Lego Land – odc 6 – Rozdział czwarty.

– Nosorożec – powiedziała Zośka. – Mama pokazywała nosorożca.                                          

–Mama pokazywała jęzor pana Kiszki. I to, że pan Kiszka jest smokiem, widziałem przecież. Mówiąc to Filip dał się nareszcie obuć pani Rozie, która uwijała się pod ich nogami niczym olbrzymi pyton.          

– Mój ty Boże takie świństwo, taki wstyd! – zawodziła zapinając sandał Zośki grubym palcem. Sandał nie miał ochoty się zapiąć, palec skakał kłuty sprzączką, Zośka się wierciła w bucie. Stójże, jagódko w miejscu, bo cię trzepnę ! Ja tych Kiszków, ja tym Kiszkom, Jezus Maria, w obcym domu, nie wytrzymam! Farbowana lafirynda z tym nierobem, bezbożnikiem, narkomanem, w obcym domu, po drabinie! Nie kręć nogą, postaw nogę, zegnij nogę bo ci tego do śmierci nie zapnę! Ale co się dziwić (tu pani Roza zagdakała krótkim śmiechem) – jaka matka taka córka. A stary Kiszka jak chodził z kijem tak chodzi. Jak wygrażał tak wygraża, Cygan stary, dziad stary, głupek stary. Zapięte obie nogi, biegaj teraz, mała kozo do tych gościów, bo cię jeszcze zostawią, przebierańce gazeciane.                                       

Goście tymczasem kołysali się pod domem brzęcząc. Każdy o czymś sobie brzęczał pod spoconym nosem. Muchy też brzęczały, lato grało w powietrzu na skrzydłach ptaków, owadów i samolotów. Szeleściły gazety wachlując spocone nosy. Wszyscy mieli białą skórę z fioletowymi żyłkami. Filip wiedział, że po południu zrobią się czerwoni w niektórych miejscach i że te czerwone placki będą sobie oglądać i klepać z wielką uwagą.                                                                  

–Gotowi? – zapytał ojciec i nałożył sobie czapkę, żeby zasłonić czoło i wcale się nie rozbierał ani nie miał ze sobą leżaka.                                                                               

– Nie zmieścimy się – powiedział Łysy w Paski. Nogi miał wygięte do tyłu jak tylne nogi konia, bo kolana, zamiast do środka wyginały mu się na zewnątrz. ( i to zawsze sprawiało Filipowi trudność jeśli idzie o narysowanie konia).                                       

– Otto zostaje przy piecu.                                                                                                              

 – W taki upał zostaje przy piecu? – głowy uniosły się pytająco.                               

– Pilnuje zabytkowych kafli, bo w Ameryce nie ma nic zabytkowego. Piec ma być dzisiaj zburzony. Dzieci do bagażnika. Leżaki na górę. Coś jeszcze?                     

– Tato, co się działo w pokoju, kiedy otworzyłeś?                                                            

-Kiedy otworzyłem to już się nic nie działo. Wsiadać.                                                                    

Ciała przykleiły się ciasno do tylnej kanapy. Każdy wysunął ręce do przodu, żeby tułów zrobił się cieńszy a koszyki, łokcie i piersi położyli sobie na kolanach. Filip obserwował Wielkie Piersi, które były najbardziej ze wszystkich pościskane. Siedział za tylną kanapą na stosie koców i widział z góry, jak te piersi się marszczą a po szyi spływała do nich mała rzeczka i wciąż odlepiała jedną pierś od drugiej. Cofnął się by poobserwować włosy i uszy. W niektórych uszach były dziury, przez które przewleczono kolczyki.                                                                                 

– Jak tam, dzieci, nie trzęsie?                                                                                                     

Filip nie odpowiadał. Jechali leśną drogą w kierunku jeziora. Droga była poprzerastana korzeniami sosen. Korzenie, jak grube żyły – krzyżowały się na każdym, odkrytym miejscu.                                        

– Czy to boli, jak tak jedziesz tym korzeniom po gołej skórze?  – zapytał Filip, ale ojciec nie usłyszał.                                                                                                                  

