Kwiecień już 2.04.2015
Na myśl o świętach rodzinnych chcę krzyczeć z rozpaczy. Całe życie byłam dręczona brakiem samotności, mój pierwszy własny pokój wydał mi się ostatecznym szczęściem. Jeśli Bóg mnie kochał także w czasach, kiedy jeszcze nie wiedziałam co potrafi, to zapewne maczał palce w rozwodzie rodziców, bo pokój dostałam po ojcu. Zostawił mnie i matkę w połowie wigilii, ale ja się nie zorientowałam. Zorientowałam się dopiero, kiedy dostałam pokój. Pokój i biurko. Wolność ma swoją cenę, ale brak ojca nie był tak dotkliwy jak brak własnego pokoju. Godzinami siedziałam sama za biurkiem i pisałam dziennik, nazywany pamiętnikiem. Zeszyt w linię, nowy i gładki – działał na mnie jak światłość wiekuista, pamiętam widok czystej kartki, jej zapach i magnetyzm, od razu zlatywały się nad nią gotowe zdania. Wpatrywałam się w regularne, niebieskie linie ( to był tzw zeszyt w trzy linie ), chociaż przede mną na ścianie wisiał Malczewski. Mały portret wujka Bijaka (duży wisiał w salonie po drugiej stronie domu) to była druga, po własnym pokoju cenna rzecz uzyskana dzięki nieobecności ojca. Zostawił mi go w spadku. Z reszty majątku mnie wydziedziczył.
Ile razy można kogoś wydziedziczać?? Najpierw on, potem matka, pośrednio, ale jednak. Lubili ten sport, coś ich jednak bezsprzecznie łączyło. Ależ bredzę, aż się pączki wkurwiły i wystrzeliły.
Chciałam tylko napisać, że słaby mam pociąg do świąt rodzinnych i wszelkich konsekwencji płynących z posiadania rodziny po tych zawirowaniach.
3 kwietnia 2015.
Śnił mi się dzisiaj Maciek, wczoraj Karolak w jakichś niezwykle eleganckich spodniach, ale usiadł biedak na kiszonych ogórkach, wyciągałam te ogórki spod niego jak ogromne ryby a one z pluskiem same wskakiwały do beczki. Maciek za to napisał książkę – z dedykacją – „Dla mojej żony – na bis”. Dał mi ją do ręki. Okładka była czerwona. Książka gruba.
Nikt mnie tak nie nakręca jak Gombrowicz w Dzienniku. Czytam opasłe, bo zebrane w całość tomisko i przeczytałabym sześć następnych, gdyby napisał. Czytam drugi albo trzeci raz i za każdym razem cieszę się jeszcze bardziej z każdego zdania.
Wielki piątek, dzień bankruta i tak co roku. Maks ma zerwane ścięgno, muszę z nim jechać do Pankracego. (To przychodnia w Radomiu czynna całą dobę) Maks nie przepada za samochodami, nie współpracuje przy wsiadaniu, od razu robi się bezwładny i jeszcze cięższy niż jest. Ładuję jego „tłuste cielsko” na tylne siedzenie. („zamiast jeść barbecue, muszę teraz wlec przez pustynię twoje tłuste cielsko „- Will Smith do kosmity w Dniu Niepodległości)) Zamiast „Uwierz w Ducha” mam piątek z Pankracym.
Gombrowicz to geniusz. Dzienniki miażdżą. Co zdanie to cytat z Gombrowicza.
Znowu skrzydła mi przypiłowała skądinąd sympatyczna „miss Piggi”. Po odłożeniu pędzelków mam ochotę malować natychmiast co innego. Ale jeszcze piegi muszę jej dodać i lekkie przebarwienia, lżejsze niż w naturze i brwi minimalnie przesunąć, nie ma wolnej miłości.
Wydawało mi się zatem że upokarzająca fizyczność tej sprawy, owo olejne odtwarzanie nosa, uszu, oczu, włosów, ta smętna zmysłowość poddająca się naturze odbiera malarzowi możność twórczości, a w każdym razie, że margines przeznaczony na twórczość staje się w miarę mego konkretyzowania się na obrazie fatalnie wąski i znikomy. Gombrowicz. Dziennik 1958 niedziela.
