31 grudnia 2010. – JA
Dzisiaj coś napiszę. A na razie czeka mnie ciężka praca przy sztaludze. W nocy usiłowałeś się do mnie dodzwonić. Z życzeniami? Ach tak, przecież to szczególny dzień w roku. Czemu nie mogę cię zobaczyć, czemu nie możemy się usłyszeć, może jednak jest jakaś liczba Pi, czy też raczej Fi, która łączy dwa światy? Jest tak, jakbym pukała w telewizor, kiedy cię w nim widzę i dziwiła się, że mnie nie słyszysz. Lub odwrotnie, to ty mnie widzisz, właśnie myję garnki w naszej kuchni, pukasz w ekran od twojej strony. Niedorzeczne to, ale przecież istnieją studia, z których nadajemy.
Miałeś na sobie szary sweter, którego dotąd nie potrafię ani wyrzucić, ani oddać. We śnie nie miał żadnego koloru, w zasadzie nie miał także kształtu, ale był do tego stopnia tym swetrem, że już nie musiał mieć.
Zabrałam się za Dzienniki Mrożka. Od pierwszej strony zaskakujące, ale przecież tego się można było spodziewać. Geniusz prostych sformułowań to zwykle efekt czubka góry lodowej. Trzy tomy maczkiem dzień po dniu to są te warstwy pod czubkiem. I one mnie najbardziej interesują.
„Co jest ciekawego w książce, w której nie ma ani ilustracji, ani konwersacji ?” – zapytała, zdaje się Alicja w Krainie Czarów, o ile to nie była Janeczka Banks z „Mary Poppins”. Odpowiem wam dziewczynki, siądźcie więc grzecznie i słuchajcie uważnie. Taka książka to zwykle zapis czyichś myśli. Nic się tam nie wydarza, nie ma akcji. Nie ma początku ani końca i nigdzie nie zmierza. Nie da się jej potem opowiedzieć, jak bajki o śpiącej królewnie. Poza tym, to nie żadna bajka, lecz prawda. O czym jest ta prawda? Tak ogólnie, o wszystkim. O kim? O nikim w zasadzie, trochę o mnie i o tym, kto napisał tę, waszym zdaniem nieciekawą książkę. Ale ja się wciągnęłam. Wciągnęłam się jak w rozmowę. Raz on mówił, a raz ja. Nie, nie pokłóciliśmy się ani nie doszliśmy do żadnych wniosków. Zwyczajne gadanie. Czyli w końcu się spotkaliście? Nie, przecież się nie znamy. On pisze, ja czytam i myślę, o tym, o czym on pisze, albo o czym innym. Czasem jest mi smutno a czasem się głośno śmieję. Ale to nie jest żadna rozmowa, bo on był sam, kiedy pisał i ja jestem sama, kiedy czytam. Ale tak, można to nazwać spotkaniem. Codziennie, czasem dwa razy dziennie, aż skończę trzy tomy. A co, kiedy je skończysz? Nic, absolutnie nic. Nie wiem, o czym była ta książka. A o czym jest latanie? O czym jest zrywanie kwiatów? O czym jest spacer po lesie? O czym jest życie?
28 kwietnia 1963 – Mrożek
To prawda, że kłębi mi się w głowie dużo myśli, a filozofia też, a jakże. Potem zostaję nagle z watą w głowie. Wszystko znosi się nawzajem, nic nie zostaje. Wtedy, żeby się pozbyć kłębu tej waty, należy stworzyć fakt.
5 stycznia 2011 – Ja.
Starzy ludzie mają przed sobą coraz mniej przyszłości, więc żyją przeszłością. A tymczasem to jest niepowtarzalna sposobność tak zwanego, słynnego życia chwilą obecną! Starość to luksus życia teraźniejszością. Ten przymus w istocie oznacza luksus. Niczego nie trzeba zmieniać, bo co się miało zmienić już zostało zmienione. Z naszego balkonu nareszcie widać kosmos. Ale ona, moja matka– widzi Wawel i koniec swojego papierosa. Trzyma się kurczowo przeszłości jakby zakończyła życie, a przecież, w moim pojęciu właśnie TERAZ może zacząć żyć naprawdę.
1 sierpnia 1966 Mrożek.
