Filip z przykrością wyjął głowę ze swojej poduszki. Zośka pląsała po dywanie usiłując w rytmie tańca kopnąć go bosą stopą w czoło.
-Kotlecik tłuściutki tu mam, okrąglutki tu mam, dla Głowonóżka Pasibrzuszka ciam ciam.
Filip niechętnie usiadł, ale nogi zostawił sobie w ciepłym gniazdku zrobionym z kołdry. Firanka zahaczyła się gdzieś w górze a jej strzęp ruszał się leciutko jak uwięziona ćma, której siły są na wyczerpaniu.
-Ciężki jestem jak odważnik – myślał Filip. Wcale taki nie byłem, kiedy spałem. Byłem wtedy lekki, bardzo lekki a teraz jestem ciężki, aż za ciężki i muszę tutaj trochę posiedzieć zanim się zrobię taki jak trzeba.
Kotlet wirował po pokoju nie przestając wydzielać przypieczonej, obiadowej woni.
– Skąd wiesz, że on to zje, ten biedak? – zapytał z niedowierzaniem a Zośka właśnie kłaniała się ze sceny przytulając kotlet do policzka.
-Będziesz tłusta i czarna jak skrzynia biegów.
-Mięso, mięseczko, flaczek, biedaczek – szczebiotała a potem cmoknęła całując kotlet w sam środek jego tłustości.
-Dosyć tego – Filip zesunął się z tapczanu i przeszedł chwiejnie na środek pokoju.
–Nogi mi idą a kolana zostają, zupełnie jak Łysemu – zauważył i przystanął, żeby pooglądać księżyc. Księżyc od razu podjechał do przodu i napęczniał jak żabi król. Jarzył się i błyszczał stalowym światłem. Nic nie grzeje taki księżyc. Wcale bym się nie sparzył, gdybym go dotknął – myśląc to Filip odwrócił się i zacisnął powieki. Księżyc pulsował w ciemności, wybuchał i skakał, a potem nagle urwał się i poleciał gdzieś w dół.
Zośka w otwartych drzwiach przyzywająco machała kotletem. Korytarz za nią pełen był niejasnych kształtów.
-Coś tu sterczy, pewnie duch – powiedziała z przejęciem i uczepiła się Filipa, a Filip wymacał dłonią ścianę i postawił nogę na pierwszym zimnym kaflu.
Duchy nic nie ważą, bo są puste w środku a z wierzchu przezroczyste. I mogłem wsadzić rękę w ducha, który sobie sterczy pod ścianą z moją ręką w pustym brzuchu – pomyślał Filip i postąpił dwa kafle do przodu a rękę wyjął i wsunął ją kawałek dalej. Najwyżej połaskoczę go w żebra albo w ślepą kiszkę, bo paznokcie mam krótkie, wczoraj obcinane.
Zrobił krok do przodu wyjmując rękę i włożył ją kawałek dalej.
Drzwi gościnnego pokoju były lekko uchylone. Filip poczuł znajomy, kwaśny zapach i usłyszał z kąta chrapanie. Kwaśny zapach wypływał na korytarz i zbierał się pośrodku tworząc zawiesisty obłok w poprzek drogi. Zośka zatkała nos. Kiedy będę dorosły nie będę tak chrapał. Będę taki, jak jestem teraz, tylko duży. Myśląc to Filip wyobraził sobie, jak wiele mogłoby się zmienić, gdyby był duży i dorosły. Duży i dorosły Filip budzi się w nocy, bo ma chętkę nakarmić Królewicza Głowonoga. Wstaje z łóżka, świeci światło i przeciąga się na wszystkie strony. Pogwizdując idzie do kuchni, szybkim ruchem otwiera lodówkę i wyciąga z niej kotleta. Kładzie go na talerzyk, a talerzyk po prostu wyjmuje z kredensu, bez względu na hałasy. Wbiega na schody, znów pogwizdując, odpycha nogą drzwi strychu a łokciem naciska klamkę, żeby mu się kotlet nie zesunął. Zatrzaskuje za sobą drzwi bez względu na hałasy. Hej mały! Mam coś dla ciebie! – woła od progu i dudniąc w podest zbliża się do zamkniętego pokoju. Słysząc to Królewicz już się gramoli ze swojego kąta. Do której rączki dzisiaj damy? – żartuje i chwilę przekomarza się z nim jak z psem, któremu kapie ślina. Biedny królewicz wyciąga ręce przez szparę w drzwiach a tych rąk ma dużo, co najmniej cztery. Jest bardzo zawstydzony, że ma ich aż tyle, więc szybko chwyta talerzyk, gdy go tylko dorwie. No już dobrze, dobrze – mówi dorosły i pędem wraca do łóżka, chociaż nikt go nie goni ani nie chce złapać. Po prostu dlatego, że jest mu bardzo dobrze w łóżku.
