Nie do przetłumaczenia, czyli Dziennik 2015 – koniec lata.

17 sierpnia 2015

Remonty skończone, rozstałam się z telefonem za 130 zł w ratach dopisywanych do rachunku, mam teraz dopisane 30. Ostatnia żyjąca Nokia słucha mnie uważniej niż szybkostrzelny Samsung. Można ją dotykać bez zobowiązań. Nie podobają mi się te wyścigi z urządzeniami, które pracują coraz szybciej, a my musimy za nimi nadążyć, chociaż w końcu i tak zostajemy w tyle. Wolę zostać w tyle już dziś. W tyle jest spoko.

„Można przeżyć pod warunkiem, że się nie żyje” – Mrożek, mój niezastąpiony Mrożek. Miał swoje sposoby na ucieczkę od obowiązku aktualizacji.

Ciekawa rzecz, ten czas.  Przemądry mizogin święty Augustyn mówił, że wie co to jest czas, dopóki ktoś mu nie każe wytłumaczyć. Czyli nie wie. Dzieciństwo jest dowodem na nieokreśloność czasu. Minuta bezczynności dłuży się tak samo dotkliwie, jak godzina. Godzina zabawy to ledwie minuta. Kiedyś, w poprzednim życiu odbywaliśmy rodzinną podróż na święta do Krakowa.  Przygotowania zajęły kilka upiornych dni zanim nareszcie ruszyliśmy spod domu polonezem zapakowanym po dach. Dzieci miały ogromny zapas jedzenia, bo dzieci, podobnie jak konie, muszą cały czas coś skubać, żuć albo lizać. Droga przed nami była zaiste długa. Jak długa? Bardzo długa. Na końcu wsi mieliśmy jeszcze oddać jakieś bardzo ważne wiadro pani sołtysowej. Zatrzymaliśmy się a one chórem zapytały – to już Kraków?

Czas możemy określić tylko dzięki doświadczeniu. Nie wiadomo, ile trwa godzina, ale po pierwszym razie wiadomo już, ile się jedzie z Białego Zdroju do Krakowa załadowanym polonezem. Trochę dłużej niż na piechotę z Kościeliska do Cichego i z powrotem przez zaspy. Czyli cały dzień. I wtedy dopiero wiadomo, ile trwa dzień. Jeśli w kolejce u dentysty czeka się dwa razy krócej niż w kolejce do dermatologa to mówimy, że czekaliśmy krótko. Jeśli dwa razy dłużej niż w kolejce do kasy na dworcu kolejowym, to długo. Bez porównania doświadczeń nie mamy pojęcia czym jest czas, bo czas nie istnieje poza naszym odczuciem. Kwiatki zakwitły, ale kiedy? Ciocia zachorowała, ale jak to się stało? Kiedy przestała być zdrowa a zaczęła być chora?  Na pewno jesienią, bo kasztany leżały w ogrodzie. Linki do ustalenia dat są wszędzie, ale sam czas pozostaje nieuchwytny.

Słuchałam wczoraj hiszpańskiego serca Chicka Corei. Kliknij w „hiszpańskie serce” a zobaczysz pracownię grafiki, ręce czarne od farby drukarskiej, powżeranej w linie papilarne, cały ten świat korytarzy na Humberta z pełnymi popielniczkami, zimnymi kaloryferami i gębami niewyspanych, zawsze lekko skacowanych zakapiorów, głodnych, spóźnionych i wymiętych. Zobaczysz, jakby to było wczoraj. Za oknami socjalizm i szarość – w środku czarno białe grafiki – barwy mojej młodości. Niedobór kolorów i podła jakość przedmiotów codziennego użytku stwarzały niepowtarzalną okazję do wyeksponowania ducha. Pozostawało czytać, palić papierosy i dyskutować, czyli, jak to znowu pięknie określa Mrożek -„żyć gołym życiem”. Nikt nie biegał po sklepach, wódkę się kupowało na melinie, mieliśmy na własność czas, który dzisiaj traci się na konsumpcję. Mieliśmy masę czasu. Taka okazja nigdy już w moim życiu się nie powtórzy, zmiany w ludziach są nieodwracalne. W teatrze obecnej rzeczywistości jest pięknie. Jest barwnie, jest zajmująco. Piętrzą się dekoracje, stosy rekwizytów, hałdy kostiumów. Chick Corea nie żyje.