Problemem naczelnym staje się, w miarę życia, nie walka o sukces czy dojście, nie o nowe przeżycie, to w zasadzie już niemożliwe, ale walka o zachowanie życia, o zachowanie się żywym. I choćby całe moje życie już skostniało w swoich elementach, dopóki świadomość walki, potrzeba tej walki i jej świadomość są zachowane, to jedno wystarczy, żeby nie umrzeć.
15 stycznia 2011 – ja.
Granica pomiędzy mną a kanapą to nie jest wierzch mojego swetra, tylko życie we mnie. Istnienie weszło w moje ciało i odróżnia mnie od tła. Ludzie w Szydłowcu wydają mi się tacy sami, ponieważ ich nie znam. Ludzie, których poznaję, zaczynają się odróżniać od tła. Poznawanie innych jest więc niczym innym jak tylko poszerzaniem mojego własnego istnienia.
Życie nieuświadomione to nieustanne odradzanie się. Nieustanne wchodzenie po schodach i zbieganie w dół. Jakby nas kto zawracał spod samych bram nieba. Wtaszczał z powrotem do domu i wsadzał nos w zasikany dywan, jak psu, który musi pojąć, że tak się nie robi. Za którymś razem nareszcie łapie o co w tym chodzi i blokada puszcza. Na razie jednak nie puszcza. Dobre jest dobre i złe też jest dobre, nauka trwa. Tylko świadomość potrafi przerwać ten zaklęty krąg. Śmierć to za mało.
18 kwietnia 1965 Mrożek.
Każdego wieczoru jest tak, jak człowiek powalony w bójce zrywa się jeszcze z czworaków i ogłupiony, oślepiony woła do przeciwnika: co, chcesz się bić, no co, chcesz się bić? Oczywiście ten przeciwnik – życie samo – chce się bić (ciągle jeszcze chce się bić) i jednym ciosem powala z powrotem. Zresztą tak jest raczej rano niż wieczorem. Wieczorem jest już po walce i najwyżej pokonany odgraża się : „Niech ja go tylko dołapię jutro, a ja mu już pokażę”.
20 stycznia 2011 – ja.
Śniło mi się, że ktoś mnie wnosi po schodach, to tak apropos schodów. (Właśnie kiedy to piszę ze schodów spadła poziomica, bo przecież nadal trwa remont.) Fajne uczucie, być niesionym na rękach. Niósł mnie jakiś twój młody wielbiciel, posadził obok ciebie przy stole a sam przycupnął w kącie. Stół był okrągły, wszyscy którzy tam siedzieli – czekali aż przemówisz. Mówiłeś o czymś ważnym, ale jak dla mnie oczywistym. Twoje kultowe sformułowania zazwyczaj robiły wrażenie. Miałam groszkowe półbuty – taka zwiędła sałata. Ale w ręce trzymałam królewskie trzewiki, brylantowe z ogromnym zielonym, błyszczącym kamieniem. Oboje byliśmy absolutnie bez zarzutu.
29 marca 1967 Mrożek
(…) śniło mi się, że ja sam goniłem siebie. Biegł za mną ja. Pamiętam nawet, że miał flanelowe spodnie, nic dziwnego, bo ja właśnie mam takie spodnie a to byłem ja. Nic złego nie chciał mi zrobić ten ja mnie, biegł tylko i wołał, żebym się zatrzymał widocznie chciał ze mną pogadać.
3 luty 2011. – Ja.
Chwilowa apatia, dziwne jest życie, które jest w istocie resztą życia. Nie bardzo chce mi się żyć, ale to nie jest uczucie przykre. Nie ma tragedii, nie ma euforii, nie ma smaku. Wydarzenia jak płaski film. W każdej chwili można zgasić.
Nie gaszę, bo dzieci chcą oglądać.
Trzymają mnie sprawy urzędowe, pieniądze, które muszę zarobić, żeby spłacić dom i umrzeć w spłaconym. Dbam jakoś o siebie, bo czemu niby mam nie dbać, odwalam te hałdy czasu. Jedyna przyjemność to siedzieć i patrzeć na to, czego nie ma za oknem, a za oknem nie ma miasta. To mój największy życiowy sukces, że za oknem nie ma miasta.
Nie jest prawdą, że lubię mieszkać na wsi, bo nie lubię. To okropne miejsce do życia, ta cała wieś. Chciałabym mieszkać w mieście, ale nie mieć go za oknem. Nie mieć go za ścianą. Nie słyszeć go w nocy. Mieszkanie tutaj jest jedynym rozwiązaniem.
