Uwielbiam stary dowcip o Murzynie, który na pustyni usłyszał głos Boga. Bóg zadał mu pytanie, czego by pragnął najbardziej. Ano być biały, mieć zawsze dużo wody i co chwilę inną dupę. I dobry Bóg zamienił go w muszlę klozetową.
Internet ma milion twarzy a jedną z nich jest twarz zbawiciela. Zupełnie nowa. Zbawiciel ma górę kasy, jest młody i urodziwy, to niekwestionowany człowiek sukcesu. Wyluzowany, pewny siebie, co tam pewny, kochający siebie! Może być mężczyzną lub kobietą, często występuje w dwóch wersjach a wszystko po to, żeby nas przekonać do siebie samych i własnej, ukrytej mocy. Da się! Szybko i bez wysiłku, wystarczy kilka prostych zaklęć. Ja tak robię i mam! Patrz i uwierz! Zrób to trzy razy a twoje życie odmieni się zanim skończysz liczyć. Tak to działa! Myślisz i się materializuje. Kwanty tańczą rock and rolla żeby się ułożyć w twojego nowego SUVa. Boli cię coś? Chorujesz? To tylko niewspierające przekonania. Pozbądź się ich. Zeskanuj swoje ciało, znajdź fuzel i wypuść go razem z wydechem. Wyobraź sobie, że masz tyle kasy, że nie nadążasz z wydawaniem a teraz otwórz oczy i sprawdź konto. Nie ma? To pomyśl kto cię blokuje, może sąsiad zza ściany, społeczniak, albo własna matka, czy brat. Rozpuść energetyczne podpięcia, bo hajs pójdzie bokiem, nie proś o ratunek, bo wytworzysz energię braku, to dlatego od sześciu pokoleń klepiecie biedę. Zrób regresję do poprzednich wcieleń i zobacz, jaką byłaś kutwą. Wyślij w kosmos te nieudane wersje. Powtarzaj sobie, że twoja fura prosto z salonu już stoi pod blokiem, jeszcze za nią podziękuj! Wdzięczność robi różnicę! Afirmuj i wysyłaj intencję do wszechświata. Skończ z misjonarskimi wzorcami, świata nie zbawisz a życie zmarnujesz. Żyj chwilą, oddychaj głęboko i nie kpij z tego co tu nawijam, bo gówno zdziałasz. Popatrz na mnie, na swojego zbawiciela, chciałbyś być taki jak ja, bogaty, szczęśliwy, dobry, spokojny, zdrowy, bezpieczny i szczery? Co za pytanie! A jednak to najważniejsze pytanie wszechczasów. Z dotychczasowym zbawicielem, tym, którego kazano naśladować setkom pokoleń chrześcijan – nikt naprawdę nie miał ochoty się zamienić na życie, nawet jeśli w pakiecie z cierpieniem można było dostać klucze do prawdy i moc uzdrawiania. Za wysoka cena. O ile jeszcze niedawno „wszyscy byliśmy Chrystusami” – teraz niekoniecznie. I bez żadnej kpiny widzę w tym najważniejszą rewolucję duchową 21 wieku. Dosyć tych ofiar.
Jakkolwiek to wszystko nieprawdopodobnie brzmi jedno jest pewne – to całkowicie odmienna liturgia od dotychczasowej, obowiązującej niemal we wszystkich religiach. Jak powstaje religia? Pojawia się prorok i przekonuje na własnym przykładzie, że są sposoby na połączenie z Opatrznością. Uczniowie proroka potwierdzają skuteczność nowych praktyk i ustalają hierarchię, zasady pośrednictwa, spis lektur. Są więc święte księgi i święci, którzy się poświęcili. Co owo poświęcenie oznacza? Jeszcze niedawno – rezygnację z własnych celów i przyjemności. Ale przyjrzyjmy się bliżej temu sformułowaniu. Czasownik zwrotny – poświęcić się – oznacza uczynienie siebie samego przez siebie samego wyróżnionym, wybranym, wyjątkowym. Nie ma tu nic o rezygnacji, przeciwnie – pachnie sukcesem! I tak właśnie powinno się rozumieć świętość. Jako dawanie sobie prawa do szczęścia. A czy jakakolwiek religia może nam narzucić lub choćby zasugerować co to szczęście ma stanowić? Bóg tego przecież nie ustala. Ustalają to w jego imieniu odpowiednio przeszkoleni instruktorzy i nauczyciele. Księża, katecheci, youtuberzy, trenerzy, terapeuci, czarownicy i uzdrowiciele. Kiedyś głosili pochwałę ubóstwa, teraz przeciwnie. Bogactwo jest moim naturalnym stanem – to najpopularniejsza modlitwa w sieci zwana obecnie afirmacją. Nie mam nic do bogactwa i tak jak wszystkich ucieszyłby i mnie milion na koncie, ale wiem, że to nie rozwiąże moich egzystencjalnych problemów i nie odpowie na najważniejsze pytania. Dlatego nowa religia, tym razem stawiająca na obfitość, podobnie jak poprzednia – stawiająca na cierpienie jako coś wymienialnego na zbawienie – jest dla mnie tylko religią, niczym więcej i trwam przy swoim własnym, osobistym przymierzu z Wiecznością, co nie znaczy, że wszelkie przejawy, produkty i koncepcje ludzkiej duchowości nie są przedmiotem moich zainteresowań. Są do tego stopnia, że stanowią dla mnie podstawowe kryterium uwagi. Prawda jest symfoniczna i szukam jej potwierdzenia we wszystkim. Także w nowym wcieleniu zbawiciela na you tube.
