LEGO LAND – rozdział szósty.

-No już dobra, nie rycz. Nie zamknę cię więcej w szafie- powiedział Filip po kolacji, którą zjedli zupełnie sami. Na kolację był ryż z truskawkami polany słodką śmietaną i słonymi łzami.  

– Przysięgasz? – zapytała Zośka z zatkanym nosem.                                                                 

– Tak. Na prochy naszych dziadów i kości naszych przodków.                                             

 – Kto tak powiedział?                

-Ja.                                                                                                                                                       

– A kto tak mówił dawno temu?                                                                                                     

– Dawno temu wszyscy tak mówili. Nawet przy śniadaniu.                                                               

–Skąd wiesz?                                                                                                                                    

– Od babci Teodory.                                                                                                                              

 –Babcia Teodora jest strasznie mądra. – powiedziała Zośka z uznaniem i przestała płakać.                                     

 – Wcale nie – powiedział Filip. Ona wie dużo mądrych rzeczy ale  s a m a  nie   jest mądra.

-Skąd wiesz?                               

– Bo ona nie mówi, tylko czyta. Albo mówi to, co przeczytała.

Filip westchnął i wrócił na swoje wygniecione łóżko. Zośka wystawiła głowę za okno. W pokoju dziecinnym resztki dziennego światła kurczyły się na dywanie. Przeszły przez zamek z klocków a potem okręt piracki   stanął w ogniu i zgasł. Gorący wiatr podnosił firankę i przylepiał ja do sufitu.                 

 – Siedzą wszyscy tyłem. Blisko. – wyszeptała głowa Zośki w oknie.                                 

– Co tak skwierczy? – zapytał Filip.                                                                                               

– Tłuste mięso.                                                                                                                             

Filip wcisnął się pomiędzy Zośkę a framugę. Dorośli siedzieli przy ogniu i wyglądali jak stado Indian. Wieża z Kości sprawnie nacierała mięso pieprzem a Wielkie Piersi rzucały gotowe kawałki na rozgrzany ruszt. Łysy krążył za plecami siedzących z butelką płynu i pudełkiem soku. Pod krzakiem leżały psy myśliwskie, które nigdy nie były na polowaniu. Kiedy wszyscy kładli się do łóżek, one robiły to samo. Jadły też wtedy, kiedy wszyscy. Oprócz tego, że jadły wtedy, kiedy dostawały jeść.                                                          

– Jak tam, gotowe? – zainteresował się Otto i wyciągnął nos z gazety, żeby go przysunąć bliżej mięsa.

– Co ty tam widzisz, oczy popsujesz, daj mi to – powiedziały stanowczo Piersi. Otto uniósł się nieznacznie i wsunął gazetę pod drewnianą poprzeczkę leżaka a potem ją przysiadł i przytrzasnął poręczą. W tej samej chwili Piersi pochyliły się nad nim usiłując wyszarpać gazetę, ale gazeta tkwiła mocno przyciśnięta jego ciężarem. Nos wuja Otto znalazł się na chwile w złączeniu wielkich piersi.

– Nie męcz się tak – powiedział i przeciągnął się ziewając – bo ci bluzka pęknie. – Co mogłoby się okazać wydarzeniem miesiąca – dodał i odchylił głowę do tyłu – a ja i tak nie czytam. Kupuję z przyzwyczajenia, bo kiedyś czytałem. Wszystko po kolei. Potem tylko tytuły. Potem jeszcze oglądałem zdjęcia. A teraz już tylko się zasłaniam.

-Zupełnie jak struś- zauważyła bezbarwnie Wieża z Kości.

-Czyli niezupełnie – westchnął wujek.

– I przez ohydny swój niezupeł rozwiązał on ten straszny supeł – zahuczał Łysy wymachując niewidzialnym mieczem. Potem położył rękę na oparciu leżaka z przytrzaśniętą gazetą i rzekł – słusznie czynisz, odrobina prywatności to święte prawo Jankesa.

– Nie ma już świętości na tym świecie. Więc i prywatności też  – powiedział Otto a potem bez najmniejszego wysiłku wyjął gazetę spod poprzeczki zniknął za nią jak za kurtyną.

