ROZDZIAŁ PIĄTY
-Jak wam się udało? – zapytała mama stojąc w progu a wujek Otto nawet nie odłożył gazety. Przeciwnie, zaszeleścił kartkami i zatopił się w lekturze.
– Widzieliśmy dużą chmurę – mówili goście tratując kuchnię i klepiąc czerwone placki na ciele.
– To niesłychane- odezwał się wujek bez żadnego zainteresowania. Dolar idzie w górę – powiedział takim samym tonem. Przed nami kolejna susza – dodał, wstał i westchnął.
– O co ci tym razem chodzi? – zapytał Łysy, który wypił całe piwo z jeziora.
– O to, że nie będzie deszczu. Z dużej chmury.
– A co to ma wspólnego z dolarem? – zapytały Piersi przerywając na moment klepanie.
– Absolutnie… nic!– wykrzyknął Otto i trzasnął gazetą w stół.
– Świetny wynik- pochwalił go Filip wytrzepując piasek z butów – zabiłeś właśnie trzy gnojowe muchy, które wypiły mnóstwo naszej krwi. –
Fu – skrzywiła się Wieża a Otto zasunął krzesło.
– Nie zjesz z nami? – zapytały troskliwie Piersi przechodząc właśnie do klepania brzucha.
– Ja już swoje dostałem- mruknął wuj i wycofał się z kuchni.
– A ja nie dostałam – powiedziała Wieża do pustego krzesła.
Obiad był gorący. Masa gorącej zupy wlewała się do gorących brzuchów, a muchy pasły się na brzegu garnka z poparzonymi skrzydłami. Filip odsunął talerz. Jedz serdeńko, bo cię nakarmię – usłyszał nad sobą ostrzegawczy syk pani Rozy.
– Jedz – powiedział ojciec odsysając obgryzioną kość.
– Jedz – powiedziała Wieża wydłubując żyłę z żeberka.
– Jedz!- zacharczeli goście oblani potem i wypchani kaszą.
– Nie mogę. Za gorące. Za tłuste. Za dużo. Nie mogę.
– Ja zjem! – zgodziła się Zośka a Filip z wdzięcznością wrzucił jej na talerz wszystko, co mu nałożono. Masz, świnko, do chlewika – powiedział czule.
– Kiedy ty w ogóle coś jesz? Któregoś dnia umrzesz z głodu – powiedziała Wieża a widelec jak oszalały biegał w jej cieniutkich palcach. Z niespotykaną zręcznością wypełniała równymi kęsami swój bardzo długi tułów i Filip zaraz się domyślił, że w takim brzuchu jedzenie układa się stromo w górę, podczas gdy pozostali goście lepili sobie kulę na dole i ta kula wystawała im pod pępkiem jeszcze długo po obiedzie.
– Nie umrę z głodu, bo nie jestem głodny. Nie da się umrzeć z głodu bez głodu.
– Filozof z niego – zauważył Łysy a krople gorącego potu kapały mu z łysiny rozcieńczając krupnik.
W ten sposób będzie jadł do końca świata- pomyślał Filip – każdy łyk rozgrzeje mu łysinę a z łysiny będzie mu spływać z powrotem do talerza i tak bez końca, bezkresnego końca chyląc ku zupie poradlone czoło widzi w dole tłuste koło a w górze kawał czerwonego słońca…
Filip nieustannie walczył z poezją w swojej głowie. Poezja w postaci przeskakujących strofek toczyła się od razu brzęcząc i dzwoniąc jak tramwaj z zepsutym hamulcem. Wystarczyło niechcąco uwolnić jeden mały rymek, a już tłum następnych wyrastał za nim jak ogon, przyczepiał się i doklejał wagony, dopóki ktoś nie podstawił mu nogi, lub dopóki sam nie wypadł z szyn. Winę za taki stan rzeczy ponosiła babcia Teodora.
Kiedy jeszcze mieszkali w dawnym mieszkaniu babcia przyjeżdżała zawsze w zimie i zawsze z wielkim plecakiem niewiadomego koloru. Wyciągała z niego brzydkie książki i z twarzą martwą jak własny pomnik zabierała się do głośnego odczytywania bladych, wytartych stron.