Auto podskakiwało, kolczyki też podskakiwały i zostawały w górze jak zatrzymana huśtawka a potem spadały obciążając z powrotem niewzruszone ucho. Gorący wiatr przelatywał przez okna i czasem niektóre włosy odrywały się od głów i wisiały w powietrzu unoszone podmuchem. Dlaczego mamy włosy? – myślał Filip – albo też, dlaczego nie mamy włosów? Raz mamy a raz nie mamy…

Jakby wyglądało takie zwierzę, z jednej strony owłosione, a z drugiej gołe..       

Tato, czy są takie zwierzęta z jednej strony owłosione a z drugiej gołe? Tato! – krzyknął.      

 – Słyszę! – krzyknął ojciec. – Myślę! – krzyknął. – Czekajże! – krzyknął.                                  

– Z jednej strony owłosione a z drugiej gołe? –powiedzieli wszyscy chórem.                     

– Pawian. Może. – powiedział Łysy w paski.                                                                                             

– Nic nie mogę wymyślić – powiedziały pościskane Piersi.                                                          

– W takim razie tylko ludzie tacy są – powiedział Filip.                                                         

– Ludzie?! – zapytali wszyscy.                                                                                                           

– No, ludzie. Oprócz łysych. Bo łysi są zupełnie łysi.                                                                    

– Niezupełnie – powiedziała głowa w gazecie a Piersi podskoczyły i mała rzeczka gwałtownie zmieniła kierunek. Łysy chrząknął gładząc nerwowo łysinę.

 – Nie zawsze byłem łysy.                                   

 – Czy jak się urodziłeś miałeś włosy? – zainteresowała się Zośka.                                                               – Hmm – powiedział Łysy – jak się urodziłem też byłem łysy. To się zdarza… hm.. to znaczy, nie zawsze i oczywiście nie wszystkim, jakby ci to wytłumaczyć – plątał się Łysy wciąż dotykając łysiny – no więc, zdarza się niektórym, że są łysi po urodzeniu, ale potem mają włosy, ja także miałem, miałem je dość długo, to znaczy, dość krótko, kręcone i cienkie, ale miałem. A potem wypadły, to znaczy, nie wszystkie i nie od razu, po jednym, to znaczy po kilka dziennie, a resztę sam zgoliłem, sam zgoliłem..                                                                               

– To głupie – powiedział Filip.                                                                                                    

– Co jest głupie?                                                                                                                                   

– No, to że w ogóle wyrosły, jeżeli i tak wypadły. Mogły wcale nie wyrastać, po co to całe zamieszanie?                                                                                                                

– Boże, te dzieci! – westchnęły Piersi, uniosły się strasznie wysoko i zaraz wpadły z powrotem do bluzki.                                                                                                         

– Nie męcz wujka – poprosił ojciec.                                                                                          

Filip nie miał zamiaru nikogo męczyć, przeciwnie, żal mu było Łysego. Pewnie cierpiał, kiedy włosy, jeden po drugim wypadały mu z głowy. Musiało go pikać. Ciągnąć i drażnić. Na skórze mógł mieć małe ranki albo dziurki. Wyglądał jak lalka Zośki, którą pies wyszarpał. Można by znaleźć tę lalkę i przyjrzeć się jej dokładnie. To pomyślawszy Filip postanowił zrobić małą próbę na żywej głowie. Wybrał dużą głowę pod oknem, chwycił jeden z włosów i mocno szarpnął. Głowa odskoczyła do tyłu a jej kolczyk brzęknął, zaczepił się o guzeł kanapy i uwięził głowę tuż przed nosem Filipa.                                