18 sierpnia 2015

 Zmartwienia w sierpniu?  Sarkoid w kopycie Wicka i brak jazdy, moja chora noga ze szwami i brak biegania, 30 psów po hotelach i brak pieniędzy na koncie fundacji. Brak perspektyw?  Nigdy nie miałam perspektyw. Brak perspektyw jest jak tlen.

19 sierpnia 2015

Chłodniej. Dzisiaj od rana zmasowany atak dźwięków. Masz nową wiadomość, trzy nowe wiadomości, dziesięć nieodebranych połączeń, pięć nieprzeczytanych maili. Telefony warczą i wiercą się na fotelu, telefony, nie psy. Psy śpią snem kamiennym o tej godzinie. Laptop na stole przy łóżku wydaje z siebie powtarzające się, natarczywe piski. Nie jest to melodia mgieł nocnych. Ejże! Jestem pisarzem, jestem artystą, nie rozumiecie? Mam prawo spać do dwunastej i pić do trzeciej. Kto mi dał takie prawo? Sama sobie go dałam i sama odbieram.

Związki homoseksualne są wolne od ciśnienia na prokreację, dlatego w Grecji (starożytnej, innej nie ma) były uznawane za relacje duchowe wyższego stopnia. Z tych samych przyczyn te same związki są w chrześcijaństwie zakazane i grzeszne. Religia królików w opozycji do religii filozofów.

Śniło mi się, że zajmuję łazienkę dużej bogatej rodzinie, u której nie wiedzieć czemu nocowałam. Czuję się niekomfortowo, mało powiedziane niekomfortowo, bo wszędzie pełno dzieci, które teraz właśnie muszą siusiu a pan domu, przypadkowo Robert de Niro – chce wziąć prysznic i czeka z ręcznikiem na ramieniu pod drzwiami.  Ja tymczasem, zamiast się pospieszyć nie mogę znaleźć majtek, papieru toaletowego, szczotki do zębów, nic mi nie idzie jak powinno. Mam ochotę tam zasnąć i nikogo nigdy nie wpuścić, nawet Roberta. Nareszcie otwieram i chowam się od razu w jakimś pokoju żeby te gacie chociaż wcisnąć na tyłek, ale to nie są moje gacie, tylko dziecinne, za małe, nie mam siły ich ubierać, a do tego pokoju już się pchają ciekawskie bachory, co tam tak długo robisz, chcemy śniadanie. Mój Boże, jak miło się obudzić w domu, gdzie łazienka jest zawsze wolna.  Myśl o jeszcze jakimś życiu wspólnym z kimkolwiek to myśl samobójcza. Kobiety znakomicie funkcjonują same. Są więc i dobre strony bycia kobietą. Samowystarczalność.

Najgorsze możliwe nieodebrane. Od teściowej. Oddzwoniłam, być może ostatni raz. Wielka matka mojego wielkiego męża, który, umierając, nieświadomie  wyrwał mi ziemię spod nóg i naraził na najgorszą w życiu traumę – bankructwo rodziny. Dzwoniła oczekując wdzięczności za darowany weksel, jak darowane przez Zagłobę Niderlandy. Dzięki. Jakaś ty dobra, mogłaś mnie całkiem ogołocić, wdeptać w ziemię i patrzeć, jak zdycham. Nic nie powiedziałam. Zgasiłam ją wpół zdania jak resztkę żaru. Nie ma żadnej rodziny Maćka, jest popiół.

W sumie mi ulżyło.

Jakże czasem mam ochotę zniknąć całkiem. A jeszcze nie zniknęłam? Niektórzy uważają, że już bardziej się nie da.

