Czas może zrobić wiele dobrego, także dla ciała. Czyli Dziennik 2015 i Dziennik Galernika.

22 luty 2015, w powietrzu ledwie wyczuwalny oddech wiosny. Ptaki się budzą, wiewiórki schodzą z drzew. Czytam Imre Kertesz – Dziennik Galernika.

Imre Kertesz – węgierski pisarz, noblista.

Zalążek geniuszu tkwi w każdym człowieku, ale nie każdy człowiek jest w stanie uczynić z życia swoje własne życie. Prawdziwa genialność to genialność egzystencjalna. Zaryzykuję twierdzenie, że prawie każda wiedza jest daremna o ile nie odnosi się do nas samych.- Imre Kertesz – Dziennik Galernika.

23 luty 2015 – Ja.

Co robisz wiosno!? –  chciałoby się zakrzyknąć pośród resztek brudnego śniegu i wyłażących spod niego psich gówien. Jest piękno i klarowność w krajobrazie skutym lodem, jest w nim świętość, świętość jest lodowata, ale życie kryje się właśnie w tym, co leżało pod spodem, w wyłażeniu kiełków i innych paskudztw, w zrzucaniu śnieżnej, poczerniałej, zużytej pościeli. Życie się rodzi niepięknie i boli okropnie. 

Coroczne nadchodzenie wiosny jest więc cudem takim samym jak narodziny, ale nie wiem, do czego się tu śpieszyć. Kiedy byłam mała, zawsze się zastanawiałam, czy śnieg na pewno stopnieje. Trudno się dziwić, były inne czasy, normalne zimy i zasypany po okna dom w Kościelisku. Taka ilość śniegu miała prawo leżeć cały rok, gdyby temperatura wymyśliła sobie pozostać niska. Na dobrą sprawę większość zjawisk zakrawa na cud, bo cudem jest istnienie czegokolwiek według śmiałej, najśmielszej teorii fizyków teoretycznych, że istnieje raczej coś niż nic. Teraz bym się nie buntowała przeciwko temu, żeby śnieg przykrywał cały ten rozbiegany, rozwrzeszczany i migoczący jak dyskoteka ludzki tygiel co najmniej przez trzy czwarte roku. Wszyscy by się uspokoili, jak na Alasce.

Komu się chce co roku zaprowadzać wiosnę na świecie? Bo spustoszenie w przyrodzie jest takiego kalibru, że ręce opadają nawet stwórcy.  Z czarno – białego obrazka zrobić kolorowy, to już lepiej iść spać. Dobre spanie to jest coś. A spać można równie dobrze w czarno białym, ja mam bardzo często czarno – białe sny. Ale nie, nic z tego, zabieramy się do kolorowania. I znowu te pękające bolesne pączki i histeria kwiatków żyjących tylko tydzień, po niej tortury owocowania, odrywania się tych owoców, upadania z dużej wysokości a tam w górze słońce pali żywcem liście, które wiotczeją, wreszcie oderwane od gałęzi lądują jeden na drugim i gniją wdeptane w błoto. Zima to milczenie materii, znieczulenie, narkoza, sen. Jak ja kocham zimę.

Stoimy po jednej albo po drugiej stronie, albo rozum jest zbędny albo życie. – Imre Kertesz – Dziennik Galernika.

