Obudziły mnie kroki na schodach. Z przerażeniem zobaczyłam matkę. Przecież ona już prawie nie chodzi. Tymczasem stała przede mną pokonawszy 16 stopni, wyprostowana, z czarnymi włosami, ubrana w swoje etniczne ciuchy. Wyglądała zupełnie dobrze. Powiedziałabym, że najlepiej w życiu. Piękna, co tu dużo mówić, piękna. Cały żal, zmęczenie, gorycz, niepewność – zniknęły bez śladu. Jestem zdrowa! Zdrowa! Już się nie musisz o mnie martwić! – to oznajmiwszy zakręciła się na pięcie i zbiegła na dół. Wtedy do mnie dotarło, gdzie jestem i że muszę się jakoś obudzić. Niestety nie da się tego zrobić ot tak, na życzenie. Biegałam dookoła stołu, tupałam, krzyczałam, podrywałam się do góry, przefrunęłam nawet kawałek, wszystko na nic. Padłam na łóżko, straciłam siły. To pułapka. Budzisz się i dziękujesz za powrót do rzeczywistości, ale to dalej nie jest rzeczywistość. Próbujesz jeszcze raz, wielokrotnie, brniesz w coraz odleglejsze światy, a z każdym przeskokiem szanse na powrót maleją. W końcu postanawiasz podjąć jakieś normalne działanie. Ostatnim razem wyszłam na balkon mieszkania bez balkonu i usiadłam w słońcu. Jakoś poskutkowało. Teraz postanowiłam trochę pozwiedzać. W mrocznym hallu na ogromnym stole leżały splątane, czarne bebechy transformatora pozbawionego osłon. Migały pomarańczowe kontrolki przycisków pospinanych byle jak na kablach. Gdybym wiedziała jak to działa i gdzie co wetknąć – mogłabym wrócić. Ale nie wiedziałam. Zajrzałam do kilku pokoi, lubię nowe pokoje. Zabrałam się za przestawianie mebli, nie były w moim stylu. Potem zajrzałam do szafy. Na wieszakach wisiały jasnoróżowe sukienki. Też nie w moim stylu. Szafa ogromna, musiałam do niej wejść, żeby po nie sięgnąć. Wtedy się obudziłam. Obudziłam się, ale nie czułam nic, prócz grawitacji.
I znowu się udało! – mówił Maciek za każdym razem, kiedy karta przechodziła przez czytnik.