19.08.2015

Pogoda cudowna, koniec lata piękniejszy niż lato. I koniec roku niż rok. I koniec życia niż całe życie. Brak zmartwień oznacza miejsce w mózgu, bo mózg uwielbia się martwić. I mieć perspektywy. Rozważać je, ach, to lubi. Mózg to zawalidroga, jeśli mu pozwolić na samowolkę i dać pierwszeństwo w podejmowaniu decyzji. Ta jego logika jest katastrofą. Ani świat nie jest logiczny ani miłość ani życie.

Dzisiaj rano przemknęło mi przez myśl, że pieniądze to najmniejszy problem. Pierwszy raz w życiu coś takiego odruchowo pomyślałam apropos Wicka i jego raka, który się okazał sarkoidem i szczęśliwie koń wczoraj pomknął na trening, zasuwał jak szalony na tej nodze, co miała być do wyrzucenia. Tylko zdrowie się liczy i nie zawsze potrzebuje pieniędzy.  Niebieski bank wypłaca według swoich zasad. Nie trzeba składać żadnych podań.

Szalony wiatr. Zimny. Suchy. Niewidzialny.

Śniła mi się kobieta w ciąży. Ubrana w biały, opięty sweterek z kokardą na brzuchu. Stała wpatrzona w swoje dziecko które za pomocą jakichś cyfrowych sztuczek widziała na ekranie. Widziała siebie nad łóżeczkiem (z gotowego szablonu) i ten płód z wynikami różnych aktualnych pomiarów. Wypowiadałam swoją dezaprobatę na tę przewidywalność, mówiłam, że w życiu należy pozostawić miejsce na niewiadome! Że to nieustanne sprawdzanie wszystkiego jest straszne i przeciwko życiu. Nikt mnie nie słuchał, a dookoła jak zwykle woda, wszędzie woda ostatnio.

Na wodzie biała łódź.

21 sierpnia 2015

Lubię sierpień, ale wrzesień bardziej. Jest nareszcie chłodno. Była Zośka i wsiadłam na Wicka pierwszy raz od kilku miesięcy i działo się, działo… aż mi łeb spuchł. Jestem jak mnich w klasztorze, kiedy się pojawia intruz z cywilizowanego świata wprowadza szalony chaos. Ileż wiadomości, obrazów z życia, atrakcji, problemów, wydarzeń! Żeby się płyn mózgowy uleżał po takiej dawce bajtów – trzeba całej nocy spokoju. Niewiarygodne, jak bardzo nawykłam do ciszy. Do czasu odmierzanego małymi łyżeczkami, do regularności, do zespolenia z ziemią i pogodą. Nawet ten upał inaczej teraz widzę. Bo stoi.

W nocy mnie osaczyły wszystkie demony. Że brnę w tę fundację bez zabezpieczenia, że nie ma Maćka i to wszystko prędzej czy później mnie zajedzie, rozdziobią mnie sroki, już nie wrony nawet, lecz coś gorszego – sroki. I matka moja na to wszystko mi się śni niebezpiecznie często, nie odstępuje mnie na krok, taka zawsze denerwująca, niby fajna, bo młoda, ładna, ale denerwująca strasznie. Istota i powód moich wszystkich życiowych obaw. Ucieleśnienie lęków i ostrzeżeń. Chciała dobrze. Każdy chce dobrze. Nie powinno się chcieć dobrze. Lepiej zostawić sprawy własnemu losowi. Nie narzucaj światu swojego formatu – mówiła babcia Hanka. Co to był za wspaniały człowiek, ta moja babcia. Ona już tu nie wróci, odrobiła swoje.

