LEGO _ LAND odc 3 – Rozdział drugi.

Letnie dni są jak najdłuższe bajki. Bajki zimowe zwykle bywają krótkie i dzieją się szybko, bo jest mróz i trzeba się ruszać, żeby nie zamarznąć. W zimowych bajkach konie galopują, sanie pędzą a wiatr wieje z zawrotną prędkością. Bajka musi się skończyć zanim zapadnie noc, a noc zapada mniej więcej o szóstej. Co innego w środku lata. Jeden dzień mieści tyle przygód, wydarzeń i czarów, że można go rozciągnąć na kilkadziesiąt stron! Rycerze podróżują dookoła świata na spotkanie smoka i jeszcze tego samego popołudnia wracają do króla by mu wręczyć świeżo ucięte głowy. Po drodze gonią ich wielkoludy, ratują dobre wróżki, kuszą zatrute owoce i skarby przynoszące nieszczęście. Księżniczki tymczasem plotą warkocze z włosów, które rosną ze szczytu wieży aż do samej ziemi w czasie zaledwie od wschodu do zachodu słońca. I wszyscy zawsze zdążą, gdzie trzeba, a wieczorem ucztują jakby nie jedli siedem lat, co akurat jest zrozumiałe. Incydent z klamką i ucieczką przez dach przybudówki zajął około 15 minut czasu ziemskiego, ale w umyśle Filipa było to wydarzenie na miarę Wielkiego Wybuchu. Ten ostatni, jak wiadomo, trwa do dziś, chociaż większość ludzi szacuje go na marne dwie sekundy. Świat Filipa stał się bogatszy o kolejne wymiary oddzielone dotychczas żelaznymi drzwiami strychu i tymi drugimi, za którymi istniało życie. Być może obejmowało ono także klamkę i różne inne rzeczy, w tej sytuacji nie będące do końca rzeczami. Wyobrażał sobie coraz śmielej zupełnie nową rzeczywistość wyłaniającą się nagle zza horyzontu niczym Ameryka przed oczami rozemocjonowanego Kolumba. Myśli grasowały swobodnie po wielkim, dzikim lądzie korzystając z faktu, że jako zupełnie nieznany – mógł się rządzić dowolnymi zasadami. Kiedy nareszcie dotarł do łazienki była godzina 8.30. Spodziewał się, że następnego dnia o tej samej porze, a więc za 24 godziny pani Roza wybierze się na strych, żeby zdjąć pranie. Ilość kwadransów, które należało odczekać wyjdzie nam po przemnożeniu 24 jeszcze przez 4. Wynik obliczeń mógł przyprawić o ból głowy, takie to były odległe czasy. Pozostawało żyć dalej ufając, że przyszłość sama się upomni o bohatera swojej opowieści, kiedy pranie nareszcie wyschnie. Tymczasem jednak życie obfitowało w kolejne wydarzenia. W ogrodzie pojawiła się Patrycja Kiszka, która dotychczas pojawiała się wyłącznie pod sklepem. Miała pomarańczowe włosy i grube, białe nogi. Filipowi wydawało się, że jest spokrewniona z dynią. Dziadek mówił mu kiedyś o dyniowatych, których było na świecie dużo więcej niż samych dyń. Podobnie sprawa miała się z innymi rodzinami – psowate, koniowate i tak dalej. Dziadek był naukowcem i zajmował się dinozaurami. Wiedział o nich bardzo ciekawe rzeczy. Niestety swoje wykłady zaczynał zwykle od porządkowania całego świata przyrody według rodzin i gatunków. Dinozaury były na samym początku – mówił na końcu. Co do Patrycji, snuła się po ogrodzie w żółtych rękawiczkach, które zdejmowała, żeby zapalić papierosa i związać na karku pomarańczową kitkę. Miała sadzić kwiatki i wyrywać chwasty, ale co chwilę podrywała się z krzykiem, bo wszystko ją brzydziło. Żaby, gąsienice, zdechłe krety i inne niespodzianki nie mówiąc już o białych grzybach z fioletową obwódką. Alem się wystraszyła, alem się wystraszyła! Ja pierdykam, ja pierdykam! –  wołała bez żadnej nadziei, że ktoś ją uratuje. Gasiła papierosa, zakładała rękawiczki i nurkowała z powrotem w trawie, a jej wielka głowa z pomarańczowymi włosami ostatecznie wskazywała na związek z dyniowatymi. Pranie zasłon i gwałtowne wyrywanie chwastów miało ze sobą ścisły związek. Zgodnie z zapowiedzią ojca dom miał się teraz zamienić w pensjonat.  

