Białe krzesło.

Poczucie odrealnienia, zna ktoś takie? Czy tylko mnie dopada? Równość pomiędzy życiem a śmiercią, obie rzeczy wydają się abstrakcją, dla której nie warto się starać ani nie warto umierać. Ból głowy. Ból sztucznych zębów. Ból nieistniejącej duszy, zmęczenie. Zmęczenie zmęczeniem. Bezczynność, „niewykonabuł.” Nic mnie nie kręci. Nie nęci. Nie złości w sumie. Nie cieszy, to oczywiste. Motorek mam wyłączony a cisza tylko pogarsza sprawę. Każda opcja wydaje się niewarta kliknięcia. Zero zainteresowań. Serial science fiction wygląda na prawdziwy. Matka słaba, ma trzecią biegunkę w ciągu dziesięciu dni. Czasem się zastanawiam jak to możliwe, że ten cień niegdysiejszej smoczycy wciąż żyje. Prawie ją kocham, taką malutką, z rozwodnionymi oczami. Powoli zaczyna być przezroczysta, znika. Pewnego dnia zniknie, rozpoczęto odliczanie.

Kupiłam białe krzesło na starociach. Za oknem dwóch gości w siekącym deszczu wymienia bramę wjazdową. Chwilowo mam dwie bramy, starą i nową. Przestrzeń pomiędzy nimi to czas, który pozostał. Strefa przejścia.

I potem oni nie chcą się z tobą bawić. Tak bym skwitowała mój sen dzisiejszy.

Zgadza się, mam na dnie duszy sporo pogardy dla ludzi. Wczoraj Adaś odlotowiec, którego wysłałam z powrotem w kosmos, bo bardziej chciał zarabiać niż pracować – napisał mi elaborat i podsumował swoje żale tymi słowy – „Nauczyła mnie pani przyziemności”. Brzmi imponująco biorąc pod uwagę mój profil nauczania, jeśli już czegokolwiek nauczam, ale nie jego wina, że ktoś musi porąbać drzewo. Też bym chciała uciec od przyziemności chociaż na dwie godziny dziennie. On cały dzień chodzi w słuchawkach, zastawia telefon, żeby jechać na imprezę i zamierza zostać muzykiem eksperymentalnym, co nie zmienia faktu, że był potrzebny do rąbania klocków. Intelektualnie wystarczam sama sobie, ale machanie siekierą idzie mi coraz gorzej. Dlatego dobrze mu płaciłam za ową przyziemność. Nie pomogło. Zawalał, nie przychodził, więc stracił pracę i przyziemił z kretesem.

Nie lubię głupoty młodości, ale nie lubię też profesorskiego zadęcia i krakówka, a jeszcze bardziej mnie wkurwiają flancowani docenci ze Starachowic, Myślenic czy Kozienic. Tacy jak wczorajsza prelegentka na you tube – orientalistka, której się wydawało, że zabłyśnie elokwencją a stało się przeciwnie – podpadła. Komentarze dostała koszące. Zaiste srała żarem niemożebnie. Podochocona gremialnym hejtem dołączyłam i ja swoje zatrute strzały. Prawda jest taka, że masa inteligentów uważających się za wciąż niewystarczająco wygadanych, by się dzielić wiedzą w tego rodzaju formach przekazu- protestuje przeciwko radosnym występom bezkrytycznych wobec siebie wsioków szturmem zdobywających tytuły, które dzisiaj nie mają nawet wartości przedwojennej matury. Nowomowa w najkoszmarniejszym wydaniu została wychwycona i obśmiana, odetchnęłam. Co nie zmienia faktu, że z uniwersytetami i edukacją jesteśmy w dupie czarnej i nieprzebytej.

Aliści sen, który mnie nawiedził dzisiaj był jak kara za grzech wywyższenia. Śnił mi się Godfrey, jakże się ucieszyłam widząc go, pięknego i uśmiechniętego pośród garstki widzów obserwujących jakieś występy na nieokreślonym, nasłonecznionym placu nieokreślonego miasta. Pojawił się nareszcie po dłuższej nieobecności w mojej głowie. Siedział rozparty na jednym z krzeseł rozstawionych byle jak. Krzesła w większości były puste, kto ogląda spektakle w biały dzień?

Rzecz jasna nie przeszkodził mi fakt, że byłam tam z Maćkiem. Zostawiłam go i popędziłam do J. Jakiż był piękny w pełnym słońcu. Mało ludzi jest pięknych w pełnym słońcu. Wgramoliłam mu się na kolana i zaczęłam całować tę twarz idealną, zapisaną na wieczność w moich zmysłach czując, że wszystko zaraz się skończy, bo sen ma swoje diabelskie prawa. Nie bronił się, bo on się nigdy nie bronił. Był mój.

Potem jednak zeszliśmy do piwnic. Zrobiło się ciemno, pojawiła się jego odwieczna, szara narzeczona z matczynym instynktem i niewzruszoną, płaską twarzą. Co on w niej widział? Nic. Właśnie nic. Owo nic jest gwarancją świętego spokoju, ze mną go nie było, ze mną było zawsze COŚ. Coś to gwarantowany wysiłek, nic to gwarantowany luz. Z nią nie musiał pamiętać o swoich kompleksach, o ambicjach, których nie udało mu się spełnić do tego stopnia, że się zastrzelił. Nie znaczy, że go nie kochałam. Kochałam go z tymi kompleksami i ambicjami, ale wiedziałam o nich a on wiedział, że ja wiem.  Ona się tym nie zajmowała, nie była ani „urodzona”, ani „przeznaczona do lepszych celów”, nie znała skrótu N.R.S.W.P.I, była zwykłą, dobrą, poczciwą dziewczyną. I w tej piwnicy chciał być z nią, nie ze mną. Czekał, aż sobie pójdę. Mówiłam mu, żeby nie wracał do Paryża („nie chodź do Norymbergi”), że w Polsce jest teraz inaczej, że nie musi się przejmować, nikt go nie będzie rozliczał z zagranicznych sukcesów, nie słuchał. Ona nic nie mówiła, ona tylko była.

Ubrał płaszcz, odwrócił się i odchodził rozsuwając krzesła, ale stały tak ciasno, że musiał się na nie wdrapać, żeby przeskoczyć rząd. Wtedy zwróciłam uwagę na jego spodnie, nogawki miał całe połatane! Łaty były beżowe, mocno się odznaczały. Odchodził w połatanych spodniach. Powiedział, że zaraz idzie spać, że jutro wyjeżdża.

Ubrałam się i wyszłam, a kiedy się odwróciłam po raz ostatni okazało się, że zaczęli tańczyć. Impreza się rozkręciła beze mnie. On też zdjął płaszcz i tańczył sam na środku zadeptanej podłogi w piwnicy tego klubu, do którego nie należałam nigdy. Nigdy. I obudziłam się ze ściśniętym sercem.

Jebane piętno inteligenckich korzeni.

(Dla ciekawych, skrót NRSWPI – autorstwa J.Z. oznacza – „nie reprezentuje sobą wysokiego poziomu intelektualnego”. Znany w bardzo wąskich kręgach nigdy nie został opatentowany i nie wszedł na stałe do języka polskiego.)