22 sierpień2015

Czuję znowu jesień, dziwność życia, bliskość śmierci, oddech Boga i posmak wieczności co roku, co roku. Cisza, drżenie świata. Kosmos za oknem. To pierwsze zimno i dom, który jest tylko mój, nigdy nie miałam swojego domu. Mój dom, mój kredyt. Samotność w tym domu. Prawie umiem ją skonsumować, prawie ją dotykam rękami, czuję nosem, słyszę uchem, smakuję językiem. Nie chcę już nic więcej od życia, dostałam wszystko, chociaż dostanie wszystkiego od życia było w pewnej chwili równoznaczne z pozbyciem się wszystkiego, a na pewno wszystkich. Rzeczywiście wolnym jest ten, kto posiada jak najmniej, wydaje i zarabia minimum, nie potrzebuje nic ponad podstawę. Wolnym jest człowiek, który nie wydziwia.  Kluczem jest minimalizm, a nie bylejakość. Prostota, ale nie prowizorka. Dom hobbita  Bilbo Bagginsa – to mój ideał życia.

Sąsiad trzyma psa w domu służącym jako letniskowy i ten pies straszliwie się tam nudzi, nie mówiąc o tym, że jest karmiony kaszą ze smalcem… Non stop ucieka z posesji (tak się tutaj mówi – „posesja”, kupa śmiechu). Kasza ze smalcem i wygolony trawnik to nie jest wszystko, czego pies potrzebuje do szczęścia. Ląduje więc na łańcuchu, ale tyle przynajmniej w tych pustych głowach świta, że pies na łańcuchu złodzieja nie dorwie. W związku z tym wychodząc zwalniają go ze służby i on to rozumie dosłownie. Opuszcza zakład pracy i włóczy się to tu, to tam w poszukiwaniu jakiegoś inteligenta. Nie dość, że pustkowie ( azjatyckie trawy, jak to Pilch wielokrotnie ujął, kocham Pilcha ) –  to się jeszcze psu na tym pustkowiu inteligentów zachciewa. Obawiam się, że z tego właśnie powodu ciągle trafia na mnie.

Pojechałam do Szydłowca rozmawiać o psie, bo chcę go zabrać. Mieszkanie w bloku na osiedlu małego miasteczka. Sterylna czystość i ryczący telewizor. Wita mnie żona sąsiada czyli właściciela psa i zamiast kawy proponuje obuwie zastępcze. Ok, lepsze to niż kawa z fusami. Zostaję w skarpetkach, jak dobrze, że je mam. Boso musiałabym zakładać gościnne klapki. Ona przeciwnie – eksponuje różowe paznokcie, klapki nosi złote na klocuszku. Bluzka dopasowana, tłuszcz wokół bioder, świeżo ułożony bob na głowie, w kuchni zupa pomidorowa i kotlet z kapustą. W pokoju tak zwany wypoczynek, na ścianie głównej podobizna Jana Pawła wyhaftowana przez nią osobiście. Wielki telewizor a w nim polski serial, modlę się, żeby Maciek w nim nie występował, bo będzie po mnie. Podłoga lśni, okno lśni. Mąż złota rączka znika na całe dnie, zapewne w obawie przed zabrudzeniem białych pokrowców na fotele. Mężowi do pełnej sterylności daleko a co dopiero psu. Dlatego nie próbuję dyskutować o zabieraniu psa do domu, kiedy wyjeżdżają z letniska.

Pierwsze pytanie zawsze i wszędzie, w ramach uprzejmości i ciekawości pospołu – nie boi się pani tam na tych Gąsawach sama w nocy? Duchów? Złodzieja? Zboczeńca? Nie wiadomo, dlatego jeszcze większy strach. Bo jak nie wiadomo, co może zza krzaka nagle siup, to już ten zboczeniec bardziej swojski. Katalogowy. Albo złodziej z workiem. Koniecznie z workiem. Albo duch biały, bo czarnego w nocy nie widać.

I oto siedzi naprzeciwko mnie na wypoczynku samica ludzka i nóżką macha z paznokciami.  Bo ja, widzi pani, jak tam raz nocowałam, na tej naszej posesji, to drzwi wyzamykałam wszystkie i okna, tak się bałam. No udusić się szło. A pani przy otwartych śpi!!! Dobry boże! Ja bym ze strachu umarła.