–Jak się nie ma pensji to się musi mieć pensjonat. Biedne dzieci. – powiedziała na pożegnanie babcia Teodora i zacisnęła usta. Ojciec twierdził, że babcia zawsze zaciska usta o jedno zdanie za późno. Filip chciał się dowiedzieć co to jest ten pensjonat, ale okazało się, że nic specjalnego. Po prostu od czasu do czasu do domu będą przyjeżdżać goście, posiedzą sobie i pojadą. Ojciec zawiezie ich nad jezioro a po kolacji zostanie z nimi w ogrodzie i opowie parę zabawnych historyjek. Nie mogę spać w nocy i chcę, żeby mi za to płacili – tak zawsze mówił i było to zdanie z jego ulubionego filmu. Filip nie dowierzał, że można dostawać pieniądze za tego rodzaju przypadłość, ale jeśli dorosłe życie na tym właśnie miało polegać – to w porządku. Życie ojca zdawało się potwierdzać te śmiałe przypuszczenia, bo w dniu poprzedzającym zapowiedzianą transformację zostawił wszystko i pojechał na polowanie. Około południa na podwórku pojawili się dwaj ludzie z piłą. Razem mieli trzy ręce, bo jeden był bezręki. Kilka dni wcześniej ścięto wielką topolę, która teraz leżała na wznak z gałęziami wyciągniętymi w górę oczekując, że ktoś ją podniesie. Filip patrzył z zachwytem jak trzeszczy i upada dając efekt trzęsienia ziemi na obszarze wolnym od takich zagrożeń. Autorem efektu specjalnego był mały człowieczek, który się przedstawił jako drwal Wiązadło.                                                                                             

– Drzewo trzeba ściąć, bo się zawali na szopę – powiedziała mama – może jutro?

 – Pani, dzisiaj. Bo wieczorem, to ja wiem, że będę pił, a jutro, to ja nie wiem, czy będę żył.   

 Mniej więcej po godzinie nastąpiło wspomniane trzęsienie ziemi a potem drwal Wiązadło zniknął zgodnie z zapowiedzią. Teraz dwaj ludzie z trzema rękami wzięli się do ćwiartowania topoli pozbawiając ją wyciągniętych gałęzi i zarazem wszelkich złudzeń. Pięknie pachniały wnętrza okrągłych klocków, które dwuręki rzucał za siebie po odcięciu a jednoręki trzymał tylko nogą pokonany pień, bo w jednej ręce miał kanapkę z kiełbasą a drugiej ręki nie miał. O zmierzchu Patrycja Kiszka porzuciła rękawiczki i poleciała pod sklep a na podwórko wtoczyła się biała łódź używana przez ojca jako przyczepa. Leżał w niej martwy kozioł z rozprutym brzuchem.                                                                              

– Boże mój – powiedziała mama i odwróciła głowę.                                                                 

– Padł w ogniu, wypatroszyłem go – powiedział ojciec i podciągnął rękawy odsłaniając czerwone nadgarstki –chciałaś pieczeń.                                                                                               

Filip poczuł w nosie zmieszane zapachy krwi i wieczornej wilgoci z domieszką leśnego runa. Kozioł miał szklane oczy i strużkę czerwonej posoki wypływającą z półotwartego pyska. Był co prawda martwy, ale jakoś nie kojarzył się z pieczenią. Wyglądał dostojnie w białej łodzi na posłaniu z jedliny.             

– Zrobimy mu pogrzeb? – zapytała Zośka i wdrapała się na przyczepę – mięciutkie ma futerko – turkotała, po omacku zanurzając ręce w otwartym brzuchu trupa – bul, bul, bul…

 – Zjemy go – powiedział ojciec – ale nie na surowo. To mówiąc wziął Zośkę na ręce i zaniósł pod kran z wodą.                                                                                      

-Dzwony biją – powiedziała mama – dziwne.                                                                             

-Pogrzeb idzie – powiedział ojciec.                                                                               

-Naprawdę? Po naszego kozła?! – krzyknął Filip z pełnym nadziei niedowierzaniem.

-Drwal Wiązadło zapił się na śmierć – powiedziała pani Roza -szkoda łez na takiego.

Drogą tymczasem posuwał się dziwaczny kondukt, którego początek stanowiła rześka czwórka z niewielką trumną na ramionach, a koniec wyraźnie się zataczał.

-Proszę, jak im się śpieszy na piwo. Zaraz następny nogi wyciągnie –pani Roza rozgniotła w palcach komara i wróciła do kuchni.                                                       

-To my już pójdziemy – powiedział jednoręki i jedną ręką zdjął czapkę. Dwuręki był bez czapki, ale się przeżegnał.

