Hologram z zaświatów.

Niedługo zacznę się obawiać o życie tych, którzy mi się śnią, a wciąż żyją, tylu mnie nawiedza nocą zmarłych. Ich wygląd i zachowanie nie wzbudza podejrzeń, są całkowicie prawdziwi i podobni do siebie. Wczoraj przyśnił mi się ojciec i poszliśmy do kina. Nie było to kino sensu stricto, albo też, jak przytomnie skonstatowałam– dawno nie byłam w kinie i wiele się od tego czasu zmieniło. Było to mianowicie coś w rodzaju kinoteki – rozstawione pod ścianami przytulne kanapy, bar w głębi, ludzie rozparci na tych kanapach z napojami na stolikach, albo z kubeczkami w rękach. Ojciec ubrany w granatową jesionkę z teczką, jakby prosto z pracy (uwaga, w teczce miewał nietoperze w formalinie) usiadł z nogą na nogę, a teczkę, wypchaną, ale świetnej jakości, skórzaną i elegancką postawił obok siebie opartą o biodro. Zajął razem z teczką tyle miejsca, że postanowiłam znaleźć dla siebie osobne i w końcu, jak to ja, usiadłam najbliżej wyjścia naprzeciwko ekranu. Potem zrozumiałam, że każda kanapa, pomimo ich rozstawienia – znajdowała się naprzeciwko ekranu, bo ekranów było więcej. Mogłam to zauważyć, albowiem światło pozostawało tylko przygaszone, żadnych tam ciemności właściwych projekcjom. To ja wybrałam film, bo chciałam ojcu zafundować rozrywkę sprawdzoną, chciałam, żeby się dobrze bawił. Znałam ów film niemal na pamięć, ale przecież nie ma to jak oczekiwanie na znajome sceny. Kiedy się zaczął, ludzie nie przestali rozmawiać i pogryzać czipsy. Ojciec też jakby nie do końca był skupiony na akcji, która się toczyła synchronicznie na wielu ekranach. Po chwili zauważyłam, że ekrany odbijają się w sześciokątnych lustrach ustawionych w zasięgu wzroku, obraz jest doskonale powielony i co dziwniejsze, dzieje się naprawdę. Scena z filmu rozgrywała się także u moich stóp, na podłodze wyłożonej pluszem. Skłóceni kochankowie w przedwojennych szlafrokach na przemian godzili się i obrzucali wyzwiskami podążając za swoją ekranową wersją. Ktoś musiał ich przekroczyć, żeby sobie przynieść pop corn z baru, ktoś inny zahaczył nogą o pasek szlafroka. Obraz był tak zwielokrotniony, że powiało nudą. Dłuższe pozostawanie na kanapach i patrzenie na ów dziwaczny hologram oznaczało stracone popołudnie. Ojciec wstał, wziął teczkę i zaproponował, żebyśmy poszli coś zjeść. Coś prawdziwego – dodał na koniec.

Na zdjęciu mój Tata w górach. Wtedy mnie nie było na świecie, a on był. Teraz odwrotnie. Kiedyś to się musi wyrównać.