Mały nietoperz przeciął powietrze tuż nad głową Łysego.

-Nietoperze często się wplątują w gęste włosy ludzkie – powiedziała Zośka z przejęciem.

Filip poczuł szacunek do bezwłosej głowy Łysego, tak obojętnej wobec nisko przelatujących kłów i pazurów.

-Wujek Łysy to mój ulubiony wujek! – powiedział głośno do Zośki.

-Spać tam! Która to godzina?

Mama wstała z krzesła ustawionego pod krzakiem bzu, podeszła do okna i ucałowała Zośkę w sam czubek nosa.

-Ja też- poprosił Filip, wysunął się do przodu i zamknął oczy. Poczuł bezpieczny zapach perfum, które były zrobione z cukru.

Mama okrążyła dom i stanęła w drzwiach pokoju dziecinnego. Zamknęła okno wychodzące na ogród i otworzyła drugie, znajdujące się w narożniku domu. Rosły tam dwa krzewy kwitnące na żółto a pomiędzy nimi znajdował się kurek z wodą, drewniana ławka i grobowiec. Grobowiec był zimny i głęboki, czasami dudniła w nim woda a na zewnątrz miał okrągłą, betonową przykrywę.

– Nic nie słychać- westchnęła Zośka zwalniając swoje miejsce przy oknie.

-Ale wszystko widać – powiedział Filip czekając aż kroki mamy ucichną a po chwili ostrożnie odsunął firankę.

– Łysy siusia w porzeczki. Będą świetnie rosły, bo to jest nawóz.

-Wcale nie. Tata zawsze mówi, że ten krzaczek przed domem uschnie, bo go wszystkie psy obsikują.

– Jak może uschnąć coś, co jest wiecznie mokre? – Filip przycisnął nos do okna. – Mama zabiera wujkowi gazetę. Całuje go teraz – powiedział przez nos i przykleił usta do szyby.

-Gdzie!? – Pokaż! – Zośka wyskoczyła z łóżka i chwyciła Filipa za włosy, żeby go szybko odkleić.

-Blisko zębów go całuje. Już przestała.

Zośka wytarła szybę rękawem. Łysy tymczasem szedł zapinając rozporek, głowę miał zadartą i oglądał niebo z ogromnym księżycem. Nagle potknął się wkręcony w suchą gałąź i runął jak długi na grządkę z truskawkami.

Wszyscy się odwrócili, ale nikt się nie podniósł. Łysy leżał na wznak i wcale nie próbował wstawać.

-Czy on umrze? – zapytała Zośka.

-Nie wiem. Poradzi sobie. Jest dorosły.

-Przy okazji oberwij parę truskawek! – krzyknął wujek Otto głośno, żeby wszyscy słyszeli, nawet Filip i Zośka za szybą.

Mama spojrzała niepewnie w stronę zamkniętego okna. Przycisnęła palec do ust i położyła go potem na ustach wuja Otto a on ją lekko ugryzł, bardzo lekko, po prostu na niby.

-Gdzie tatuś? – zapytała Zośka obserwując palec mamy w paszczy pełnej zębów.

– Pojechał wywrócić dzika – wyjaśnił Filip.

– A kiedy wróci?

– Wróci, kiedy go wywróci. Nie wcześniej. Tak powiedział.

– Ktoś się przekrada pod oknem – powiedziała Zośka zniżając głos.

Płyta grobowca szczęknęła pod czyimiś nogami a ławka zaskrzypiała nieco i rozległ się krótki kaszel.

Zośka zaczaiła się przy futrynie.

-To Wieża i Grube Łydki – szepnęła i bardzo ostrożnie cofnęła głowę – przynieśli sobie kotlety na taborecie.

-Upiłeś się – powiedziała Wieża, a jej głos słychać było wyraźnie, jak telewizor z okna Paciorków –upiłeś się, bo jesteś pijakiem!

-Jestem artystą – mówiły Łydki charcząc, kaszląc i spluwając.