 -Skończylim rżnąć– powiedzieli obaj i pędem dogonili pogrzeb.

 Dzwony uderzały w niebo wielkim, płaczliwym głosem. Ich mosiężne jęki niosły się ponad dachami a wieczór pochylony nad drogą rozciągał swoje białe mgły jak całun pogrzebny. Ale już po chwili zmrok zatarł ślady po żałobnikach a krzywa latarnia przed sklepem oświetlała tylko kocie łby na pustej ulicy. Przez okno w pokoju dziecinnym Filip słyszał brzęk kapsli upadających na asfalt gdzieś za zakrętem. Były to ostatnie salwy na śmierć drwala, który umarł z przepicia i kozła, który padł w ogniu, żeby nakarmić gości. A kiedy zasłona nocy ostatecznie połączyła horyzont z niebem drwal Wiązadło wspinał się już w górę po szczytach sosen a kozioł podążał za nim przeskakując chmury.                                        

-Północ – pomyślał Filip przebudziwszy się nagle z przepełnionym pęcherzem w bardzo ciemnym pokoju. Plecy piekły go od zadrapań dokonanych przez fotel  na strychu. Nagie olbrzymy pełniły swoją obojętną wartę. Zośka spała na brzuchu przyduszona gigantycznym misiem, który ponoć urodził się biały. Teraz nawet gdyby pozostał biały i tak byłby czarny. Noc panowała niepodzielnie, nie świeciły gwiazdy, księżyc utonął w jeziorze a przestraszona mała lampka na wszelki wypadek wypadła z kontaktu. Filip po omacku wydostał się przez uchylone drzwi do długiego korytarza. Poczuł obiecującą woń świeżo rozpakowanej walizki. Z pokoju gościnnego sączyło się słabe światło ulicznej lampy. Siny snop przecinał przedpokój ożywiając na swojej drodze dwa czerwone kafle i jednego wysokiego buta z pary pozostawionej przy schodach. Z łazienki tymczasem dochodziły szumy i pluski. Filip opadł na przednie łapy i już po chwili jak bezgłośny tygrys skradał się po podłodze węsząc pośród rozrzuconych ubrań. Pachniało trochę jak w nieprzewietrzonym sklepie. Uważnie rozgarniał rzeczy w nadziei, że uda mu się upolować jakiś prezent. Czas naglił, pluski w łazience zmieniły się w jednostajny szum wypuszczanej wody. Niewiele myśląc chwycił torbę stojącą na krześle i wytrzepał ją na podłogę. Coś ciężkiego, małego i brzęczącego potoczyło się pod piec i wpadło pewnie do dziury za listwą. Wtedy wujek Otto podniósł się nagle spod wielkiej kołdry i  błyskawicznym ruchem chwycił Filipa za nogawkę.

-Ten sukinkot plądruje mi bagaż! – powiedział do swojej kanapy, bo nikogo innego nie było – mały skunks – dodał jeszcze i z westchnieniem opadł na poduszki po czym stopił się ze ścianą. Najwyraźniej nie miał ochoty na nic więcej prócz dolnej części pidżamy, z której Filip wysunął się bez trudu i czmychnął przez srebrny korytarz prosto w kościstą pułapkę czyjegoś nagiego ciała.                                 

– Jezus Maria co tu lata na golasa? – wrzasnęło ciało a ręce, długie i cienkie wepchnęły Filipa do oślepiająco białej łazienki, w której był rozpylony mdląco – drażniący zapach świeżych liści.                 

-Sam chciałbym to wiedzieć – pomyślał Filip dusząc się krztusząc. W końcu odnalazł sedes i oblał deskę a przy okazji kawałek podłogi. Poczuł ulgę, podumał chwilę nad białą otchłanią łączącą dom z wnętrzem ziemi i odruchowo poszukał ręką spodni, aby je naciągnąć na wychłodzone pośladki.                     

-Ach, przecież nie mam spodni. Wuj Otto śpi z nimi dzisiaj.

 Ostrożnie uchylił drzwi i ze zdziwieniem dostrzegł brakującą część swojego odzienia uprzejmie przewieszoną przez klamkę.                                                                                                            

-Dziwna noc – powiedział do siebie i wrócił do łóżka czując, że sen czeka na niego jak pies pod sklepem. Ubrał spodnie i natychmiast zasnął.

Ilustracja – Marc Chagall.

                                                                                                                           

                                                                                                          

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.