Ktoś zostawił w lesie psa. Nic nowego. Ale czasy się zmieniają, Europa za progiem, a wraz z nią inna kultura! Pies porzucony w lesie miał kocyk na folii – (nazywa się to kocyk piknikowy), piłeczkę i miski – jedna z wodą (już zamarzniętą), druga z karmą. Okrucieństwo z filtrem.
Jestem w Newsweeku, zdjęcie na całą stronę. Jestem sławna, na pewno mam dużo pieniędzy. Ludzie zawsze tak myślą. Jak ktoś jest w gazecie to jest sławny. A jak jest sławny to ma dużo pieniędzy.
29 grudnia 1968 – Mrożek.
Metafora – ja i moje myśli, uczucia, sentymenty. Jestem jak pan, który przechadzając się po parku, słyszy, jak poddani jego się bawią. Jakże chciałby się z nimi zjednoczyć w ich prostej, wieśniaczej uciesze. Oczywiście nic z tego. Obłudny jest, kiedy mówi, że chętnie w zamian wyrzekłby się swojego państwa.
21 luty 2011 – Ja
Zmarł Jerzy Nowosielski – a więc i jego już nie ma. Skromny, często bardzo pijany, malował obrazki nieustannie myśląc o Bogu, śmierci, miłości i tym podobnych problemach. Ja też tak robię. Przez to twoje odejście ostro mnie wyrzuciło na osobny tor. Nie zejdę już z niego, chociaż mnie prowadzi w kierunku przeciwnym do wskazówek historii. Świat pnie się w górę, ja się przebijam w głąb. Więc dla świata stoję w miejscu, o ile się nie zapadam.
Kompletny brak odzewu, jakiegokolwiek ożywienia zniknięciem mistrza. Za to we Wszechświecie zapalają się wielkie neony Jego obrazów. Czy ludzkość kiedykolwiek to dostrzeże?
29 maja 1968 Mrożek
Umarł van Dongen mając 91 lat. Zazdroszczę mu, które to stwierdzenie jest oczywiście głupie. Ale, żeby już skończyć, zazdroszczę mu, że się nażył i umarł teraz właśnie, kiedy kończy się świat, do którego ja należę.
Czytałem sprawozdanie o zebraniu konstytucyjnym nowego, rewolucyjnego związku pisarzy francuskich. Nie jestem w stanie, nie powinienem nawet żadnych mieć na ten temat komentarzy. Rzecz w tym, że pisarz już zrósł mi się z człowiekiem, a o tej syntezie mam mniemanie nieskończenie inne, niż ci tam. W ogóle związek pisarzy: już sama wiadomość, że należy do niego około dwustu jest śmieszna. Niechby nawet dziesięciu. Pisarz jest tylko jeden – ja.
10 marzec 2011 – Ja
Życie, czym ono jest w swojej najgłębszej istocie? Jest kreacją. Czy kreacja jest jednoznaczna z rozwojem? Chyba tak. Funkcjonowanie organizmu jest, rzecz jasna możliwe i bez rozwoju, ale jest wtedy czystym obumieraniem. Zjawiamy się tu i zaczynamy obumierać. Kreacja sprawia, że obumiera wyłącznie ciało. Posiadanie ciała, nawet żywego, nie jest jeszcze życiem jak posiadanie pianina nie jest jeszcze graniem. Co więcej, można komponować muzykę bez pianina i zapisywać ją. Mając pianino da się zagrać cały zapis, ale zapis jest najważniejszy. Zapis, nagranie, jakikolwiek zewnętrzny dysk. Ciało to instrument do odczytu kreacji. Dany nam na chwilę, żebyśmy sobie posprawdzali nasz własny pomysł na siebie samych.
W jakiś sposób szukam śmierci. Stanów śmierciopodobnych. Nieustannie szukam czegoś poza ciałem, poza światem.
19 października 1976 – Mrożek.
Śmierć, koniec życia – nie przedstawia mi się jako paskudna degeneracja (jako katastrofa nie przedstawia mi się nigdy). Pan Bóg nie przedstawia mi się jako Bóg żydowski, ani chrześcijański, ani mahometański. Tylko jako wielkie, ostateczne wyrównanie, zaniknięcie horyzontu, złączenie nieba i ziemi, światła i ciemności, bliskiego z dalekim. Jeżeli to będzie śmierć, to śmierć jest panem Bogiem. Pojęcia kary i nagrody wydają mi się śmiesznawe.
