LEGO LAND – odc 4- Rozdział trzeci.

– Kogo my tu mamy! Witaj królu piratów! – zakrzyknął wujek Otto otoczony ze wszystkich stron tłumem obcych ludzi. Stali stłoczeni wokół kuchennego pieca, kiedy Filip próbował przemknąć do łazienki z bosymi nogami. Pani Roza właśnie wyłowiła z garnka miotające się na wielkiej łyżce różowe parówki. Ten skomplikowany manewr unieruchomił ją w bezpiecznej odległości od gołych stóp Filipa. Potrząsnęła głową a parówki zatańczyły nad półmiskiem i spadły utworzywszy wielką, bezładną piramidę.

– Ostrożnie – powiedziała mama.

– Dzień dobry – powiedział Filip.

-Jestem głodna – powiedziały Wielkie Piersi naprzeciwko wuja Otto.

– Jemy, jemy – powiedział ojciec i przegonił muchy, które zaczęły jeść jako pierwsze. Goście z hałasem odsuwali krzesła i wkładali do ust odcięte kawałki parówek ruszając gardłami jak gęsi sąsiada. Filip zauważył, że mężczyźni byli raczej płascy, mieli ręce i nogi kanciaste a głowy prostokątne, jakby ich ktoś wyciął z tektury. Zginali się równo na pół i na ćwierć. Tak połamani mogli dopasować ciało do twardego krzesła a ramiona do koszul. Kobiety były okrągłe jak luźny wałek. Jak poduszki wypchane watą, która wskutek nierównomiernego używania gromadzi się w niektórych miejscach i zbija, a w innych pozostawia wgłębienie. Miały miękkie dłonie i Filip lubił ich dotyk. Pachniały dusząco, szczególnie w okolicy ust. Wyraźnie wydzielały ciepło, odwrotnie niż mężczyźni, oni przechodząc robili zimny wiatr.

 – Kapcie!! – ryknęła pani Roza odwracając się od zlewu a z jej rąk odpadło mnóstwo brudnej piany. Filip poczuł mokre palce na swoim ramieniu i posłyszał za uchem syczenie małych bąbelków, które gasnąc znikały na jego pidżamie. Wyrwał się i wykręcił z uścisku a następnie przemierzył korytarz pilnując, żeby każdy kawałek podeszwy dotknął zimnego kafla. Szedł wolno, ręce założywszy na plecach, ciesząc się swoim płaskostopiem. Było lato! W lecie padał piasek. W zimie odpowiednio śnieg, na wiosnę deszcz a w jesieni liście. Tutaj, na ziemiach odzyskanych piasek padał niezwykle rzadko, w każdym razie nie za czasów Filipa. Ale na takiej Saharze, gdzie lato trwa wiecznie – piasek pada co chwilę. Są nawet burze piaskowe- tak mówił dziadek, który był mądry, tak mądry, że kiedy był bardzo młody został profesorem nadzwyczajnym. Potem, kiedy już był tak samo stary jak inni profesorowie – przestał być nadzwyczajny i stał się zwyczajny, jak oni. Samo słowo „profesor” napisane w gazecie albo na drzwiach wyglądem przypominało dziadka. Dziadek wiedział wszystko. Wujek Otto z kolei wszystko widział i niczemu się nie dziwił. Kiedy wydarzyło się coś niezwykłego mówił – ja już wszystko widziałem – w końcu mieszkam w Ameryce. I udawał, że ziewa, albo ziewał naprawdę. Pogrążony w myślach Filip dotarł nareszcie do dziecinnego pokoju. Słońce oślepiło większość lalek rozrzuconych na podłodze. Miały powykręcane ręce i ubrania poszarpane przez psy. Półka z zabawkami była prawie pusta, wypłynęła z niej rzeka klocków, samochodów i książek, których ciężkie okładki miażdżyły zagięte strony. Przejście w stronę szafy wymagało precyzji, żeby nie nadepnąć na ostry kant klocka lub kredki. Trzeba było także uważać na zwierzęta gospodarskie ze zbombardowanej kapciem miniaturowej farmy. Niestety jedna ze świń utkwiła w bosej stopie Filipa wcisnąwszy się pomiędzy palce u nóg.

 –Ciekawe, czy to się kiedyś da posprzątać – pomyślał i zahaczył o dywan, a świnia wydostała się z pułapki i uciekła pod fotel.                                                                                                                  

-Gdzie jest to małe metalowe gówno? – powiedział nagle głos w pokoju.

 Serce Filipa podskoczyło w górę i ukryło się w gardle. Odwrócił się i zobaczył wuja Otto w czarnym, połyskującym szlafroku, czarnych, plastikowych klapkach i z marsem na czole.