Biedny Gombrowicz i ja biedna. On przynajmniej kredytów nie miał. W kredyty mnie wpuściła rodzina, sama bym ich w życiu nie brała. To prawda, że artysta nie powinien mieć rodziny. Mam rodzinę, a nie mam fanów. Ale mam psychofanów, jednego, ale zawsze to coś. Gość, którego dwa razy w życiu widziałam, kolejny raz wysyła mi dziwne życzenia i od razu czuję się, jakby mnie trzymał na muszce. Rozumiem panikę ludzi nękanych przez takie typy.
W Wielkanoc wszystkiego się boję, to okrutne święta, święta załamania, krwawej śmierci, być może jestem jedną z niewielu osób, które tak to czują. Większość pożera świnie. I ta pogoda, bezlistna śmierć szalejąca tym bardziej im bliżej wiosny. Święta przejścia, porodu, śmierć śmierci, w co my się bawimy tutaj? W co się z nami bawi nieczuły Bóg, który dał nam czucie, zamiast znieczulenia. Dał nam ból i nie ma innego sposobu na przekonanie się o własnym istnieniu. Spoił cierpienie z rozkoszą, tego już nawet nie był w stanie oddzielić. Splótł się z nami w makabrycznym uścisku, ciśnie nas jak glinę, przepycha przez kanały kosmosu, ćwiczy, formuje, wykuwa.
Te bogobojne rodziny- przypominam sobie z dawnych czasów- we dworze wiejskim przy podwieczorku, gwarzące poczciwie, niewinne… a na stole był lep, na lepie muchy w sytuacjach okropniejszych niż potępieńcy na obrazach średniowiecznych. To nikomu nie przeszkadzało, ponieważ w zdaniu” ból muchy” akcent padał na „mucha” a nie na „ból” – Gombrowicz – Dziennik 1958 – piątek.
6 kwietnia najazd Hunów, czyli wizyta dzieci. Czy ja jeszcze kogoś kocham inaczej, niż po chrześcijańsku?
Moi tak zwani bliscy lubią mnie bardziej niż jestem w stanie odwzajemnić. Ale ja ich za to kocham bardziej niż im się wydaje. Może nawet bardziej niż oni kochają mnie. Jednak na co dzień zdecydowanie wolę psy. Chociaż w obu wypadkach liczą się także czyny oraz wydane z tej miłości pieniądze.
Tymczasem umarła pani Krysia, sąsiadka z naprzeciwka. Pani Krysia miała prawie 90 lat i była niesamowicie podobna do małej dziewczynki z mojego obrazu – Donna Perfidia. Odkryłam to z wielkim zdziwieniem dopiero po namalowaniu. Dobrze, że umarła. O umarłych tylko dobrze. Dobrze dla tych cieląt posyłanych co roku do rzeźni, dla szczeniaków pojonych herbatką i karmionych bułką w zadrutowanym kojcu pod kasztanem. Niedobrze tylko dla kur. Jakiś tydzień po pogrzebie moja Luna udusiła ich kilka w tajemnicy. Nikt jej o to nie posądził, ale ja mam twarde dowody, pióra w zębach. Sąd się pomylił w sprawie lisa, ale wyjątek potwierdza regułę. Lisy to dusiciele i tak to zostawmy.
Na cmentarzu, w jasnej południowej godzinie, te twarze napiętnowane pewną zasadniczą beznadziejnością wyglądały trupio, jak ów trup w trumnie, i każdy dźwigał siebie jak torbę wypełnioną zgonem.
”Przerażenie”? Tak „przerażenie”.( prawdę mówiąc nie doświadczam uczuć inaczej jak w cudzysłowie).
Dla nas dzisiaj tragedia i wielkość, tragedia i głębia, tragedia i prawda stały się synonimami. Co oznacza, że nie umiemy być wielcy głębocy, prawdziwi inaczej, jak tragicznie. – Gombrowicz – Dziennik 1953 – czwartek.