A przecież duch to nie drzwiami tylko przez ścianę, a złodziej kominem a zboczeniec już pod łóżkiem od rana ukryty czyha, to po co zamykać, no po co? Nie do przetłumaczenia. Ważne, że psa pozwolili zabrać. I tylko to się liczy.

23 sierpnia 2015

Maciek mi się śnił. Nareszcie zdrowy. Pytałam, czy pamięta, że jest moim mężem i czemu, wobec tego nie ma go przy mnie. Ano pamięta. Jeszcze do mnie nie może wrócić, ale rzecz jasna wróci. Jeszcze będę twoim mężem, tak powiedział. Dał się objąć i nawet pocałować jak naburmuszone dziecko, mówił, że się najadłam mięty, wykrzywiał się, droczył. Patrz lepiej na mój brzuch. Brzuch był płaski. Nie było wody w brzuchu. Nie był słoniem wodnym. Miał wklęsły pępek a nie jak u ciężarnej. Wyglądał naprawdę zdrowo. Jeszcze trochę, i wrócę.

25.08.2015

Przesadziłam z telewizorem. Wieczorem go włączam i oglądam jakieś kryminalne jatki, które nazwano komedią. O ile przedwczorajszy Dracula Cooppoli był arcydziełem i wchłonęłam go oczami i skórą pomimo makabry, o ile nawet widok tortur został tam przemieniony w doskonały obraz, o ile mogłam i powinnam była to zobaczyć, o tyle co za dużo to niezdrowo. Strzelanki z fontannami krwi przenoszą się do moich snów i tworzą – o zgrozo – wizje a MOJE wizje się zawsze sprawdzają. Jeśli w tajemniczy sposób tworzę świat wokół siebie, a tworzę – to oznacza, że muszę bardzo uważać na zawartość swojej głowy, bo potem mi się na moim własnym ekranie wyświetlają złe rzeczy. Cielę pakowane do bitki, pies powieszony w oknie za łapę (na szczęście łapie wróciło czucie), rana w mojej stopie, szwy, potworny zastrzyk w podbicie, Wickowe kopyta – oto jest żniwo wieczornej papki. Co posiejesz zbierzesz. Czy po to uciekłam od ludzi, żeby ich zastępować fikcyjnymi postaciami?  Dosyć. Nie oglądam już mięsa, nie wystarczy, że go nie jem, wystarczy, że sama nim jestem.

Zamiast myśleć, co jest jeszcze potrzebne- myśl, bez czego jeszcze możesz się obejść. Na tym i tylko na tym polega wolność.

We śnie, który był krótki Maciek znowu umierał, ile można??? Weź się do życia chłopie, bo mam już po kokardę twojej bladości, twojego piętna śmierci,  twoich zejść cholernych, obudź się, wciąż tutaj jestem, nie zniknęłam!

Wczorajszy widok dziewczynki w strasznym państwie aborygenów z końca wsi, gdzie anarchia, brud i pijana babka, gdzie krowy obsrajdane, zapomniane, smutne, gdzie ten cielak nieszczęsny w bitce, gdzie nie chciałabym przekroczyć progu, gdzie go nigdy nie przekroczyłam z obawy o to, co zobaczę – widok tej dziewczynki… Wyniosła sobie na to zasrane, kurze podwórko starą kołdrę i fikała koziołki. Wolność! Wolność jest w nas.

Susza, kolejny tydzień upałów. Zrobiłam pranie bez wody.

27. sierpnia 2015

Kiedy tak naprawdę żyję chwilą? Z pewnością wtedy, kiedy rysuję. Rysowanie, choć zabrać się do niego coraz trudniej – jednak mnie wciąga i zapominam o wszystkim łącznie z rysowaniem. Nie do przetłumaczenia, ale tak właśnie to działa. Czynność rysowania jest ostatnią rzeczą, jaką sobie uświadamiam rysując. Osławione „życie chwilą” obywa się bez zaplanowanych ruchów i bez świadomości tego, co się robi. Dlatego z tą świadomością, która ma nas zbliżyć do Boga to nie do końca prawda. Albo życie chwilą, albo kontrolowanie myśli, wybierajta. Są działania, które nas pochłaniają w całości, czas przestaje płynąć. We mnie przestaje, chociaż dookoła same katastrofy wskazujące na to, że jednak płynie – rosół się przypala w stodole, cała stodoła się pali, psy głodne zagryzają się nawzajem ( przesadziłam, ale warczą na siebie, albo niszczą nowe poduszki ), kurier porzucił paczkę i karma moknie na deszczu, a ja nic, a ja jeszcze cień, jeszcze kreseczka…