Ktoś to przecież musi zrobić, a jeśli ja tego nie zrobię, nikt tego nie zrobi, prawda? – pytała nie życząc sobie żadnej odpowiedzi. Babcia Teodora była mała i nakrapiana jak jajko gągoła, które Filip zobaczył kiedyś w dziupli nad jeziorem. Wszędzie miała pełno drobnych plamek, piegów i wykwitów tworzących szaro – brązowy deseń doskonale dopasowany do brązowych, nieruchomych oczu, szarych włosów niewiadomej długości, szarej bluzki i brązowej spódnicy a także do brązowych butów z wywiniętą szarą skarpetą oraz plecaka niewiadomego koloru. Podczas jej wizyt Filip całymi dniami przesiadywał w klozecie, bo to było miejsce, gdzie poezja nie docierała a jedynym śladem babci Teodory pozostawionym na półce była brązowa torebka zawierająca kostkę szarego mydła owiniętego w papier niewiadomego koloru. O wpół do szóstej wieczorem babcia gasiła telewizor swoim nakrapianym palcem.
Dosyć tych głupot. Nic, tylko żółwie ninja – gderała bezbarwnym głosem i sadzała Filipa na małym stołeczku bardzo daleko od drzwi. Amerykańska zaraza – oto czym się dzieci karmi – powtarzała bez końca przewracając żółte, obślinione kartki – oto, czym się – mówiła śliniąc wyślizgane brzegi- oto czym się dzieci – mówiła nabierając śliny – o to czym się dzieci karmi. Słuchaj więc i nie ciamkaj buzią – zwracała się do Filipa, który także ślinił się i przełykał ślinę, bo zbieranie i przełykanie śliny było bardzo zaraźliwe. W ciągu następnej, długiej półgodziny babcia Teodora wlewała mu do ucha codzienną porcję poezji podobnie jak pani Roza wlewała mu zupę w usta. Filip nie mógł się dopatrzeć sensu w następujących po sobie długich, krętych wyrazach, wycelowanych w niego jak grad pocisków. Brzmiały twardo i nieodwołalnie jak święty zakaz. Łamanie świętego zakazu czaiło się wszędzie i obejmowało wszystko. Każde drobne zajęcie poczynając od zwykłego kręcenia się na stołku a skończywszy na ziewaniu, strzykaniu śliną i puszczaniu bąków – było śmiertelną obrazą Narodowego Ducha. Myśląc o Narodowym Duchu Filip wyobrażał sobie wielkich rozmiarów straszydło odziane w strzępy munduru i całe poplamione krwią. Duch Narodowy miał ludzki tułów i głowę orła w koronie. Filip nosił w sobie gniotące poczucie winy od czasu, kiedy po raz pierwszy ułożył własne zakończenie Pewnego Poematu. Był przekonany, że popełnia grzech ciężki. Przypadkowe słowa mnożyły się i przepychały w jego obolałej głowie tworząc na czole skupisko zmarszczek. Zmarszczki owe, duma babci Teodory- stanowiły podwójne oszustwo i podwójną zdradę wymierzoną prosto w serce Narodowego Ducha i w jego wypiętą pierś.
– „Chybkim był zastawiony nóżkami drobnemi dla kogoś kto zaledwie dotykał się ziemi” – turkotała babcia a Filip tworzył własny poemat z trudem nadążając sam za sobą -..by tupiąc byczy kark zasłonić chudy do wielkiej ciasta pobielonej grudy, kto?! –wykrzyknęła opiłków czelada – brzuch ludojada.” I tak bez końca, bezkresnego końca…
Obiad zastygał i dogasał. Goście kręcili się na twardych stołkach sapiąc z przejedzenia. Pani Roza spojrzała błagalnie na mamę – Raz bym go nakarmiła i zjadłby do czysta! (A tak siostra podjadła i stoi zwalista) – pomyślał Filip niechcąco zanim zdążył pomyśleć naprawdę. Na szczęście w kuchni pojawiła się Marta Paciorek. Marta zdjęła Zośkę z krzesła i wyniosła ją do pokoju dziecinnego. Filip ruszył za nimi zostawiając swoją zupę nienażartym muchom, psom i bakteriom. Był już na zakręcie wiodącym do pokoju, kiedy usłyszał podniesiony głos pani Rozy.
– A pan to sobie wyjeżdża a mnie strach po domu chodzić! Wszystko wyotwierane! Każdy dziad może teraz włazić, kiedy zechce, udusić kogo potrzeba i wynieść co mu się spodoba!
Ależ pani Rozo, niech się pani uspokoi i ciszej, ciszej…- powiedział ojciec dla przykładu sam ściszając głos. Nikt tu pani nie zje – mówił usiłując przecisnąć się bokiem, ale pani Roza zastawiła go szerokim biodrem. Przecież pani każdego wystraszy, nawet dziada z nożem – dokończył zapędzony do kąta. Filip wychylił się zza zakrętu i zobaczył, że pani Roza wzięła strasznie głęboki oddech, nachyliła się ojcu do ucha i palcem wskazała drzwi strychu.