Śnił mi się czarny koń pędzący w moją stronę z wozem pełnym siana, na którym się kołysały dorodne dziewuchy. Scena jak z obrazów różnych polskich malarzy chłopomanów. Tylu ich było, zapewne na wsi nie mieszkali. Tymczasem sprzedaję Malczewskiego. Ta chwila musiała nastąpić, jeśli życie ma ruszyć z miejsca, być może po raz ostatni, ale do przodu. Zamiast Malczewskiego zostawię dzieciom trochę swoich obrazów i spłacony dom. Lepsze to niż iphony. Ślad po Malczewskim zakryłam wieszając na tym samym gwoździu mój rysunek i dobry jest, może nawet lepszy. Kto powiedział, że nie? Cechą porządnej sztuki jest elegancja i profesjonalizm. To usuwa podejrzenie kiczu. Jak masz klasę, to sobie możesz rysować co chcesz i jak chcesz, nawet surowiznę posadzić. Malczewski się jej nie ustrzegł. Ja czasem w swoich olejnych obrazach też czuję surowiznę. One nigdy nie będą tak dobre jak rysunki. Ale o czym my tu mówimy? O starej kobiecie, która od wieków usiłuje związać koniec z końcem, ma w domu kupę psów, jest wdową, zapomnianą pozostałością po aktorze, co kiedyś popularnym był, ale mu się nie udało dożyć porządnej kariery. Jej też się nie uda nawet, jeśli jeszcze trochę pożyje.
Przesypiam życie, spałam dzisiaj do jedenastej jak kłoda. Jakaś kretynka napisała, że ludzie samotni gorzej śpią. Zapraszam do mojego domu, tam śpią wszyscy. Żartowałam, nie zapraszam.
Jak wy, i wraz z całym światem – staczam się w publicystykę. – Gombrowicz Dziennik 1953 piątek.
Moja lodówka pusta, to naprawdę nędza już się zakrada pod okna. Nie dam rady tak dalej, zęby mnie zaczną boleć, kości trzeszczeć a bida piszczeć. Wyważy drzwi, wtargnie do domu i wszystko zamieni w brud smród i ubóstwo. Nie poddam się.
30.04.
Zimna majówka, kto kiedy się uparł, że to pierwsze dni lata? Ostatnie dni zimy, z tym się zgodzę. Święto zimnego grilla. Maciek nie znosił tych grilli i ja też nie cierpię. Tego plemiennego żarcia mięsa, na które nikt nie zasłużył uczciwym polowaniem.
Mój uparty brak sukcesu wskazuje na to, że moje prace są coś warte. Banalność zła, podobnie jak banalność ślepoty wobec elegancji i profesjonalizmu. Od wieków ten sam schemat.
1 maja 2015
Ileż goryczy w Dziennikach Witolda. Przenicowane goryczą, a dziwić się? Ja bym się nie podniosła. To, jakim pisarzem wielkim był, wiemy my i wiedział on. Ale to się nie sprzęgło w czasie. Na szczęście czas jest tylko złudzeniem. Co więc nie jest złudzeniem, jeśli nawet ból fizyczny nim jest, jak twierdzą kosmiczni hindusi umiejący o nim nie myśleć, jak zresztą o niczym. Nie myśleć o niczym. Oczyścić umysł – powiedział Neo z Matriksa, skoczył w dół i poleciał jak kłoda. Na szczęście był tylko swoją cyfrową wersją a cyfry się nie tłuką, jak dzbany, kieliszki i doniczki. Ale one też są złudzeniem. Prawdziwe jest tylko życie. Życie nie jest złudzeniem, materia tak. A życie, żeby zasłużyło na miano życia – jest kreacją, tworzeniem. Sztuka zachwyca nie formą, jakby się mogło wydawać, lecz zawartą w sobie energią artysty, jego własną prawdą. I ta prawda w końcu po latach przemawia. Tworzenie jest potrząsaniem kalejdoskopu tych samych szkiełek. Obraz jest zachwycający i za każdym razem inny, jednak ilość szkiełek jest ta sama, bo prawda jest jedna. Nie da się wyjść z kosmosu i stanąć obok, bo nie ma próżni. Jak już tu jesteśmy tośmy zginęli. Co gorsza, nie da się zginąć. Śmierć nie istnieje. Straszne w sumie. Te zamknięte cykle i ta skończoność nieskończoności bywa trudna do zniesienia. Zawsze jeszcze można się napić.