Druga chwila bezczasowa to jazda. Podobnie jak z zabraniem się do pracy, tutaj podobnie – zmuszam się do wyjścia z domu, nie chce mi się straszliwie ani siodłać, ani czyścić, ani się pakować w te spodnie jeździeckie brudne, nie lubię się schylać, zapinać czapsów, sznurować butów, późno się robi, może jutro, a jeszcze psy zamknąć, odwołać, nie daj boże jakaś lonża przed jazdą, więc sobie postanawiam, że tylko chwilkę pojeżdżę, że ulgowo, że zaraz będę z powrotem w domu, wykąpana i szczęśliwa. W końcu wyprowadzam kobyłę, wsiadam, gramolę się, trzaskają zastane lędźwie, podciągam popręg, stępuję i po 10 minutach tracę kontakt z rzeczywistością. Trening usuwa wszystkie myśli, jestem człowiekiem koniem, każdy ruch wynika z całości życia, z poprzedniego ruchu, z ruchu konia, z ruchu gałęzi, które zaszumiały, z mojej krwi i jego mięśni. Nie chce mi się zsiadać, chce mi się jeździć, jutro mogę znowu, jak to dobrze. Ale jutro znowu mi się tak strasznie nie chce…

30 sierpnia 2015

Umiejętność odczytywania wskazówek życia to nic innego jak świadomość własnego nastroju i znajdywanie połączeń pomiędzy emocją a hasłem w głowie, albo obrazem w oku.

W niedzielę będę miała gości, okropna perspektywa. Chcą zrobić zdjęcia reklamowe przy koniach. Muszę je wyprowadzić, przedtem wyczyścić, kto wie, czy nie osiodłać, dobry Boże, potem jeszcze kawa, ciasteczko, pogaduszki, najgorzej!  Stopień przerażenia wtargnięciem na teren mojego podwórka kogoś innego niż pan Rysio z widłami jest zastanawiający. Ta odraza do towarzystwa jakiegokolwiek, żeby to był Brad Pitt  z Ryanem Goslingiem– jest niezmienna. Codziennie rano i wieczorem, w każdej godzinie dnia, kiedy nikogo tutaj nie ma, cieszę, że nikogo tutaj nie ma.

Śnił mi się dzisiaj Maciek i teściowa. Siedziała z nami przy stole i robiła swoje wystudiowane miny oznaczające wszystko, tylko nie to, co naprawdę myśli. (Czy ona jeszcze wie, co naprawdę myśli??) Miny teatralne, zagadkowe, wydłużone i oznaczające tragedię, jaka ją niezasłużenie i niesprawiedliwie dotknęła. Niestety każda jej łza jest z mózgu, nie z oka. Każde swoje chlipnięcie liczy, słyszy i ocenia. Spazmy ze scenariusza, nic mnie to nie rusza. Odkąd ciotce biust wkręciło w magiel, nic mnie nie rusza w ogóle. Nawet w snach. Prócz nieszczęsnej teściowej był przy tym stole w zaświatach i mój nieśmiertelny mąż. Gadaliśmy swobodnie, nie zważając na popisy jego matki i widziałam, że zdrowy jest nareszcie, bo z chorobami się tam nie wędruje. Rozmowa była o nieśmiertelności właśnie. Dowodów dookoła aż nadto – powiedziałam. A on do matki – pogódź się nareszcie, nie z tym, że mnie nie ma, tylko z tym, że jestem! No i nie do przetłumaczenia.