Ale wróćmy do Boga.
Hegel udowadniał, że niewolnik, który pracuje na chwałę pana uświadamia sobie nagle, że pan jest od niego zależny. Pan pozostaje panem, o ile ma niewolnika, a bez niewolnika nim już nie jest. Role się odwracają, kiedy niewolnik zaczyna rozumieć swoją moc. Powyższa teza w krzywym lustrze odbita posłużyła za argument rewolucji październikowej, ale jest to tak samo naciągane, jak czynienie z biednego Nietschego piewcy faszyzmu. Niemniej jednak prawo do wolności jednostki zgodnie z przewidywaniem Hegla staje się powoli oczywiste dla całej populacji a następnym krokiem, który trzeba podjąć – i to właśnie się dzieje- jest wyzwolenie spod jarzma panującego nad nami Boga. Według tego samego wzoru, pogłębiając własną świadomość jako ludzi zależnych od boskich wyroków uzmysławiamy sobie także nasz udział w mocy Stwórcy. Czy mógłby się objawiać bez nas? Może i tak, ale kto by o tym wiedział? To dzięki człowiekowi stał się „Bogiem”. Wszedł w nasze istnienia stając się jednocześnie zakładnikiem naszej woli. Nie jest już panem, tylko „potencjalnym polem energii”.
Hegel rozważa, czy treścią świata nadzmysłowego jest jakieś niezależne bogactwo, czy też tę treść i bogactwo stanowi właśnie nasza świadomość. Nie wiem, czy to oznacza, że człowiek stworzył Boga, bo człowiek raczej nie stworzył świata. Ale moc tego czegoś, co nas stworzyło w dużej mierze przejawia się dzięki nam i bez nas pozostaje nienazwana. Z tym przeświadczeniem zaczynamy wymagać od stworzyciela wzajemności, lojalności i bezinteresownej miłości. Zaufanie zobowiązuje.
Zawierzenie Bogu w tradycyjnym pojmowaniu dawało mu prawo uczynienia z nas ofiary. Dlaczego? Dlatego, że byliśmy przyzwyczajeni do świata hierarchicznego, świata z panami i poddanymi, właścicielami i niewolnikami, a On był najwyżej. Nawet się pisze z dużej litery. Według tej zasady działał także hierarchiczny kościół, który był tym pierwszym po Bogu. Jako taki oferował mediacje, dzięki którym mogliśmy się czuć w miarę bezpieczni w reżimie reprezentowanym przez Stwórcę. Był to rodzaj wymiernego ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków spowodowanych przez Opatrzność. Ślepą? Głuchą? Wkurwioną? Żądną krwi? Na to wyglądało. Dlatego źródłem wszelkich egzystencjalnych lęków ludzkich jest lęk przed Bogiem, lęk niewolnika przed panem, władcą naszego życia i śmierci. Nie zdajemy sobie sprawy z naszej mocy, a tylko z niemocy. Pomyliliśmy miłość z uzależnieniem, wzajemność z posłuszeństwem.
Bycie prorokiem, mistykiem, uzdrowicielem czy wizjonerem oznaczało pełną gotowość rezygnacji z własnego szczęścia na rzecz służby wyższym, czasem wręcz niepojętym celom i związanym z tym wykonywaniem absurdalnych rozkazów w rodzaju zabicia syna (Abraham) i wielu innych potworności. Sięgając ponad ziemię należało się liczyć z utratą wszystkiego, co ziemskie. Od Faustyny po świętego Franciszka wszyscy jak mantrę powtarzali, że są robakami, marnymi pyłkami, prochami niegodnymi zaufania, jakim ich obdarzył Stwórca. Czemu u diabła??? Skąd pomysł?? Dlaczego otrzymując dary, Głos, Obietnicę, Miłość -padali na twarz, leżeli krzyżem i rozglądali za jakimś biczem z kulkami. Co im do głowy strzeliło, żeby tak reagować na oczywistą propozycję współpracy, wyróżnienia, porozumienia dusz, komunii, szczęścia i pomyślności??? Bóg zadawał pytanie – czego chcesz Franciszku i Faustyno, Tereso i Janie (od Krzyża, wiadomo) a oni na to – chcę dla ciebie cierpieć. Żyć w czystości, wyrzec się ojca, matki, ciotki i rozkoszy ziemskich, mieć stygmaty i nosić łachmany. Założyć klasztor z ostrą regułą i dręczyć innych swoją wizją męczeństwa. To jest dla mnie szczęście. Voila! Mówisz masz. I pozamiatane. Noc ducha gwarantowana. Dlaczego? Dlatego, że nikt nie jest szczęśliwy w permanentnym cierpieniu i pogardzie dla siebie samego. Dusza zamiast wzlatywać i rosnąć poniewiera się po ziemi jak stara prezerwatywa. Kto jest temu winien? Religia.
