A teraz, kochane dzieci z rodziny Adamsów opowiem wam o śnie, w którym występowała moja wredna ciotka. Sen przyśnił mi się niedługo po sprowadzeniu z Krakowa mojej matki, w upalne lato minionego roku, teraz za oknem mamy minus czternaście, więc w sam raz okazja na gorące opowieści. Wredna ciotka była siostrą mamy i z pewnością nie była intelektualnym zerem, przeciwnie, miała niezłe pióro i znała się na muzyce, kiedyś tańczyła w zespole Grotowskiego (kto wie, co to był za zespół niech podniesie Rączkę w górę.) Pozostała niezamężna i to ją bolało, chociaż dzisiaj powiedzielibyśmy, że niewątpliwie miała farta, nikomu nigdy nie musiała prać skarpetek. Była jedną z tych starych panien, którą teraz z powodzeniem dałoby się nazwać świadomą singielką. Kiedy udało jej się zapanować nad rozrodem doceniła uroki wolności na tyle, żeby nie wpuszczać do domu jednego z drugim smętnego skarpeciarza z odzysku. Niestety dziwaczała na starość, a dziwaczenie zawsze polega na tym, że coraz usilniej szukamy potwierdzenia dla swoich życiowych wyborów otaczając się ofiarami wyborów alternatywnych. Hahahahaha! Jakby jakikolwiek wybór rzeczywiście do nas należał.. Tak naprawdę nikt niczego nie wybiera, pamiętajcie o tym drogie dzieci i czujcie się niewinne cokolwiek strasznego w życiu zmalujecie. To tak na marginesie, już wracam do ciotki.
W podeszłym wieku poszukiwania ofiar stanu małżeńskiego mocno się u ciotki nasiliły, a ja ze swoimi dwoma mężami, drugim na domiar złego znanym z telewizji – nie łapałam się na listę. Przeciwnie, byłam denerwująco spełniona, przynajmniej na pozór i w jej pojęciu. Na to wszystko jeszcze kariera naukowa, dla której ciotka w wersji oficjalnej poświęciła potencjalną rodzinę – załamała się w kompromitujący sposób. Nie obroniła doktoratu. To się chyba rzadko zdarza. Cios był dotkliwy. Wtedy uznała, że jest zdana tylko na siebie i zapisała mieszkanie hyclom. Hycle kryjący swoją przestępczą działalność pod wdzięczną nazwą Fundusz Familia przejęły należące do ciotki trzy pokoje w centrum Wrocławia za niewielką pensyjkę wypłacaną dożywotnio. Dostawała od nich 800zł miesięcznie – równowartość trzydziestu srebrników. O wydziedziczeniu dowiedziałam rzecz jasna po fakcie. Niczego już się nie dało odwrócić. Kiedy umarła w domu opieki, bo nikt z rodziny po takim numerze nie miał ochoty jej obsługiwać – pół dużej bańki poszło się dymić, a dym szczypie w oczy do dzisiaj.
I oto w gorącą, lipcową noc koło czwartej nad ranem obudziło mnie szczekanie. Wedel ujadał jak szalony pod oknem, które w tych okolicznościach przyrody było otwarte na oścież . Wstałam, żeby go zamordować. Upał w nocy to coś nowego, nie wróży dobrze całej planecie, ale na szczęście mam szansę zejść z tego świata zanim reszta populacji żywcem się usmaży. Nie będzie to jednak termin tak odległy, żeby go psy nie wyczuły. Hałasują już teraz.
Wróciłam do łóżka i nie mogłam zasnąć. Nagle posłyszałam głos. Nie mogło być pomyłki, głos należał do zmarłej ciotki i dobiegał z pokoju na dole. Wstałam, żeby tym razem zamordować matkę. Nie życzę sobie takich odwiedzin! Otworzyłam drzwi. Ciotka siedziała na fotelu, u jej nóg spała moja suczka Greta, sprawdziłam, czy żyje – Greta, nie ciotka, bo Greta miała 16 lat i żyła już życiem darowanym. Ale żyła, oddychała równo wsparta na stopach ciotki, która z kolei od dwóch lat jest martwa i nigdy mi nie przyszło do głowy tego sprawdzać. Błąd. Matka tymczasem szczebiotała ze swojego ortopedycznego łoża z uniesionym zagłówkiem, wyraźnie podekscytowana wizytą ukochanej siostry, z oczywistych przyczyn stanowiącej pomiędzy nami temat tabu. O tym, że pół miliona trafi do złodzieja moja skruszona matula poinformowała mnie zdecydowanie za późno. Wcześniej milczała, słusznie podejrzewając, że chyba źle się stało. Źle, bardzo źle, przeklęłam ciotkę na zawsze i nigdy mnie już nie zobaczyła. A teraz tu sobie w najlepsze ląduje i zaraz poprosi o kawę. Na mój widok chyżo się poderwała i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, a nic miłego do powiedzenia nie miałam – czule mnie objęła. Trzymałam ją w ramionach taką małą, jakby pomniejszoną, skurczoną, zapłakaną, słabą… Przepraszam, wybacz mi – łkała przekonująco. Tak wielka była jej desperacja, że odpuściłam. Dobra, zdejmę klątwę, bo najwyraźniej zadziałała, skoro się tu szwęda po nocy – ofiara moich brzydkich myśli, zamiast słuchać niebiańskich chórów. Może fałszują? No już dobrze, dobrze, wiem, byłam niemiła, na pogrzeb nie przyjechałam, dajmy już temu spokój. Nic nie stracę –myślałam, bo i tak wszystko stracone, a może dzięki temu drugi raz nie wróci. Najwyraźniej się bidula błąka pomiędzy światami, dobija do bram, klucza nie ma, bo klucz w Funduszu Familia. Masz co chciałaś, wiedźmo. Nie tylko na starość trzeba się przyszykować, na śmierć też.
Po tych łzawych scenach opadła na fotel coraz słabsza, moje spotkania z umarłymi zawsze się tak kończą. Ich ciała nagle tracą gęstość, roztapiają się, chociaż chcieliby pogadać, zabawić jeszcze chwilę, pobyć w nich. Nic z tego. Prawa fizyki są nieubłagane, ciotka leży na fotelu i płyny w niej wzbierają, zaczyna przypominać plastelinowego ludka. Łapię jej stopę, wyginam na wszystkie strony – patrz co się dzieje, nie masz już kości, zbieraj się, bo mi tu zostaniesz, jak zaschnięta galareta! Ona nic, leży w ciemności coraz bardziej niematerialna i okropna. Wynocha! Koniec tych posiadów! – krzyczę i okładam ją pięściami usiłując wepchnąć w ciemność. Krzyk mnie sprowadza do rzeczywistości, tej upalnej rzeczywistości, w której leżę bez ruchu analizując swoje wzburzenie, potem usiłuję wymacać załącznik lampy przy łóżku i w ten sposób nareszcie staje się jasność. Miejmy nadzieję, że także dla ciotki. Od tamtej pory nie wróciła. A dym jakby trochę mniej szczypie w oczy…