20 Kwiecień 2011 Ja.
Kwiecień, za chwilę Wielkanoc, strzelają żarówki, w aucie nagle po miesiącu zapala się światełko, na którym już położyłam lagę, a kuchenka od rana grzeje tylko na dwa palniki. Śniły mi się jajka wielkanocne surowe, przecięte w poprzek na pół. Ja tutaj, ty tam – świętujemy. Listonosz przyniósł mi z powrotem kurtkę, którą z żalem odesłałam. Listonosz zajączek. Nad Szydłowcem latał żółty samolot jak z moich gwaszy. Wielka zabawka -śmigłowiec. Nie mam pojęcia co tam robił. Pod latarnią leżał pusty czerwony portfel. Świat był dzisiaj usiany znakami. Niestety dowiem się, co oznaczały, dopiero po fakcie. Zawsze to lepsze niż nic nie wiedzieć.
19 grudnia 1969 Mrożek
W kaplicy, gdzie stała jej trumna, przed samym pogrzebem pojawił się motyl i trzepotał w oknie, żeby wylecieć przez szybę. Była już połowa listopada i nigdzie poza tym nie widziałem motyli. Oczywiście, mogłem sobie powiedzieć, w kaplicy było cieplej niż gdzie indziej i cóż dziwnego, że motyl, tylko motyl, tam się zabłąkał. Mogłem też sobie powiedzieć: nie, to nie był tylko motyl. Jaka męka nie móc się zdecydować. Ale właśnie uważam, że nie wolno się decydować. Był to motyl i nie motyl, i dobrze mi tak. To znaczy: gorzej, ale dlatego dobrze. Nie wolno degradować w żadną stronę.
21 kwietnia 2011 -Ja.
Rok temu też był wielki piątek. Byłam nieszczęśliwa i przerażona, chociaż wtedy jeszcze żyłeś. Cierpiałeś strasznie, waliłeś pięścią w ścianę, wszyscy cierpieliśmy. Uciekłam do stajni, pojechałyśmy z Zośką w teren przez rzekę, most się zawalił pod koniem, pół dnia stałam w lodowatej, rwącej wodzie nie wiedząc, czy uratujemy Wenecję. Wróciłyśmy do domu, było zimno, piece wygasły, okryłeś się kocami obojętny na wszystko, nieobecny, daleki, zły. Życie wydawało mi się okropne, niedobre. A teraz już cię nie ma a życie zrobiło się piękne. Nie mówiąc o tym, jaką mamy wspaniałą pogodę w te święta. Kocham cię tak samo, jeśli nie bardziej, ale jestem szczęśliwa. Twoja cielesna obecność wcale tego nie gwarantowała.
27 grudnia 1969 Mrożek
Odkrycie w ramach lekcji pokory: czasem okazuje się, że drudzy, ci lekceważeni drudzy, którzy rzekomo zawsze wiedzą gorzej, czasami wiedzą lepiej. Tak było i z moim z Marą małżeństwem. Uważane było za udane, za w pewnym sensie doskonałe. Ja wiedziałem tyle o sobie, że wydawało mi się: jakże się mylą, jakże nie mają racji, bo nie wiedzą o mnie. Tymczasem oni mieli rację. Tak, w pewnym sensie, może najgłębszym, było to bardzo dobre, prawdziwe bardzo dobre małżeństwo.
19. września 2012.
Na stacji benzynowej pomiędzy Krakowem a Kielcami zobaczyłam Sławomira Mrożka. Wszedł tam i kupił kanapkę. Meksykańską. Sytuacja jak z Mrożka. Nikt go nie rozpoznał. Miałam ochotę przed nim uklęknąć, ale to byłoby głupie, bo musiałabym wszystkim dookoła tłumaczyć kto to jest Mrożek. Że to ktoś, kogo od miesięcy mam w głowie. Odwróciłam się, zapłaciłam za benzynę i wyminęłam go jak obcego człowieka. Pewnie ostatni raz widziałam Mrożka żywego. Polecam Dzienniki. Tyle mogę zrobić.