6 marca 2015

Dzisiaj widziałam prawdziwą biedę. Dom walczący o miejsce z wrastającymi w niego krzakami, odrapany, krzywy. W ciemnym korytarzu strzępy wykładziny na stratowanym betonie, w jedynym pokoju dwa łóżka na środku, brudna pościel, przydeptane kapcie na takiej samej podłodze jak w przedsionku. Ludzie mary, ludzie widma. Rozczochrani, bezzębni, próbują przyklepać zwinięte kołdry, zapraszają, żebym usiadła. Siadam więc na krześle ukradzionym z urzędu albo restauracji, metalowym, obłażącym z farby. Za mną meblościanka i ryczący telewizor. Na patelni przyschnięty makaron ze słoniną, na łóżku opasła kobieta, sapie i chrząka usiłując w swoje obrośnięte tłuszczem płuca złapać powietrze, obok niej na tym samym, jęczącym łóżku nastolatka w wysokiej ciąży. I szczeniak, po którego tu przyjechałam. Chłop w brudnych skarpetach częstuje mnie papierosem. Dziękuję, nie palę. Partner- jak to tutaj już coraz częściej mówią, około czterdziestki, bez jedynek, ale z zapalniczką, okazuje się być partnerem nastolatki.

Smród życia. Nikt tak nie potrafi śmierdzieć, jak ludzie, żaden odór mnie tak nie obrzydza.

Te ilości wszechświatów! Kto powiedział, że części z nich jednak nie odwiedzamy w ramach jednego życia? Dom urządzony jak mongolska jurta z pewnością nie jest z mojej rzeczywistości. Czuję się strasznie nieswojo, jakbym wdepnęła w gówno, które ktoś inny nazywa losem. A może żyję w bańce, której nigdy dotąd nie miałam okazji zauważyć, a życie jest takie, jakim żyją ci ludzie? Moje jest urojone, niczym filmowa wersja prawdy.

Gruba kobieta dużo mówi, ja też coś mówię, ale słowa nie dolatują, chociaż są wypowiadane w tym samym języku. Nie ma żadnych połączeń, wiązek energii, nitek kosmosu, tylko się widzimy, nie zachodzimy na siebie. Dlatego właśnie równoległe, a nie przystające. Muszę przejąć szczeniaka jak się przejmuje próbki badań na odległej orbicie.

Największym grzechem mojego świata jest brak postu. Okazuje się, że to także grzech innych światów. Brak postu to nie jest kwestia pieniędzy, tylko nałóg uciechy. W mongolskiej jurcie chcieli pieska, chcieli dziecko, chcieli papierosa, chcieli ciastka i cukierki, telewizor i kiełbasę, wszystko po cztery złote, ale bez przerwy. I mają to, czego chcieli, mają to. Ale piesek pogryzł buty za cztery złote. Ma także grzyba i łupież, dziecko się zarazi, a higiena najważniejsza. Więc pieska trzeba się pozbyć, żeby móc dalej żyć wygodnie i mieć z życia uciechę. W takiej nędzy wyglądać jak słonica – to oznacza obżarstwo. Ludzie nie pracują nad sobą, najchętniej w ogóle nie pracują, bo nawet nie sprzątają za sobą. Porzucają swoje ciała jak Zbysiu K, który porzucił swoje zepsute auto otrzymane w prezencie, chociaż nie stać go było nawet na rower. Porzucają je, jak na obrazie Breughla – Kraina Szczęśliwości. Tam pełno takich ciał. Nie porzucaj siebie, człowieku, chciałoby się rzec. Jakże trudno jest wytrwać bez uciech! Głupszemu trudniej, na pewno trudniej. Im jesteśmy mądrzejsi, tym łatwiej. Czy świat na nas czyha? Nie jest nam przyjazny oferując taką ilość świecidełek, smaków, ulg? Moim grzechem jest kredyt. Kiedyś za dużo chciałam, teraz to spłacam, chcę spłacić przed śmiercią WSZYSTKIE długi. Długiem jest to, co brałam od życia na kredyt.

Wciąż jeszcze potrafi mną wstrząsnąć niesłychana ślepota ludzkiej świadomości. Ludzie rozmawiają o obiedzie i poobiedniej drzemce a nie dostrzegają, że kanapa, na której drzemią, to ich trumna.-  Imre Kertesz Dziennik Galernika.

8 marca 2015.

