(…) „I tak, jak w kole – im bliżej znajdujemy się środka, tym mniej znajdujemy ruchu – tak każda istota skończona, w miarę, jak zbliża się do uczestnictwa w boskiej (niewzruszonej) Naturze, staje się mniej podległa przeznaczeniu, które jest tylko ruchomym obrazem wiecznej Opatrzności” (…). – Boecjusz – z książki C.S. Levisa – Odrzucony Obraz.
15 listopada 2015 – Kraków
Matka w szpitalu, musiałam pojechać ją odebrać. Ciotka wyrodna, która zazwyczaj się nią zajmowała, też już na resztkach paliwa, ale nie przemówisz do tego pokolenia, z niczego nie zrezygnują dla zdrowia… najpierw wojna, potem komuna, każda kanapka z kiełbasą może być ostatnią, mają dość wyrzeczeń na całe życie. Więc jedzą te kiełbasy, palą papierochy i piją rytualne kawki z chrupiącymi ciastkami, a te ciastka z różowym kremem, dużo kremu, masa cukru, skwarki, słoninki, telewizor od świtu. Chomiki. Pokaszlują od nikotyny otłuszczone, niesprawne, w nieświeżych swetrach i kapciach z poszarzałym futerkiem. Położyły lagę na romanse, ale czy to człowieka zwalnia z samodyscypliny? Czy mu lustro nie pęknie na własny widok? Narzekają, że starość się panu Bogu nie udała… A Charlotte Rampling? Jane Fonda? Czasem mu się udaje? Jemu się udaje?
Jakie to uczucie, wstydzić się pokazać z własną matką? Dołujące, zaręczam. Teraz już nie mam z tym problemu, ale kiedyś tak. Ważyła 110 kilo i śmierdziała papierosami. To dzięki niej nie palę i nie tyję, wdzięczność moja nie zna granic.
Maciek tak bardzo chciał być stary, ja też chciałam, tu się zgadzaliśmy. Ciągle jeszcze nie jestem tak stara, jak chciałam. A on nigdy nie będzie stary, ale za to jest martwy. Chciałabym być martwa czasami, kiedy już zupełnie nie mam pomysłu na to, jak mieć spokój i dużo wolnego czasu. Nie wstawać co 15 minut, co 10 minut, co 5 minut, tak często, że nie ma sensu w ogóle siadać. Martwy już tylko leżysz. Nie wiesz, co to życie i nie chcesz wiedzieć.
Jest pułapka w zastępowaniu pana Boga, mowa o fundacji i pośpieszaniu na ratunek wszystkiemu, czego On uratować nie może. Nie może czy nie chce? Jest jeszcze jedna opcja – nie nadąża za tobą. Podświadomie przejmujesz jego rolę, jesteś lepsza, skuteczniejsza, dlatego masz prawo osądzać. Osądzasz sytuację, bliźniego, siebie i wtedy zaczyna być krzywo choćby dlatego, że On przecież nie osądza! Nie może osądzać, jeżeli kocha. Dobijając do Absolutu okazuje się, że nie osądzając – niczego nie muszę. Mogę siedzieć jak buddyjski mnich i patrzeć, jak drzewa rosną, bo przecież wszystko dobre jest. Bóg nas kocha żywych i martwych, złych i dobrych, cierpiących i uratowanych a wszystko dobre jest.
Wszelki los widziany od środka koła jest dobry i leczy – C.S. Levis – Odrzucony obraz – o Boecjuszu i jego obrazie koła Przeznaczenia i Opatrzności
Więc czego chcesz ode mnie Boże? Mam zabrać Gucia a zostawić Pucia? Kierować się sercem? Toż bym tu miała trzy schroniska na podwórku. Pieniędzmi? A fe! Swoimi siłami? Jak je zmierzyć ? Czym się kurwa kierować? Którego wybrać a którego zostawić. Gombrowiczowski dylemat żuczków. Nie ma odpowiedzi, nie ma kryteriów, czasem czuję, że nie ma w ogóle sensu. Lepiej czytać Mrożka i czekać na cud, dla mnie lepsze to niż siedzenie pod drzewem. Nie osądzać hycla, ani wsiura, co krowy okłada kijem, ani baby, co zwróciła psa z adopcji, nie osądzać. Osądzanie to pokusa, pokusa bycia jedynym sprawiedliwym. Pokusa przeglądania się w oczach tych, którzy cię nazywają zbawcą, aniołem i bohaterem. Pokusa ratowania na pokaz, nawet jeżeli to jest rzeczywiste ratowanie. Ale ono wtedy jest brudne, zakażone chwałą. Z tego wszystkiego pokusa kupienia sobie skarpetek za pieniądze fundacji wydaje się najmniejszym grzechem. W skarpetkach mnie puściła, to sobie chociaż skarpetki wymienię na nowe.
Mielibyśmy więc omówioną pokusę – pokusę skarpetek, etykietek, tytułów, pochwał, podziwu. A teraz lęki – równie szkodliwe i przyziemne. Lęk zadzierania z chamem i tępym wymiarem sprawiedliwości. Lęk posiadania wrogów i rozpatrywania ich racji – może ci, którzy mówią, że jestem nieodpowiedzialna, chodzi mi tylko o pieniądze, trzymam psy w hotelach, gdzie są kojce, (to już lepiej im było na wolności), układam się z hyclem, linczuję ludzi, którzy oddali szczeniaka z adopcji – może oni mają rację? Lęk jeszcze taki, że 56 psów to blisko 15 tys miesięcznie, których posiadania kompletnie nie mogę być pewna! Następny lęk, to mój osobisty lęk o utratę siebie. Że nie piszę, że przestaję być artystą, że zwariowałam.