– A tamto? Długo to potrwa? Wstyd taki pod moim nosem?
Ojciec potarł czoło wierzchem dłoni a potem wytarł wierzch dłoni w nogawkę. Ściągnął brwi i natarł na biodro, ale biodro było nieustraszone.
– Moja pani. Potrwa tyle ile remont, a jak się skończy remont to sam diabeł się tamtędy nie przeciśnie. Przecież ja nikogo nie zapraszam, to wina drzwi, że ich nie ma. Będą w piątek. Więc proszę mnie przepuścić, bo ja się spieszę, sama pani widzi, że się późno robi, sama pani widzi…
– A widzę, widzę – zaskrzeczała pani Roza z biodrem na posterunku. – I te dechy widzę podstawione, gdzie trzeba i dziurę jak smocza jama. I jeszczem dzisiaj dwa smoki widziała, różowe jak z ciasta..
–Pani Rozo. Ja się spieszę.
– Spiesz się pan, ile chcesz, ale słuchaj pan teraz co powiem, bo drugi raz nie powtórzę! Biegasz pan po lesie jak kot z pęcherzem, a tu się dziwne rzeczy wyrabiają w tym pańskim remoncie! I może być, że te drzwi nie pomogą, choćby i na jutro były. Wcale mi pana nie szkoda, bo panu w głowie nic, tylko kaczki i dziki, ale mnie o te dziecinki niewinne chodzi wszędzie pod nogami, duszyczki niewinne, kruszynki moje wszędzie pod nogami… Pani Roza przerwała, bo Filip kichnął nagle i niespodziewanie w końcu korytarza.
– A poszedł ty mi stąd, osrańcu, już cię nie ma, bo mnie dzisiaj ręka swędzi! – wrzasnęła i przestawiła biodra a ojciec czmychnął ze swojej pułapki. Filip zatoczył się jak trafiony z procy. Nic, tylko dziki i kaczki – wykrzykiwała pani Roza popychając go przed sobą do dziecinnego pokoju, ale on był bezwładny jak worek ziemniaków. Padł na łóżko i przycisnął policzek do drapiącego koca czując na sobie spojrzenie Marty Paciorek, która usiłowała przewiercić go na wylot z dużej odległości. Pokój oblany ostrym światłem zachodzącego słońca wyglądał trochę jak zdjęcie z Marsa. Wszędzie piętrzyły się dziwne wzniesienia utworzone z porozrzucanych klocków, pośród nich tkwiły wraki pojazdów a w szczelinie najwyższego krateru tkwiła głowa podziurawiona przez psy, ale Filip nie miał ochoty jej teraz oglądać.
– Dwa smoki – powiedział nareszcie i przewrócił się na plecy. Dwa różowe smoki – powtórzył patrząc na zaciek w kształcie zwiniętego susła.
– Gdzie? – zapytała Marta Paciorek a Zośka wychyliła się z szafy.
– W pokoju na górze, różowe jak z ciasta.
– Malutkie smoczki, cip, cip! – ucieszyła się Zośka i zaśpiewała – Smoczki, smoczki, tłuste jak obłoczki, okrągłe jak foczki, gumoczki, pipoczki, cip, cip! Filip podniósł się i zamknął szafę.
– Były tam! – jęknął. Smoki! Zwyczajne smoki! Typowe, różowe smoki! I ten diabeł po prostu ich szukał, który się przecisnął!
Marta Paciorek siedziała na podłodze i końcem nogi przesuwała pociąg.
– To niestety niemożliwe – powiedziała popychając pociąg do najbliższej stacji – ponieważ nie ma smoków na tym świecie. Filip przesunął nogę Marty do najdalszej stacji i wrzucił pociąg do rzeki.
– Skąd wiesz, że nie ma?! Skąd ci to przyszło do głowy?!
Marta wzruszyła ramionami.
–Znam się w końcu na tych potworach to wiem – mruknęła obserwując rozgniecionych pasażerów.
– Świetnie się znasz na duchach – przyznał – I na skazańcach.
