Każdy by się chciał dobrze urodzić. Co najmniej zacnie albo przyzwoicie. Niestety tam się rodzimy, gdzie nas matka powije. Zawsze mi żal dzieci, skądinąd inteligentnych, skądinąd niewinnych, bywa, że urodziwych, dzieci co z porodówki w Piździlinku jadą ze skacowanym szwagrem, (bo ojciec jeszcze wypity), do prowincjonalnego piekiełka z kurami, charczącą babką, zimnym wychodkiem i psem na łańcuchu. Ich jedyną myślą w życiu, jeśli w ogóle wolna myśl ich najdzie – jest uciekać na zawsze i nie wracać nigdy. Mój pierwszy dzień na świecie tak nie wyglądał, ale dawał powód do niepokoju. Ojciec niósł mnie po schodach głową w dół. Był przerażony żyjątkiem ulepionym ze swojej genetycznej treści w sposób tak straszliwie dosłowny. Bał się odkryć pieluszkę, którą matka zakryła mi twarz w obawie przed zimnem, więc pomylił strony. Zamiast głowy zobaczył nagle maleńką stopę i w oczach mu zapewne pociemniało. Z założenia byłam potworkiem i oto miał potwierdzenie. Gorzej niż dwugłowa mogła być tylko czworonożna. Dziecko piesek!
Od początku wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak, chociaż nóg, jak się okazało, miałam dwie. Dorastając w pomieszczeniach wysokich na cztery i pół metra czułam się jak Alicja po wypiciu zmniejszającego trunku. Inne dzieci z łatwością otwierały drzwi, ja, żeby sięgnąć klamki, leciałam po stołeczek. Istniały zakazane miejsca, gdzie wchodzić nie było wolno, zamknięte pokoje i gigantyczny strych bez światła. Ciotka Retoryka zamiast Kopciuszka czytała nam na dobranoc „Świteź”. Moje biurko miało 150 lat. Nowoczesność ojca w połączeniu z konserwatyzmem ciotki dawała mieszankę wybuchową. Mieliśmy auto w garażu, ale w domu w górach nie było prądu. Dojechawszy na wakacje nowym Fordem Anglia, na kilka tygodni trzeba było się pożegnać z żarówką, radiem i wodą z kranu, a góralka Maryna prasowała nam sukienki używając żelazka z duszą. To wszystko działo się w latach 60 tych dwudziestego wieku i ani wieku wcześniej.
Moi rodzice poznali się w Tatrach jakoś niedługo po wyginięciu dinozaurów. Koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku wydaje się dzisiaj ponurą prehistorią, ale nic nie jest tak względne jak ponurość czasów. Demony wojny, mroki wielu dusz, trauma biedy, socjalizmu, ludzkich ułomności, kompleksów, niespokojnej inteligencji i panującej nad wszystkim ambicji to byłby najkrótszy opis zagrożeń, na jakie byli narażeni przedstawiciele powojennego pokolenia przekonanego, że ocalenie zobowiązuje. To właśnie czyniło ów pozornie ponury czas czasem odzyskanym. W Tatrach mogli mieć niewiele ponad dwadzieścia lat. Ojciec na zdjęciach nie jest łysy, stąd moje obliczenia. Każdy włos, który spadł z jego głowy sprawdza się jako metoda oznaczania wieku mniej więcej tak samo dobrze jak atom węgla 14C obecny w szczątkach organizmów żywych mających nie więcej niż 60 tysięcy lat. Ojciec z czupryną nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć. Pisząc o ojcu zawsze będę zahaczać o zwierzęta kopalne, bo kości porozrzucane na jego biurku nie należały przecież do pradziadka. Przywoził je z wykopalisk, miesiącami oczyszczał z piasku i porządkował a nierozpoznane wrzucał do ogromnej szuflady. Rozgarniałam je czasem pośpiesznie w nadziei za znalezienie zbłąkanego rodzynka w czekoladzie.