– Małe, metalowe gówno – powtórzył wuj i rozpogodził się nagle na widok mamy, która pojawiła się jak archanioł z mieczem, żeby rozpędzić zbuntowane legiony.

– Twój miecz – powiedziała i wręczyła go Filipowi.

Wuj Otto ziewnął i dał się wyprowadzić za rękę z pokoju.- Ze mną jak z dzieckiem – powiedział na pożegnanie.

Na plecach miał napisane STRUP. Filip już kiedyś próbował się dowiedzieć, dlaczego szlafrok wuja ma taki napis. Niestety, wszyscy twierdzili, że to jest chińska litera.                                                          

-Nie ma żadnego strupa! – mówili oburzeni.                                                                               

-Kiedy ja wyraźnie widzę! – upierał się Filip.                                                                                  

 -Strup –zastanawiał się wujek – to dość obrzydliwe.                                                                               

-Dlaczego, ja bardzo lubię zdrapywać strupy- a potem je zjadam.                                                        

Ze szlafrokiem wuja Otto związana była ściśle historia Ameryki. Wuj Otto kiedyś tam pojechał i został. Podobno zrobił to „w ostatniej chwili”. Filip wyobrażał sobie tę chwilę w najdrobniejszych szczegółach. Była zupełnie nieruchoma, jak zakurzony obraz na największej ścianie w ciemnym, zatęchłym muzeum. Ciężki, obabrany smarem okręt dobija do brzegów wielkiego lądu. Na pokładzie tłoczy się garść rozbitków, niedopitków i niedojadków. Jest szósta rano, zima. Morze jest miejscami zamarznięte i okręt zgrzyta po lodzie. Wszyscy kaszlą albo kichają. Wszyscy są smutni i zamazani. Wszyscy, za wyjątkiem wuja Otto, który – dzielny i rześki, właśnie wyskoczył spod prysznica. Stoi na mostku kapitańskim w rozwianym, czarnym szlafroku z wielkim STRUPEM na plecach. Tytuł obrazu – „Ostatnia chwila”. Ten ląd to oczywiście była Ameryka i za zakrętem było już widać wszystko. Filip postanowił, że nigdy nie popłynie do Ameryki. Nie chciał zobaczyć wszystkiego.

Nie miał także ochoty wracać do kuchni, chciał być sam. Żeby mieć pewność swojej samotności postanowił przeszukać pokój. Na początek otworzył szafę i odnalazł Zośkę. Trzęsła się i kuliła pod stosem płaszczy. Trwożliwie wysunęła nos spod futrzanego kołnierza i pisnęła jak przydeptana mysz.

-Dobra, dobra – wyłaź, bo cię zamknę na klucz. Nie chce mi się bawić. A zresztą myśliwi już sobie poszli.

 –Są jakieś ciocie? – zapytała wysuwając nogi z jednego, wysokiego buta.

– Jest wujek Otto. I ktoś chodził po domu w nocy. Ale był zupełnie goły i dlatego nie wiem co to było. Teraz jedzą parówki. Ja uciekam na strych –powiedział Filip, wepchnął do szafy koniec buta i zacisnął drzwi przytrzaskując ogon rudego lisa, który nie zdążył się schować.

  –Ja uciekam z tobą. A jak nie, to powiem pani Rozie, że tam siedzisz. I że ukradłeś małe metalowe gówno.                                               

 – Wcale go nie ukradłem. Nawet nie wiem co to było. Prawdopodobnie Puszkin.

Mama tak właśnie nazywała wuja Otto. Mówiła, że jest podobny do Puszkina. Puszkin, według Filipa, dużo bardziej pasował do tego, co wpadło do dziury za listwą, niż do samego wuja. Puszkin był mały, raczej żelazny, gdzieniegdzie porośnięty mchem i brzęczał przy potrząsaniu, chociaż to nie było do końca pewne. Jedno natomiast było pewne, wuj Otto, Puszkin i małe metalowe gówno to były hasła ściśle ze sobą powiązane. Dzięki temu Filip także zaczął kojarzyć wuja Otto z Puszkinem. Nastąpiła nieoczekiwana zgodność w opinii dzieci i dorosłych.

Prawdę powiedziawszy Filip nie miał pewności, czy uda mu się otworzyć drzwi na strych. Ale nie chciał się z nikim dzielić tajemnicą drabiny i otworu w szczycie, bo już sobie wyobraził jabłoń pełną Paciorków szykujących się do abordażu na pokład przybudówki, z zamiarem zajęcia i splądrowania całego okrętu. Dlatego na razie udał, że pokona klamkę i za chwilę w to uwierzył.

                                                                                                                                           

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.