Marta znała się nieźle na normalnych duchach a także na topielicach i zjawach. Wiedziała kto kogo zabił i dlaczego. Marta była szczęściarą, bo nikt się nią nie zajmował. Paciorków było razem dziesięcioro i wszyscy mieszkali koło sklepu. Mama Paciorkowa większą część dnia spędzała na ławce przed domem, skąd było widać całą wieś. Małe Paciorki miały rajskie życie. Filip zazdrościł im tego, że mogą chodzić po całej wsi, nawet na stację i na cmentarz, że oglądają wszystkie filmy w telewizji jak leci i śpią po dwoje na jednej wersalce. Zazdrościł im, że widziały ducha na grobie wisielca i że były w kościele o północy. Marta opowiadała Filipowi o wampirach, o żywych trupach i jęczących trumnach. Niektóre rzeczy widziała na własne oczy a niektóre widziała na własne oczy jej siostry własnej córka własna, której Marta była ciotką i sama nie mogła w to uwierzyć. Ze wszystkiego na świecie Marta najbardziej lubiła gumę do żucia balonową, dyskotekę w Błędnie i brokatowe legginsy. Marzyła o lalce Barbi, której się nogi zginają i o tym, żeby zafarbować włosy.
– No, co tam się ruszało, mów szybko! – Filip popędzał Martę a ona leniwie pozbierała się z podłogi i wyjrzała na korytarz, żeby sprawdzić czy na pewno jest pusty. Wyglądało jak dwa różowe smoki – przypomniał Filip drepcząc za nią jak zziajany piesek – sapało w pokoju na górze zamknięte od środka.
– Było spocone? – zapytała Marta podnosząc brwi.
– Tego nie wiem.
– Mlaskało, jęczało trochę?
-Tak! – ucieszył się Filip – ciamkało, mlaskało i pojękiwało sobie!
– A widzisz, że wiem! Ha!
– Co? Co?
Marta jeszcze raz wyjrzała na korytarz i docisnęła klamkę. Filip czekał z uchem rozwiniętym w jej stronę. Marta nachyliła się do niego i połączyła dłonie w głuchą trąbkę.
-Królewicz Głowonóg – powiedziała gorącym szeptem – nigdy nie słyszałeś o Królewiczu Głowonogu?!
Filip przełknął ślinę, która była zupełnie sucha.
– Nigdy przedtem – zachrypiał – a czy on jest zły?
– On jest biedny – powiedziała Marta – nie może być zły, skoro jest biedny.
– Oczywiście, wiadomo, a dlaczego jest biedny?
– Jest biedny dlatego, ponieważ jest chory. Bardzo chory, ponieważ ma tyle nóg, że wygląda jak smok albo dwa smoki. I oprócz tylu nóg ma także bardzo dużo rąk i mu się plączą bez przerwy. A kiedy zrobi dwa kroki to jakby zrobił ze trzydzieści.
– A ile on ma tych nóg i rąk, tak dokładnie?
– Tak dokładnie to nikt nie wie, ile. A ponadto ma straszny kłopot, ponieważ ma dwie głowy, co najmniej dwie, każda inna. Nie może zasnąć dlatego, ponieważ jego głowy śpią na zmianę, więc dlatego cały czas się rusza. A ponieważ się rusza, dlatego się poci. I zawsze ma gorączkę i zaczerwienienie. Zawsze jest czerwony, ponieważ jest zdyszany. Nie może się ubrać, ponieważ nie umie i dlatego się wstydzi, ponieważ jest goły. Rozumiesz? Każdy by się wstydził, gdyby taki był. Nie wychodzi na słońce, pomimo, że lubi i dlatego jest biedny, rozumiesz? –
A ty go widziałaś? – zapytał Filip zupełnie rozłożony.
– Ja go nie widziałam, bo on się nigdy nie odmyka.
– I NIKT go nie widział?!
– Moja siostra go widziała. Z daleka. W zeszłym roku.
– U nas w domu go widziała?! Na naszym strychu? W zamkniętym pokoju?!
– Nie. U nas w domu, na naszym strychu. U nas też jest zamknięty pokój na górze. Wszystko było tak samo słychać, ale mnie ojciec wyrzucił na schody.
– Mnie też wyrzucili! – krzyknął Filip z wielkim przejęciem.
– Sam widzisz, że nie kłamię – westchnęła Marta i przybrała swoją obojętną minę ucinając Filipowi wszelki dostęp do świata tajemnic.
Potem majestatycznie podeszła do szafy i otworzyła ją ruchem niedbałym i powolnym, jakby to była obórka z kozą.
Zośka wygramoliła się z ciemności.
– I tak słyszałam każde słowo – powiedziała wyniośle i opuściła pokój zabierając ze sobą Barbi z okropnie zgiętymi nogami.