-Jesteś pijakiem – powtórzyła Wieża – nic z ciebie nie będzie.

Łydki zaśmiały się kaszląco.

-Wyobraź sobie takie nazwisko – Henryk Niczciebieniebędzie… albo.. Józef Napijmysię.

– Przestało mnie to bawić – powiedziała Wieża.

-Barbara Przestałomnietobawić – zachrypiały Łydki.

Krzaki zaszeleściły i Wieża stanęła obok ławki na płycie grobowca.

-Koniec z nami – oświadczyła i odwróciła się na pięcie zgrzytając zapiaszczonym butem.

-Anna Maria Koniec-Znami – bełkotały Łydki coraz ciszej a Wieża wróciła do ogrodu i usiadła na gazecie wuja Otto z głową wtuloną w swoje gałęziste ramiona i z wysoko podkurczonymi kolanami.

-Czy ona płacze? – zapytała Zośka.

-Nie płacze. Przecież jest dorosła.

-Dorośli nigdy nie płaczą?

-Nigdy- powiedział Filip bez wahania.

Pod tym względem dorosłość traciła wiele ze swojej atrakcyjności. Na przykład, kiedy dorosły potknął się nagle i rozbił kolano, sam wstawał, sam się otrzepywał i przyklejał sobie plaster. I nie mógł liczyć na to, że jakiś dorosły zaprowadzi go do domu albo zaniesie do łazienki, bo to był jego dom, jego łazienka i to on sam był tym dorosłym.

Tymczasem Wieża położyła głowę na kolanach wuja Otto a on rozczesywał palcami jej włosy. Mama patrzyła w ogień odwrócona tyłem do nieruchomej Wieży i czeszącego wuja. Łysy dalej leżał na wznak i objadał truskawki. Wielkie Piersi kołysząc się przemierzyły grządkę. Pochyliły się nad rozciągniętym w poprzek ciałem Łysego by mu podać pomocne ramię. Łysy podparł się ostrożnie pomiędzy krzaczkami owoców i zamiast ramienia chwycił rozhuśtaną, wiszącą nad nim pierś Wielkich Piersi.

Księżyc wyjechał spod samotnej chmury i świecił znad jeziora tworząc długie, dziwaczne cienie. Filip ziewnął, bo nic się nie działo. Cienie znieruchomiały na płaskim trawniku. – Przypalony! Kazimierz Stefan Przypalony! – jęknęły nagle Łydki dźwigając się z ławki. – Szkoda mięsa – westchnęły i powtórzyły – szkoda mięsa… Talerzyk z kotletem brzęknął jeszcze o taboret a potem zaległa cisza odmierzana ciężkim oddechem na ławce.

– Jakbyś mnie teraz chwycił to go dostanę – stęknęła Zośka przewieszona przez parapet. Parapet był bardzo szeroki i trochę spadzisty.

-Co takiego? – zapytał Filip sennie.

-Kotlet oczywiście, przypalony.

-Po co nam przypalony kotlet?

– Jakbyś mnie teraz chwycił, to się dowiesz.

Filip zamienił rozgrzany koniec kołdry na chłodny koniec kołdry i kotlet był mu obojętny w tej cudownej chwili. Do ciała najlepiej przylega z puchu pierza chmura świeża- myślał i przykładał gładkie płótno do leżącego brzucha, do leżących ramion i do każdej zmęczonej nogi. Przypalony kotlet należał do świata skwierczącego, obracanego, skaczącego, spoconego, do podskakującego świata oświetlonego ze wszystkich stron. Nie da się zmrużyć oka przy takim kotlecie. Trzeba jeść, przełykać, krajać, szarpać kotlet stojąc na nogach, patrząc, żeby się nie przechylić, nie poparzyć, nie przygryźć sobie języka skaczącego pomiędzy zgrają ostrych, siekących zębów.

-Daję ci tu moją nogę do ręki – stęknęła Zośka

-Nie chce mi się – nie powiedział Filip, bo mu się nie chciało.

Noga Zośki naprężyła się w powietrzu a jej tyłek leżał na parapecie i nie było wiadomo, na którą stronę spadnie.