– O Jezu,o cholera jasna, ucho! Ucho mi odczepcie! Urwie mi zaraz ucho! – jęczała głowa przyszpilona do kanapy.                                                                                      

– Ale fajnie trzęsie!  – powiedziała Zośka.                                                                                       

– Widzę, że muszę stanąć – powiedział ojciec i zatrzymał auto.                                         

Pojawiło się mnóstwo palców. Palce podwlekały, przewlekały i odpinały kolczyk kłócąc się między sobą i przepychając. Guzeł był coraz bardziej naprężony i bronił się wywlekając z kanapy kolorowe wnętrzności. Ucho też się naciągnęło do niespotykanych rozmiarów, sczerwieniało dołem i zbielało środkiem aż nareszcie drut puścił i uwolnił głowę.                                                                                      

–  Jeżeli się natychmiast nie uspokoicie zostawię was w lesie i przysięgam, że to zrobię. Mówiąc to ojciec pochylił się do przodu i obserwował chmurę płynącą za oknem. Chmura była tłusta, z ciemnym brzuchem i białym grzbietem. Płynęła prosto nad jezioro i wyglądała na bardzo spóźnioną.                                       

 – Ryby biorą – powiedział ojciec i powoli ruszył. – Kto ma wędkę ten się obłowi – dodał jeszcze i skręcił w lewo w dół, gdzie zaczynał się wąwóz prowadzący do jeziora.                                                       

– Szkoda, że ich nie zostawił w lesie – powiedział Filip.                                              

– Szkoda, że się uspokoili – westchnęła Zośka.                                                                     

Jezioro nazywało się Studnia i to było zgodne z prawdą. Wodę miało ciemną i spokojną. Mało kto o nim wiedział, bo do ostatniej chwili pozostawało w ukryciu. Las wcale się nie przerzedzał, droga zakręcała w gęstwinie a na końcu zakrętu już chlupała woda.

Czy aby na pewno każdy zdążył się zatrzymać?  – zastanawiał się Filip mając nadzieję, że na dnie Studni leży kilka zatopionych wraków. W chwili, gdy jezioro wyskakiwało nagle jak diabeł z pudełka w aucie rozlegały się piski i okrzyki zgrozy. Ojciec z kamienną twarzą przyśpieszał i z twarzą równie kamienną zatrzymywał pojazd w pełnym galopie. Potem cofał odrobinę, ulegając protestom tych, którzy co prawda cały ranek jęczeli, że chcą do wody, ale to wcale nie oznaczało, że mają zamiar się zamoczyć. Tym bardziej, że zejścia, które z daleka wyglądały na piaszczyste, w rzeczywistości zawierały muł i już po chwili woda robiła się mętna a dno niewidoczne. Dlatego warto było stąpać ostrożnie, żeby zobaczyć uciekające raki, ławice rybek w wieku szkolnym i przedszkolnym, różne zgniłe roślinki a przede wszystkim ogromne, rozpulchnione nogi pokryte bąbelkami i rzadkim, stojącym włosem.

Ach, jak przyjemnie! – mówili goście wyczołgując się z auta w bardzo dziwnych pozach. Na czworakach rozłazili się po stromej łączce i obmacywali trawę w poszukiwaniu twardych górek, kamieni albo innych wybrzuszeń. A kiedy niczego takiego nie znaleźli błyskawicznie podrzucali koc i każdy płasko rozkładał na nim swoje ciało, które, gwałtownie odgięte odpowiadało chrzęstem i stękaniem. Równocześnie szczękały leżaki, latały w powietrzu buty, okulary i książki, gałęzie trzaskały pod ciężarem spodni i ręczników a kilku wujków ciężkim drągiem wbijało w dno jeziora swoje butelki z piwem.                                          

Filip czekał aż skończą. Podobnie zrobił ojciec. Stał na środku pomostu jak nieruchoma figura. Kiedy się odwrócił panowała cisza. Na trawie smażyły się bezwładne placki. No –powiedział i spojrzał w niebo -chmura będzie tutaj za dziesięć minut. To mówiąc zabrał wędkę i poszedł sobie.                       

Filip zanurzył stopy w wodzie, potem zrobił kilka bocianich kroków i zatrzymał się. Jezioro miał teraz na wysokości pępka.