Czytam „Oryginał Laury” Nabokowa i, jak to u niego, treść wydaje się nieważna wobec mistrzostwa stylu. Kiedy to pisał był u schyłku życia. Gdyby nie szaleńcza umiejętność pisania, gdyby nie fakt, że jest wirtuozem słowa pomyślałabym – znowu jakiś dziadek usiłuje nas przekonać, że jeszcze nie jest dziadkiem. Obsesja aktywności seksualnej, która prześladuje rodzaj męski na stare lata wydaje mi się równie oszukańcza jak obsesja rodziny u dojrzałych kobiet. Unikanie konfrontacji z ciałem, które się sztucznie pompuje do atrakcyjności, albo przeciwnie – kładzie się lagę na estetyce w imię świętych obowiązków to zły pomysł. W pewnym wieku ciało ma być już tylko wytrenowane, sprawne i stopione z tłem. Nie można się wyróżniać niczym, prócz ducha, bo to duch kształtuje nasze ciała i osiąga doskonałość w chwili śmierci. Trzeba być wykutym przez własną mądrość.  (Trzeba się dopić twarzy. Żart.) Niczego nie upiększać, nie zdobić, mądrość to nie jest puder maskujący. Ciało starego człowieka powinno być jak sztuka, która się dobrze zestarzała i jest coraz lepsza im więcej zawiera patyny. Czas może zrobić wiele dobrego, także dla ciała.

Wracając do Nabokova, jest największym darem, jaki dostałam w spadku po moim toksycznym narzeczonym. Ów pechowy narzeczony był filozofem i restauratorem a ponadto miał syndrom DDA, w ogóle wszystkie możliwe syndromy. Perfekcyjnie uosabiał to słowo, nadchodził zawsze jak katastrofa i niszczył mnie oraz wszystko na drodze, ale czytał Nabokova pasjami. W ogóle dużo czytał i to mnie zwiodło. Niektórych potrafi zwieść czyjś portfel, mnie czytanie. W końcu jednak zbankrutował jako restaurator, została mu filozofia, a mnie Nabokov i „ciężkie pióro”. Tym mnie zniszczył doszczętnie. Miłość do Nabokova natomiast nigdy mnie nie zniszczyła, przeciwnie, ocaliła mi życie. Jego fraza wyznacza granice, od której mogę coś nazwać literaturą. Jestem strasznie wyczulona na formę literacką, ma być bez zarzutu, dopiero potem zwracam się łaskawie ku treści, albo w ogóle ją pomijam.

I dlatego „Oryginał Laury” mnie nie denerwuje, chociaż i tutaj daje się odczuć wyjący z każdego zdania dygot przed utratą atrybutów samca. Atrybuty samca… papete w łepete. Niech pani gra co pani chce byle ciszej – jak mówił pewien dyrygent do kontrafagociski, której polecił zagrać najpierw fis, a potem cis. No więc niech sobie pisze co chce, byle Nabokov.

Naprawdę dobry bohater powieściowy ma swoje tajemnice, których tak samo strzeże przed czytelnikiem, jak przed pisarzem, który go wymyślił. – Imre Kertesz – Dziennik Galernika

10 marca 2015.

Wczoraj po raz pierwszy od wielu miesięcy zobaczyłam miejskie morze sklepów i zanurzyłam się w nim pozostawiając auto pełne psiej sierści i końskich woni w luksusowej myjni. Chciałam zapomnieć o psach, o długach i fundacji, o portrecie na sztaludze, a nawet o książce, którą czytam i piszę. Chciałam się programowo ogłupić. Po trzech godzinach kupiłam tylko czapkę, na tyle cienką, żebym jej nie czuła i na tyle czapkę, żeby mi uszy nie marzły przy bieganiu. Najchętniej kupiłabym czapkę niewidkę, takiej jednak nikt nie wytwarza, bo zaprzecza idei konsumpcji. Idea owa jest fundamentem funkcjonowania państw rozwiniętych, jak niegdyś chrześcijaństwo, więc można powiedzieć, że to nowa religia. A ja nie jestem religijna z założenia. W sklepie z czapką była na ścianie ogromna tapeta. Na niej jaskrawe zdjęcie przedstawiające wysoką, chudą staruszkę. Krzykliwie ubrana, cała obwieszona biżuterią, w leginsach, szpilach, z czerwonymi pazurami i setką białych, ogromnych zębów oprawionych w czerwone usta. Krzyknęłam prawie.