Ja, jeśli dotykam kryzysu sztuki, to nie dlatego żebym ją przeceniał sam będąc artystą, ale wyraża ona kryzys formy ludzkiej w ogóle… Gombrowicz- dziennik 1962 czwartek.
3 maja 15.
Wszystko, wszystko jest naturą, u podstaw wszelkiej ludzkiej reakcji, poza miłością, jest natura. Wojny, pieniądze, cała masa nieszczęść jakie sobie nawzajem wyrządzamy w ramach tego samego gatunku –one są tożsame z naturalną selekcją, w której muszą odpadać słabsi, z wojną hormonów, w której potomstwo należy do najsilniejszych, rywalizacją o zdobycie pożywienia, co już jest w punkcie pierwszym. Woal jest ogromnie skomplikowany, ale sprowadza się do natury. Miłość to spoiwo całkowicie niepodlegające takim prawom. Natura ostatecznie przegrywa z miłością.
Najprostszy sposób na przeżycie to eliminacja obcych i produkcja swoich. Jak to sugeruje Levinas – twarz innego implikuje wybór – zabić go, bo jest konkurencją czy pokochać – ponieważ jestem człowiekiem i dlatego uznaję w nim człowieka. Pomiędzy tymi skrajnościami jest cała masa możliwości, które omijają problem, jakby go nie było. Ale on jest. Po prostu jest – na dnie każdego ludzkiego wahania. Odzierając wszystko z naleciałości społecznych i kulturalnych pozostaje taki właśnie dylemat – morderstwo czy miłość? Oto jest chwila prawdy, gram altruizmu, boski pierwiastek. Jedno już wiem – wolna wola dotyczy tego właśnie wyboru. A wolność to wybór miłości.
Dlaczego wolność jest równoznaczna z wyborem miłości? Bo jedyne, co nas więzi, to materia. A miłość, jak mówił ksiądz Tischner, to jest coś, co jest POMIĘDZY nami. Ta pusta przestrzeń, powietrze, tło, eter. Wybór miłości eliminuje największe zagrożenie dla wolności – materię. Miłość przenika materię, wychodzi na to, że ją kompletnie ignoruje.
Wczoraj na face booku rozgorzała dyskusja o Polsce. Najbardziej się udzielała pewna kobieta z Ameryki, uważająca się za zdystansowaną i normalną. Jak moja teściowa, ona też się za taką uważa. Każdy wariat myśli, że jest normalny. Co do psychofanów, to zazwyczaj czepiają się jakichś swoich wyobrażonych idoli, do których się czują ogromnie podobni, jak ksiądz Rydzyk się czepia Jezusa Chrystusa. Pojedynczy gen czyni różnicę, Chrystus był człowiekiem w najwyższym wymiarze a Rydzyk to małpa, nawet nie człekokształtna. Zwykła taka. Gen parodii, gen krzywego lustra, gen widmo – bo o klęsce człowieczeństwa decyduje brak owego genu.
Kryzys intelektualny, jaki przeżywamy, nie tyle może należy przypisać zwątpieniu w siłę rozumu, ile temu, że jego zasięg jest tak nieznaczny. Z przerażeniem ujrzeliśmy, że otacza nas milionowy bezmiar umysłów ciemnych, które porywają nam prawdy nasze, aby je paczyć, pomniejszać, przerabiać na narzędzie swoich namiętności; i odkryliśmy, że ilość ludzi jest bardziej decydująca niż jakość prawd. Stąd gwałtowna w nas potrzeba języka tak prostego i zasadniczego, iżby mógł on być miejscem, na którym spotyka się filozof z analfabetą. – Gombrowicz, Dziennik 1953 niedziela.
21 maj 2015.