– Liżą mnie zimne języczki –powiedział do Zośki.                                                             

Zośka leżała na mieliźnie i zajmowała się kopaniem dołka dla rybek.                                            

– Mam ochotę wypić całą wodę z jeziora – powiedział Filip sam do siebie – albo utopić się tam na środku.                                                                                                                           

– Nie szkoda to życia? – zachrypiała postać przewieszona przez pomost. Potem wstała zbierając bardzo długie kości a z jej ust leciał dym. Była nieprawdopodobnie wysoka i tak chuda, że jej cień składał się z samych ostrych kątów. Musi ciągle uważać, żeby się nie pokaleczyć – pomyślał Filip, ale zaraz skupił uwagę na małej rybce podążającej pod pomost. Wiedział jak to przyjemnie być rybką. Ilekroć pływał pod wodą odczuwał senną lekkość. Woda niosła go i podtrzymywała. Nie tak dawno zakładano mu na ramiona małe, napompowane kółka. Kiedy wskakiwał do wody powietrze z kółek wypychało go na powierzchnię. Potem leżał na wznak lekko tylko poruszając rękami jak leniwa żaba. Któregoś dnia okazało się, że kółka były dziurawe i wcale go nie unosiły. Wtedy ostatecznie zamienił się w żabę. Pływając nigdy nie miał zmęczonych nóg. Dlatego bez trudu unosił się w górę i wynurzał. To, co stanowiło przeszkodę w zasypianiu, w wodzie bardzo się przydawało. Opadanie na dno nie wchodziło w grę i Filip nigdy się tego nie obawiał. Powietrze w kółkach nie było widać jedynym, które go wypełniało. Cały był jak balonik.   

– Chciałbym się utopić, ale nie umrzeć – powiedział głośno.                                                            

– I myślisz, że to jakaś różnica? – zapytała Wieża z Kości.                                                          

– Pewnie, że tak. Chciałbym się utopić, żeby zostać w wodzie. A gdyby mi się to udało, dlaczego miałbym zaraz umierać?                                                                                   

– To bardzo zabawne. Wieża z Kości poskładała się na trzy części i usiadła. Ale – dodała – to dlatego, że jest gorąco.                                                                                       

– To nie dlatego – zaprzeczył Filip. – Po prostu zawsze, kiedy widzę dużo niebieskiej wody mam ochotę ją wypić albo się w niej utopić.                                           

– To bardzo dziwne, bo ja nie – powiedziała Wieża.                                                                 

– To dopiero jest dziwne, że ty nie. – powiedział Filip.                                                                        

Chmura tymczasem zawadziła ostrzegawczo o kawałek słońca. Filip zanurkował pod pomostem. Kiedy się wynurzył zobaczył nad sobą cztery wiszące nogi. Dwie z nich były na pewno kawałkiem Wieży z Kości, bo zupełnie nie miały łydek. Dwie pozostałe za to składały się wyłącznie z łydek, owłosionych i pękatych. Nogi wykonywały wahadłowy ruch nad samą powierzchnią wody. Nagle jedna z nich wielkim palcem dotknęła jeziora. Palec zbielał z zimna i zaraz został wyjęty z powrotem. Tak wychłodzony zbliżył się do chudej nogi, która była sucha i rozgrzana i znienacka złożył na niej lodowatą pieczęć. Chuda noga drgnęła, ale nie uciekła. Owinęła się wokół grubej w taki sposób, że ich stopy połączyły się i położyły jedna na drugiej a nad nimi splatał się w uścisku ciasny węzeł łydek. Słońce weszło do ciemnego brzucha chmury. Pod pomostem zrobiło się mroczno. Rybka opływała gruby, drewniany pal poruszając skrzelami i wciąż łykając niewidoczne kawałki mięsa.                                                                                            