Filip westchnął, postąpił kilka kroków naprzód aż znalazł się na wysokości otwartej szafy z płaszczami.
-Coś wylazło albo wyrosło, albo to jest poręcz od schodów – powiedziała Zośka i wbiła wszystkie paznokcie w łokieć Filipa a Filip podskoczył z bólu, potknął się i przewrócił, pieczętując twarzą kant stopnia.
W tej samej chwili rozległ się rumor, który dolatywał z góry i był niczym innym, jak dudnieniem drewnianego pomostu.
– A niech to zdechły kot poliże!- jęknął Filip połykając krew z dziąsła -Spłoszyliśmy go! I ząb mi się rusza na dole.
-Ile było tych nóg, policzyłeś? – zapytała Zośka, kiedy usiedli na pierwszym stopniu, żeby chwilę odpocząć.
– Co najmniej ctery – zaseplenił Filip i połknął następny łyk krwi.
-Tak myślałam – powiedziała Zośka i na czworakach wspięła się po schodach do góry.
-Co robisz? – zapytał Filip przez zamknięte usta, żeby mu ząb nie wyleciał.
-Kładę mu kotleta pod drzwiami. Może przyjdzie, jak się uspokoi.
Filip łowił uchem różnego rodzaju szmery i szumy, ale żaden z nich nie dochodził ze strychu. Jeden natomiast potężniał od strony ulicy i już po chwili można było rozpoznać warczenie silnika. Potem ostre światło oblało korytarz a ciężkie opony przetaczały się po podjeździe.
-Tata! – krzyknął i poderwał się z miejsca.
Grzęznąc w ciemnościach i wnętrznościach duchów przemierzył drogę powrotną do dziecinnego pokoju. Usłyszał za sobą metalowe szczęknięcie drzwi strychu, jakieś szepty, bieganinę, a wreszcie głos ojca w altanie.
-Ależ kaban! Wywróciłem największego kabana w lesie! Kto nie śpi, niech się przekona!
Filip odepchnął Zośkę i przywarł twarzą do szyby. Zobaczył czarny, nieruchomy łeb i białe kły sterczące w półotwartym pysku. W kuchni rozbłysło światło. Słychać było głos wuja Otto i lekki kaszel mamy.
-Twój dzielny mąż pokonał dziką bestię! Biegnij go powitać!
-Przestań – powiedziała mama i zakaszlała.
-Jednym, celnym strzałem! – grzmiał wujek otwierając drzwi altany – przynajmniej taką mam nadzieję – dodał ciszej.
Dzik leżał na boku z otwartymi oczami. Światło w kuchni oświetlało je wyraźnie, ale się w nich nie odbijało.
-Trup – pomyślał Filip- można go pokroić i obsmażyć.
-Co za szczęście, że już nie żyje! – odetchnęła Zośka – przynajmniej nie będzie już zjadał biednych, malutkich piesków, lisków i kaczuszek.
-Dziki żywią się ziołami – wyjaśnił Filip uprzejmie.
-Biedne małe ziółka, nie bójcie się. Nikt was już nie zje! – odetchnęła Zośka powtórnie i ułożyła się pod kołdrą.
-Ciekaw jestem, jak to było. Pewnie dzik był rozjuszony i wyskoczył nagle zza krzaka a wtedy tata błyskawicznie się złożył i pach! Dzik zarył kopytami i przestał się ruszać.
-Skąd wiesz?
-Wiem, bo nie raz byłem na polowaniu – Filip zrobił minę bywalca.
Rzeczywiście, zdarzało się, że ojciec zabierał go ze sobą do lasu mówiąc – chodź, idziemy coś zastrzelić – ale dotychczas niczego razem nie zastrzelili.