Czas może zrobić wiele dobrego, także dla ciała. Moda w żadnym razie.

Łapię się na tym, że przyglądam się ludziom niczym Diogenes z latarnią. Przeważnie są to osoby o miłym wyglądzie, schludne, ale jak gdyby naznaczone, każda nosi wyraźne piętno przeciętności. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że w tym mieście ktoś nagle zaczyna myśleć. – Imre Kertesz Dziennik Galernika.

Może zawsze potrzebuję w życiu czegoś, co mi pozwoli uciekać do malarstwa i pisania jako deseru życia a nie dania głównego. Sztuka się na danie główne nie nadaje, także dla artysty. Tym bardziej dla niego winna być słodyczą po latach mozołu. Co do zakupów, to potrafią tylko wzmagać pożądanie po rozczarowaniu.

Odkąd ciotce biust wkręciło w magiel – nic mnie już nie porusza. Ostateczne tragedie po pierwszym szoku nie docierają do rdzenia umysłu, grzęzną gdzieś pod korą.

„Wszystko co dla mnie takie ważne, potrafię jednocześnie odczuwać jako rzecz bez znaczenia.” – Imre Kertesz-  Dziennik Galernika.

Miłość nie polega na przejmowaniu się, lecz na akceptacji swojej ograniczonej mocy wobec wyroków świata i pokornym zajęciu się akurat tym, co możemy zrobić. Generalnie mogę nawet ze coś umrzeć z poczuciem, że się wcale aż tak bardzo nie przejęłam.

Atak materii 19 marzec 2015

Mam poparzone podniebienie, pogryziony psimi zębami palec a dzisiaj jeszcze Espania zahaczyła kantarem o zasuwę boksu, szarpnęła łbem, zdjęła z zawiasów drzwi ważące tonę i z tymi drzwiami wiszącymi u szyi, oblanymi krwią z poranionego nosa dowlokła się do altany, żądając pilnej interwencji. Wokół niej szalały coraz bardziej rozochocone psy, wypadłam w samych skarpetkach, za mną Dudek z abażurem pełnych krwawych śladów swoich od środka i Espanii na zewnątrz, krew na schodach, zryte podwórko, Wicek rozhisteryzowany tańczący w boksie, Swager ujadający bez przerwy, Truśka podobnie. Zmasowany atak materii….Odpięłam kantar razem z drzwiami i uwolniłam konia. Obrażona wróciła do boksu. Nadal piękna, pomimo wieku – pomyślałam odruchowo.

Czas może zrobić wiele dobrego, także dla ciała.

Chcę być dopieszczana, a nie wychowywana przez los i ducha świętego. Duch święty rzeźbił mnie bez znieczulenia i strugał tępym kozikiem jak kiedyś Jacek dentysta piłował mi zęby w jednostce wojskowej. Nigdy nie odkładał wiertła, dopóki nie skończył borowania, choćby pacjent skręcał się w fotelu i machał rękami błagając o chwilę spoczynku. Żadne takie. Rozkaz i wykonać. Wykonało się i na mnie, nie ma już w czym wiercić, wszystko mam wywiercone na wylot. Po czym poznać mistyka? Że wygląda jak ser szwajcarski. Luz blues, w niebie same dziury.

„Na pewno źle być umarłym, ale z czasem prawdopodobnie i do tego, jak do wszystkiego – człowiek się przyzwyczaja”. – Imre Kertesz – Dziennik Galernika.

Ilustracja na górze – Peter Breughel – Kraina Szczęśliwości.