Rybie mięso jest rybą- myślał Filip mając na myśli pożerające się nawzajem szczupaki. Widział kiedyś jak pani Roza z chrzęstem rozpruła takiego drapieżcę i wyciągnęła mu z brzucha drugiego, mniejszego. W bajce o Czerwonym Kapturku leśniczy w podobny sposób wyciągał babcię połkniętą przez wilka. Dzieci i zwierzęta często wyskakują w ubraniu i okularach z różnych rozprutych brzuchów i wszystko dobrze się kończy. Ale ze szczupakami tak nie jest. Ten w brzuchu był równie martwy jak jego pożeracz. Bo rybom inne ryby smakują jak mięso. Jedzą sobie mokre mięso. W ciszy pod stojącą chmurą słychać było leniwe mlaskanie mokrego i śliskiego mięsa.                                                                                   

Nie spieszą się – zauważył Filip – powoli sobie jedzą. Zdążę im pokruszyć bułkę – pomyślał, wysunął się nieco spod pomostu i spojrzał na deski. Czubek słońca zalśnił nagle w porzuconych okularach. Obok leżała czapka i gazeta. Dalej butelka z oliwką. Szmatka. Ogryzek. Klapki. Sucha bułka. Jest sucha bułka! – ucieszył się Filip. Co będzie, jak ją zabiorę? – zastanowił się i podniósł oczy na sam szczyt Wieży z Kości. Przedstawiała dziwny widok. Splotła się z ciężkim ciałem o grubych łydkach i tak się strasznie połamała, że Filip za nic nie potrafił odnaleźć jej twarzy a przy tym chmura uwolniła nareszcie słońce i dwa ciała stały się tylko bezkształtną, ciemna plamą w oczach Filipa.                                                                   

Bułka leżała na środku deski. Filip wyciągnął ramię, ale bułka była za daleko. Brakuje mi kawałka ręki – westchnął i postanowił podciągnąć trochę tułów. Ale kiedy podciągnął tułów, nie mógł oderwać ramion od pomostu. Po omacku szukał pod nogami jakiegoś usłużnego schodka. Jakiejś tratwy albo gałęzi, albo leżącego pnia.                                                                                                             

– Hej mały! – odezwał się głos z pomostu – tylko nas nie ochlap! I nie wchodź tędy bo śliski jesteś! Mokry jesteś! Gdzie ty jesteś!? Filip postawił wreszcie nogę na tym, co znalazł i z całej siły odbił się w górę.       

– Dureń jesteś! Łobuz jesteś! Rozległ się głośny trzask i plusk. Kilka ciał na kocach dźwignęło głowy, z których pospadały gazety, listki i książki.                                   

– Co się tam stało? Kto tam co robi? Co komu wpadło?                                                                  

– Nam wpadło! Wszystko wpadło! Z nami wpadło! Czapka, książka i oliwka! Buty mam w szuwarach! A niech to wszyscy diabli!                                                                

Woda się zrobiła mętna i brudna. Pełno na niej było kolorowych, tłustych plam.

– Wszystkie rybki mi uciekły – pożalił się Filip.                                                                          

– Co tu się dzieje? –  zapytał ojciec i wynurzył się z lasu z małym wiaderkiem. Filip spojrzał na niego ponuro.

– Mamy właśnie katastrofę tankowca. Te tłuste plamy zatrują środowisko na wiele długich lat. Ryby umrą w strasznych męczarniach. I ja też, jeśli będę nurkował.                                            

 – On złamał pomost i wrzucił nas do wody ze wszystkim– skarżyli się goście.     

– Mieli pozaplatane nogi. Wszystko mieli pozaplatane – wyjaśnił Filip i zajrzał do wiaderka a tam był wielki, żarłoczny szczupak.                                                                         

– Rekin! Rekin! Tata złowił rekina! Wszyscy mieliśmy szczęście!                                               

– Wcale nie – powiedziała Zośka– on odgryzł mi rękę. 

Filip spojrzał w jej stronę – Przecież masz dwie, jak widzę.                                                      

 – Mam dwie, ale miałam trzy.                                                                                                        

– Boże, te dzieci! – wykrzyknęły Piersi i okazało się, że zmieniły kolor. Były teraz zupełnie czerwone.

Ilustracja – Paul Cezanne – „Kąpiący się”- olej na płótnie Musee d Orsay.