Sprzedałam Malczewskiego, poszło gładko i szybko. Od razu maluję, spokojnie… maluję pokój, pokój niemalowany od dnia, kiedy majster klajster go zapędzlował pokładówką i tak zostało na 7 lat. Najdłużej potrafi przetrwać prowizorka.
Nie panuję nad fundacją, mam poczucie, że ona się sama niesie, jak koń sportowy. Hamowanie to jedna z najważniejszych umiejętności w każdej dziedzinie życia.
22 maj 2015.
Sama sobie obcięłam włosy jak markiza Andżelika wśród piratów. I wreszcie mam je takie jak chciałam. Jeszcze tylko chleba sama nie piekę. I nie zamierzam. Chleb tylko z Lidla. Na prawdziwych, naturalnych spulchniaczach.
Panie doktorze albo mam syfa, albo katar. No niestety ma pan syfa. Wiedziałem, bo skąd u mnie katar? Ja tymczasem mam katar, bo skąd u mnie syf? Jestem urodzonym pustelnikiem, ponoć tacy też się rodzą i istnieją, jeśli im pozwolić istnieć. Mnie nareszcie pozwolono. Kocham wszystkich i nikogo najbardziej ze wszystkich. Stan emocjonalnego zaangażowania pożarły psy. Nie potrzebuję drugiej połowy, istnieję jako całokształt i jako całokształt zostanę pochowana i odkryta po śmierci.
(…) ta konieczność lekceważenia siebie, alby się dostroić do tych, którzy mnie lekceważą…(…) – Gombrowicz Dziennik 1953 piątek.
04.czerwca 2015
I jak zwykle po katarze katharsis. Malowanie, cyklinowanie remont, dzięki Ci tata, za Malczewskiego, przepraszam, że go sprzedałam, ale zostawiłeś mi go nie w spadku tylko zamiast spadku. I patrzcie jak wiele wart jest teraz artysta Jacek Malczewski, który prządł cienko a obrazy stryjowi malował za psi grosz. W końcu nie wiem, czy stryj mu płacił za te portrety czy też miał miejsce jakiś tajemniczy barter.
06.06. 2015
Dębowy stół z Warmijskiej stanął u mnie pod oknem. Pamiętam, jak 40 lat temu zrywałam się od śniadania spóźniona na zajęcia. Uczucie podnoszenia się z miejsca i smak kawy na języku. Zakleszczona za grubym blatem przeciskałam się trzymając w ręce niedopity kubek, bo nie było mowy o przesunięciu do tyłu ciężkiej ławy. Teraz wszystko jest inne, świat inny, ludzie nie żyją, ojca nie ma, matka staruszka, ja wdowa a stół dalej ten sam i to samo uczucie wstawania z miejsca po śniadaniu ze smakiem kawy na języku, ławka ciężka jak kurwa mać, niedająca się odsunąć, trzeba się jakoś wyswobodzić trzymając niedopity kubek. Niezatapialny, niezniszczalny, bez żadnych śladów użytkowania dębowy stół. Ja po tylu latach wyglądam znacznie gorzej. Pobrzmiewa Maćkowe „jesteśmy tylko epizodami w życiu rzeczy”. A stąd łatwo do ołtarzyków, pamiątek, uświęcania przedmiotów. A stąd łatwo do gromadzenia, otaczania się nimi na wypadek, gdybyśmy bez nich zostali pozbawieni życiorysu. A stąd łatwo do religijnych symboli, chociaż wszystko albo jest religijnym symbolem albo nie istnieje. Mowa o indywidualnej religii każdego z nas. Jak odróżnić przedmioty od śmieci? Trwanie od zagracania. Potrzebę od zbytku. To osobliwa gra rekwizytów, ale ten stół przetrwa bez takich dywagacji. Jestem dziwnie spokojna, że przeżyje jeszcze co najmniej dwa pokolenia a stamtąd prosta droga do muzeum. Po drodze być może zostanie sprzedany, przekazany, wymieniony na leżaki albo podarowany dalekiej krewnej, ale nikt nigdy takiego stołu nie odważy się porąbać. Jeśli spłonie, to razem z domem.
Pamiętaj o Herostratesie. I o Gombrowiczu.