Poradzi sobie przecież, wszyscy sobie poradzą, albo nie poradzą, nic na to nie poradzę – myślał Filip. Leży tyłek na parapecie, leży kotlet na taborecie..-powtarzał wdychając mocny, obiadowy swąd, swąd spieczonego mięsa, nie znoszący sprzeciwu swąd tłustego mięsa.

Zobaczył obiad, który przed nim wyrastał z ciemności. Armia szeregowała szyki, słońce wytaczało się spod stołu. Sześć oddziałów widelców skierowanych zębami w górę i noży z odsłoniętym ostrzem upadło nagle z brzękiem na dwie strony. Słońce wystrzeliło pierwsze promienie, w których zęby i ostrza błysnęły zimnym, stalowym światłem. Filip zjeżdżał po stromym zboczu, skąd mógł ogarnąć wzrokiem cały obrus. Widział półmisek bojowy i zestaw surówek a za nimi dymiło pole żółtych ziemniaków. Dym spowijał bulgoczące sosy i kłębiąc się powoli gęstniał pod nogami Filipa. Z białej chmury sterczały w niebo puste krzesła. Było bardzo cicho, bo chmura połykała dźwięki. Stół powoli zapełniał się, twarze rosły. Ziemniaki parowały bezustannie, lecz siły ich słabły w widoczny sposób. Leżące na samym wierzchu były zupełnie odsłonięte, wystawione na poćwiartowanie.

Armia zębów podjechała z okropnym zgrzytem w stronę skulonego mięsa. Filip zesuwał się ostrożnie, ale jego koń ciągle klękał. Tak klękając bez uprzedzenia kuśtykali do królewskiego namiotu. Ziemniaki zupełnie wystygły, mięso zwiotczało, nie mówiąc już o skwaśniałych surówkach. Na nieszczęście koń znowu przysiadł i król się potoczył po długim dywanie. Toczył się swobodnie, bo okrągły był i lekki jak balonik.

Szczęk krzyżowanych sztućców, jęki obżartych, stosy posiekanych, to wszystko zaraz się wydarzy, jeśli tylko łaskawy pan łaskawie ruszy swoje ciało zwinięte w kłębek na środku drogi.

– Namiot, jak widzę, w sam raz – powiedział Filip, żeby zyskać na czasie.

– A prosim, prosim – powiedział ten i ów.

Za plecami ktoś chrząknął i westchnął. Powszechnie przełykano ślinę. Balonik króla zrobił się bardzo miękki, taki miękki jak miękki brzuch, taki gładki jak gładka skóra, taki czuły jak ciepłe ciało.

-Królu! Toż my tu stoim bo głodnim! Głodnim i gotowim! A ty się nie zrywasz?! Na koń nie siadasz? Łyżki nie chwytasz? – zahuczała nagle babcia Teodora, ale jej głos oddalał się i rozmydlał.

-Cóż ja poradzę, kiedy nic nie ważę? – myślał Filip i wtulał się w bezpieczne ciało, które odbijało różne ciosy i razy. Ktoś chciał go kopnąć w kostkę, ale ciało zaraz otoczyło kostkę swoją miękką i ciepłą podeszwą.

-A, co mnie to obchodzi, niech się pozarzynają.. poza tym, wcale nie jestem głodny. Głodny nie byłem i nie będę – zauważył przytomnie a ciało przycisnęło go w cudowny sposób.

– Nie będę! Niczym nie będę! Niczego nie będę! – wykrzyknął głośno, bardzo głośno, tak głośno, że usłyszał własny głos i zaraz tego pożałował.

Leżał teraz z szeroko otwartymi oczami mając przed sobą twarz Zośki i talerz z kotletem. Światło księżyca oblało pokój, który nagle zrobił się niebieski. Zośka stała przy łóżku Filipa wskazując przypalony kotlet i pusty ogród.

-Obudź się! – zasyczała – obudź się i wstawaj! Trzeba nakarmić Królewicza Głowonoga.

Ilustracja – Franek B. lat 5