Podczas owej pamiętnej wycieczki do Doliny Kościeliskiej on był jeden a ich było dwie – moja matka i jej młodsza siostra, eteryczna pianistka Ewa K., która złamała palec grając na pianinie. Czy wielu pianistom się to przytrafia? Ja nie słyszałam o żadnym. Pianista to nie stolarz, który prosi o 5 piw pokazując 3 palce, bo resztę palców stracił na pile. Palce połamane na pasażach i oktawach były wyłączną specjalnością mojej ciotki. Specjalnością matki była architektura wnętrz, projektowała przedziwne meble, z którymi do dziś nie wiadomo co zrobić. Moja rozważna babcia – odpowiedzialna, pracowita i uporządkowana, babcia pracująca, z wykształcenia chemik – wydała na świat takie dziwne potomstwo. Powodem owego genetycznego wybryku w rodzinie o surowych tradycjach i ukształtowanych preferencjach była nieszczęsna chemia. Pokierowała bogu ducha winną Anną K. nie tylko w kwestii nieustannych przeprowadzek związanych ze zmianą miejsca pracy, ale także, najwyraźniej, przy wyborze ojca swoich dzieci. Ludwik, po którym zostało tylko jedno, niezbyt wyraźne zdjęcie, morfinista i oszołom – wysyłał jej wiersze Tuwima jako swoje, ale w domu bywał tylko po to, żeby odespać kolejną imprezę. Był ponoć niewiarygodnie inteligentny i łatwo popadał w skrajności, cokolwiek przez to rozumieć. Jego splątane DNA wprowadziło efekt nieustannego wrzenia w próbówce opisanej inicjałami naszych rodów. Odtąd nikt już nigdy normalny nie był a drzewo genealogiczne chwiało się na wszystkie strony targane coraz to inną, nieprzewidzianą wichurą. Biedny ojciec, dorastający w atmosferze cichych gabinetów pełnych naukowych prac i piętrzących się dookoła mądrych ksiąg został nagle wyrwany zza biurka mocą owej wichury w biały dzień w Dolinie Kościeliskiej. I pofrunął biedak.
Wybór pomiędzy artystką a pianistką to niewielki wybór. Wybrał artystkę po to, żebym się mogła począć i urodzić. I urodziłam się, ja nieszczęsna – z zestawem wykluczających się cech osobniczych, skazana na wieczne wahanie pomiędzy swoją uporządkowaną i nieuporządkowaną naturą. Sama się na świat nie prosiłam. Zostałam chamsko wydana mocą jakiegoś nieprzemyślanego dekretu i dowiem się po śmierci kto to podpisał.
Z całą pewnością nie patrzyłam na rodziców jak na ludzi. Mogli być równie dobrze hipopotamami albo dwugłowymi smokami, to bez znaczenia. Byli istotami o bardzo określonych właściwościach, ale nie byłabym w stanie opisać żadnego z nich w całości, składali się z wycinków zdarzeń, reakcji, obrazów, doznań. Rzecz jasna rozpoznaję ich teraz na starych fotografiach, ale obawiam się, że to sprawa podpisów dokonywanych białym atramentem wymyślonym na użytek czarnych albumów. Ojciec był duży, mógł więc być z powodzeniem dużym hipopotamem. Matka była zawsze blisko, gdzie się nie obejrzałam, dwugłowy smok tak właśnie potrafi. Wraz z postępem mojego rozwoju osiągnęli w końcu formę homo sapiens, ale nie wyglądali już tak ładnie, jak na starych zdjęciach i z każdym dniem mniej byli rodzicami a bardziej odrębnymi bytami. Na tym etapie zalecany jest reset i ponowne uruchomienie, w wyniku czego stajemy wobec siebie jako bliźni.
Przez 17 lat wspólnego życia ona twierdziła z uporem, że ptaszek Kiwi naprawdę nazywa się Kiwi Kiwi. Artysta jest trochę jak Pan Bóg, tworzy świat i nadaje rzeczom nazwy, a matka była artystką. Jednakże naukowiec to autorytet, od którego istnienie Pana Boga w dużym stopniu zależy, dla naukowca polemika z czymś tak nienaruszalnym jak nazwa – jest zakłócaniem ustalonego porządku rzeczy a porządek rzeczy to podstawa wszelkich nauk. Ładnie by to wyglądało, gdyby nagle w jakiejś wielkiej encyklopedii przyrody pojawiło się głupkowate Kiwi Kiwi autorstwa mojej matki. Niewinny początkowo spór osiągnął rozmiary trudne do wyobrażenia. Wzajemne żale miały swoje źródło w lekceważeniu świętych idei nauki i sztuki, do których nie mieli za grosz dystansu. Z małżeństwa została ruina. Czyli ja.