Filip pamiętał szczególnie jedno wyjście, zimowe. To było jeszcze w czasach, kiedy mieszkali w mieście i chodzili po ulicach. Mniej więcej w zeszłym roku. Polowanie było daleko, dużo dalej od miejsca, gdzie ulice się kończyły. Śnieg i księżyc uczyniły noc zupełnie jasną a cienie jałowców, pośród których stali na skraju rozległego zrębu wyglądały jak ich własne, ludzkie cienie. Płaska przestrzeń, która się nagle przed nimi otwarła była podziurawiona wielką ilością czarnych, krótkich pni mocno odrysowanych od świecącego śniegu. Nad tym krajem tysiąca nieczynnych kraterów zalegała bezwzględna cisza, równie nieznośna co podniecająca. Filip pamiętał podobną ciszę w teatrze, kiedy światło wylewało się z góry na pustą scenę a żaden odgłos nie zdradzał obecności widzów w czeluściach foteli ani aktorów szykujących się do skoku w nieruchomych fałdach dekoracji. Te dwie chwile miały ze sobą wiele wspólnego, ale cisza w teatrze dusiła i gniotła Filipa. Czuł się uwięziony w szczelnym pudle tłumiącym wszelki dźwięk, starym, dusznym i smrodliwym. Leśna cisza była lodowata, czysta i gładka jak szkło, nietknięta ludzką stopą jak obca planeta. On sam wydawał się sobie jedyną żywą istotą w całym tym znieruchomiałym kosmosie a każda czynność jego organizmu zakłócała ów spokój niemiłosiernym zgrzytem. Słyszał swój oddech, przełykanie śliny, wgniatał i ubijał sobą śnieg, w gardle furgotał mu kaszel a w nosie katar, serce tłukło się jak ptak w kominie.
-Ciszej – powiedział ojciec nie wydając żadnego odgłosu i ręką dał mu znak, żeby zamarł i słuchał.
Filip zamarł i słuchał a w tej samej chwili gdzieś bardzo blisko trzasnęła gałąź.
Trzask rozerwał powietrze tuż za uchem Filipa. Dreszcz przebiegł mu po plecach i zostawił po sobie mnóstwo gęsiej skórki. W zagajniku po prawej stronie ktoś ciamkał. Ciamkał i chrząkał fucząc a nawet pogwizdując sobie. Trzasnęła druga gałąź. Drugi ciamkacz mlasnął i coś przeżuwał pociągając nosem. Filip wstrzymał oddech i starał się go wypuszczać małymi porcjami. Ojciec ruszył z miejsca i posuwał się dziwnym, cyrkowym krokiem w kierunku, skąd dochodził pierwszy odgłos. Szedł jak nakręcany niedźwiedź, któremu kluczyk obraca się w plecach. Podnosił wysoko nogi i każdą z nich zatrzymywał tuż nad ziemią. Delikatnie dotykał czubkiem buta miejsce, w którym zamierzał stanąć sprawdzając czy nie okaże się za bardzo trzeszczące. Na koniec wkręcał stopę w śnieg jak świeczkę w delikatną warstwę kremu na urodzinowym torcie.
Trzeci ciamkacz mlasnął za plecami Filipa.
-Tato, zjedzą mnie!- jęknął Filip ochryple i przeraził się własnego głosu.
Ojciec odwrócił głowę i ciamkanie ustało jak nożem uciął. Obaj zastygli w pozach przypominających zabawę w ślepą babkę a cisza trwała nad nimi jak zapowiedź nieuchronnej katastrofy. Po upływie kilku sekund, które Filipowi wydały się wiecznością rozległ się nagle furczący świst, ostrzegawczy świst wielkiego, zwierzęcego nosa, któremu nagle brzydko zapachniało człowiekiem. Nos prychnął wyrzucając z impetem obcą woń i wtedy nastąpił koniec świata, w każdym razie Filip był przekonany, że na ziemię wróciły dinozaury, albo co najmniej mamuty, albo samolot spada z nieba i rozdziera brzuchem młodnik. Jałowce gięły się i tańczyły w miejscu chwiejnym, pijanym ruchem, ziemia dudniła odbijając echem ciężki galop a trzask łamanych gałęzi stopił się w jeden ogłuszający łomot. Filip wrastał w ziemię i tkwił w niej na podobieństwo jałowców a przed nim i za nim przelatywały czarne pociski, których nie zdążył ani policzyć, ani obejrzeć. Całe to trzęsienie ziemi trwało zaledwie kilka sekund. Wataha wpadła w leśną gęstwinę i brama ciszy zamknęła się za nią jak przejście w zaklętej grocie.
Filip dygotał i dzwonił zębami a w końcu nie wytrzymał i rozpłakał się. Ojciec niezręcznie wytarł mu nos a potem wziął go na ręce i niósł parędziesiąt kroków, dopóki łzy nie przestały płynąć.
-Ale przygoda – powiedział i postawił Filipa na trzęsących nogach.
-Strasznie się bałem, że mnie zjedzą – wyszeptał Filip bardzo cicho, bo ciągle jeszcze byli w lesie.
-One też się bały. Dlatego uciekły.
-Bały się, że je zjemy? – zdziwił się Filip szczerze.
-A nie jadłeś nigdy dzika?
-Jadłem – powiedział Filip i znowu się zdziwił.
– A widzisz – powiedział ojciec i wyjął kluczyki, bo właśnie doszli do miejsca, gdzie zostawił auto.
– Jadłem – powtórzył Filip jak echo – jadłem dzika.