Gąsawy czwarta rano.

Gąsawy nie Nowy Jork, ale czwarta rano. Stłukłam kieliszek, szkło z resztką soku rozprysnęło się koło łóżka, pozbierałam je od razu, żeby któryś pies nie przeciął sobie łapy. Też mam dwie stopy narażone na skaleczenie. Śniło mi się, że matka pobiegła na strych. Zobaczyłam ją na szczycie schodów, jak dzierży w rękach ogromne grabie, na które udało jej się nadziać całe wyschnięte pranie ze sznurków. Wyglądała jak wojownik ze zdobytą chorągwią. Ogłaszała swoje ostateczne zwycięstwo nad starością i niesprawnością, uśmiechnięta i wyprostowana. Zdjęłam sztywne płachty z wierzchołka grabi i zaczęłam je odruchowo składać do prasowania. Były gładkie, trochę tylko zagniecione przy brzegach. Pomyślałam, że obejdzie się bez żelazka. Wszystko, jak zawsze, działo się na Warmijskiej, tamtejsze schody są moją ikoną schodów. Widzę je zawsze pod tą nazwą. Przeraziłam się, że teraz, w pełni sprawna będzie wychodzić na górę, że zobaczy tam rzeczy ze swojego mieszkania, których zobaczyć nie powinna. Nie lubi pomysłu, że zostanie ze mną na zawsze. (Swoją drogą określenie „na zawsze” zawiera w sobie dowolną ilość dni, lat, wieków i godzin. Od jeden do nieskończoności, byle nie od zera.) Po odstawieniu ładunku zniknęła w naszym dawnym pokoju po prawej stronie sieni (ach ta sień na Warmijskiej,  jak tunel czasoprzestrzenny) i zamknęła za sobą drzwi. Światło na werandzie było zapalone. Usiłowałam sobie przypomnieć, gdzie się gasi. Po lewej stronie od wejścia, na wysokości górnej szybki w drzwiach zawsze były stopki i kable podłączone do puszki, obok tabliczka z napisem „Alarmowy aparat pożarny ul. Lea 103.” Ten napis zarówno we śnie jak i w życiu był dla mnie w równym stopniu oczywisty, co niepojęty. Obok tabliczki znalazłam dwa wyłączniki, zawsze tam były. Próbowałam obu, ale światło nie zgasło. Wtedy czyjaś ręka sięgnęła w prawo, w zupełnie inne miejsce i tam odnalazła właściwy kontakt. Dotknęła go i nastała ciemność.

Próbując zaświecić lampę na stoliku w Gąsawach potrąciłam kieliszek z sokiem, który się roztrzaskał na sto kawałków sekundę później, poszybowawszy lotem koszącym prosto w stronę krawędzi łóżka.