tylko ona sama. Należało rozważyć skok z pierwszego piętra, zejście po gałęziach drzewa (które musiałoby tam wcześniej wyrosnąć) lub po framugach otwartego okna (jeśli rzeczywiście było tam okno i w dodatku otwarte). Filip biegł przeskakując wielkie drewniane krokwie i wyobrażał sobie, że coś idzie za nim krokiem długim, obszernym i bezgłośnym a dopadnie go bez cienia zadyszki dopiero nad przepaścią. Nareszcie zobaczył okno, będące w istocie tylko dziurą wyciętą w szczytowej ścianie. Otwór przeszedł najśmielsze marzenia dotyczące wygodnej ewakuacji. Graniczył z dachem przybudówki, która z kolei, lekko tylko spadzista łączyła się z grubym konarem rozłożystej jabłoni. Pod tę ostatnią była podstawiona nieduża drabina. Postawiwszy nogę na najniższym stopniu Filip pobiegł przez ogród świętując w duchu cudowne ocalenie. Słyszał kiedyś o cudownie ocalonych i teraz właśnie stał się jednym z nich. Jednocześnie jedyne, na co naprawdę miał ochotę to jak najszybciej wrócić na strych i odkryć tajemnicę zaczarowanej klamki lub tego, co żyło i mieszkało za drzwiami.

    

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.