Religia jest po to, żeby pośrednicy korzystali na pośrednictwie. Każda, także ta najnowsza z you tuba. Trzeba odróżnić głos Boga (wszechświata, przepraszam za archaizm) od głosu Klaudii Pingot. (Uwzięłam się na tę bidną Klaudię czy co?). Religia może być jakimś przewodnikiem, pomostem, ale nie patentem. Bo patentem religii jest zawsze reguła, litera, system, porządek. Po patentach ją poznacie. Religia wie, czego pan Bóg od nas chce, a teraz wie także, czego my chcemy od Boga. To powinno zaniepokoić. Religia ma status uniwersalnej, a uniwersalne to mogą być leginsy, nie dusza. Jej wzór pływający w słoju pod kaplicą Sykstyńską ciągle zbiera ponure żniwo. Trzeba go rozbić i tę smętną zupę wylać do Tybru, zamiast szukać Grala. Że też jeszcze nie zrobili o tym filmu z Hanksem.
W pośrednictwie, jakie oferuje religia nie ma żadnej gwarancji, chociaż jest obietnica. Na tym właśnie polega oszustwo. Nie można nikomu obiecać szczęścia ze wskazaniem na jakieś określone parametry. Trzeba przyznać, że rozpiętość ofert na przestrzeni wieków jest imponująca. Od łamania kołem i noszenia włosienicy po jacht na Karaibach. W każdym przypadku śmierdzi szantażem, zależy tylko od rodzaju Boga reprezentowanego przez pośrednika. Dzisiejszy „Wszechświat” to przede wszystkim kopalnia złota. I związana z nim lista życzeń, jak w przypowieści o Murzynie.
Tymczasem spełnienie życzeń nie jest jednoznaczne z poczuciem spełnienia w ogóle.
Więc, jak pisał Merton i nigdy tego zdania nie zapomnę – „szczęście przede wszystkim polega na dokładnym oznaczeniu, co w naszym życiu ma być „tą jedyną rzeczą naprawdę potrzebną” i na pogodnej rezygnacji z całej reszty. Wtedy bowiem przekonamy się, że mocą bożego paradoksu wraz z tą jedną rzeczą wszystko inne zostało nam przydane.”
Tysiąc lat promocji cierpienia zupełnie wystarczy. Pan Bóg musi się ogarnąć i znieść ofiarę jako oficjalną walutę wymienialną na zbawienie. Nie zrobi tego sam, to my go musimy przeformatować. My się musimy zbuntować, jak niewolnicy u Hegla. Do głosów przeciwko takiemu Bogu dołączyła fizyka kwantowa. Mogą istnieć wszechświaty, w których kółko rybackie Chrystusa nie musiało obrócić się w koszmar. Kot Schroedingera może być żywy lub martwy w zależności od obserwatora. Cząstka może się stać falą. Informacja się materializuje. Moc jest w naszym zasięgu, w zasięgu naszej podświadomości. Wszechświat się rozszerza, czas jest względny, możemy zmieniać także przeszłość, jestem za.
Z jednym zastrzeżeniem. Chodzi o pokorę wobec niewiedzy. Nawet jeśli ta niewiedza dotyczy tego, czego nie wiemy o sobie. A może zwłaszcza wtedy. Furtka do nieskończoności musi pozostać uchylona. Inaczej łatwo utknąć w więzieniu ciała, czyli innymi słowy wpełznąć do własnej dupy i tam zostać. Brutalne, ale powszechne, bo początkowo daje pozory zwycięstwa i komuś może się wydawać, że tak wygląda wolność.
Nie jesteśmy niewolnikami pana Boga, lecz samych siebie.
„Zamykając wszelkie rozmowy o zniewoleniu w imię tego, że mamy prawo do wolności – zamykamy równocześnie drogę do nauki o pokorze” – mówi Humanista na Emigracji w odcinku o Arystotelesie. A bez pokory nie ma dostępu do wiedzy. Pokora nie jest tym samym co zniewolenie. U podstaw pokory leży świadomość nieskończonego, wrażliwość na piękno, czujność i uważność, u podstaw zniewolenia – strach, poczucie niemocy, niechęć do zmian, przyzwyczajenie, poddanie, obojętność. Źródłem pokory jest nieskończona miłość i prawda, źródłem lęku jest materia. Dlatego, żeby przejść ze strefy lęku w strefę miłości, należy jednak wznieść się ponad materialne sprawy i stamtąd dopiero ocenić, co jest dla nas „tą rzeczą naprawdę potrzebną”. Tego najważniejszego aktu wyboru dokonujemy samotnie, z poziomu własnego serca i na własną odpowiedzialność. Bo chodzi o nasze własne szczęście.