No to taki poranek dzisiaj.
Listopad 16.2015.
Wracając do matki i ciotki. W gruncie rzeczy dzielne z nich kobiety. Popierdoliły wszystko, by ocalić swoją wolność i pasję. Umpapa! Żyją jak chcą. Wyglądają jak chcą. Mieszkają w zagraconych, ciasnych norkach. Nikomu nie muszą prać skarpetek (co ja z tymi skarpetkami??) Tak naprawdę je podziwiam, chociaż wolę to robić z odległości jednego metra.
W matczynej dziupli masa rzeczy, rzeczy nagromadzonych, napiętrzonych w każdym kącie, w każdej wolnej dziurce, na półeczce, stoliczku, w słoiczku z przyschniętą przykryweczką. Chodziłam i myślałam, że będę to wszystko wyrzucać. Że przez pomyłkę wyrzucę coś cennego. Pamiąteczki, laleczki, dzbanuszki, garnuszki- oblepione syfem, uduszone dymem. W lodówce stalaktyty i stalagmity, woń kiełbasy, obiadowe smrodki, od których dostaję mdłości. Dywan zadeptany, jak w mongolskiej jurcie. Szczelnie wygłuszone wnętrze. Szmaty pochłaniające dźwięki, słowa grzęzną w narzutach, poduszkach i futerkach, akustyka spod pierzyny. Dym z papierosów zebrany pod sufitem jak w kurnej chacie. Dym nie ziębi, na tym w końcu kurna chata polega, że zawiesina w powietrzu działa jak styropian w murze. Od smrodu nikt nie umarł a od zimna niejeden, jak wiadomo.
Ja jednak kocham zimę. Nigdy bym nie pojechała na urlop w tropiki. Pensjonat na wrzosowiskach w dalekiej Szkocji – to jest propozycja dla mnie.
17 listopad 2015 wieczorem.
Śmierć chodzi koło domu i strzela gałęziami… Pierwszy raz zobaczyłam matkę tak starą. Patyczki nogi, oczy zapadnięte, ręce przezroczyste, poskręcane… Przestrach w jej oczach to coś nowego. Dotychczas bała się tylko latać samolotem. Na szczęście nie zdarzało się to często. Teraz, w Krakowie miałam przed sobą człowieka rozsypanego, w mieszkaniu stosy rzeczy, których ciągle nie ma czasu „posegregować”. Nie wyrzucisz dziś – wyrzucisz za 5 lat – ojciec tak mówił i została po nim nieznośna pustka. Po matce będzie cały lumpeks i dwie Cepelie. Jej rzeczy już są martwe i zmatowiałe od brudu, nie byłam w stanie zjeść kawałka bułki, wypiłam kawę z kubka byle jak opłukanego wodą, jak w okopach. Kiedyś Europa oznaczała dla mnie dżinsy pachnące proszkiem do prania. Papierosy, krakówek, namiętność do jarmarku, inteligencki, artystyczny smrodek kontra czyste dżinsy. Odporność na brud była wysoka w komunie, matka nie była osamotniona, nie tylko ona dała się złapać w tę lepką pajęczynę. Pamiętam mieszkania wielkich profesorów, pisarzy, doktorów, filozofów, wszędzie wypicie herbaty było ryzykowne. Mieszkanie Filipowicza, kiedy mi wręczono pierwszą i ostatnią nagrodę literacką. Brrr. Porcelana to nie wszystko. Potrzebny jest jeszcze płyn do naczyń i wiadro z mopem.
Do domu wróciłam jak zawsze przesiąknięta kisem, którym zalatywały moje rzeczy, także te schowane w torbie podróżnej. Wszystko wrzuciłam do prania. Żebym się nie poczuła zwycięzcą w pojedynku na higienę Fuga zasrała kuchnię. Dzień na dodatek jest szary, dziwny, chora pogoda, zatrute słońce. Mimo to wolę jedno psie gówno z rana niż lata niedomytych kubeczków. Wstałam jak ping pong o siódmej i rozmyślam nad snem o Godfreju.
Listopad 19. – sen o Godfreyu.
Jak mantrę powtarzał – muszę to, muszę tamo. Z uśmiechem trochę smutnym, że tak bardzo musi. I rozpacz moja, sceny, których nigdy nie było w życiu, a jednak uparcie powracają we śnie. Uparcie powracają – jakiż to wyświechtany zwrot. Nie wiem czy uparcie, ale chyba uparcie, żeby do mnie dotarło coś, co i tak nie dotrze, dopóki nie umrę. Śmierć chodzi koło domu i strzela gałęziami.
W Krakowie pojechałam też z wizytą do A W. Mieszka w zimnym, nieposprzątanym betonowym bunkrze, w którym każda rzecz ma cenę. Tanio nie było. Wszędzie wielkie, błyszczące kafle, jak w masarni, albo w szpitalu. Albo w Algierii, gdzie każdy sposób na obniżenie temperatury jest dobry. Ale w zimnym, mokrym, zakichanym i przeziębionym mieście w Polsce? Uciekałam stamtąd, żeby zdążyć, zanim mnie dopadnie smętek. Smętek nierozmawiających ze sobą małżeństw, chłodu, bezdomności w luksusowym wnętrzu. Do takiego domu się nie wraca, żeby w nim być, tylko żeby przetrwać noc. Jeden pokój nigdy nie został urządzony, taka graciarnia. Nie ma strychu, więc jest pokój graciarnia.
Gdzie ja już widziałam taki dom? Ach, widziałam wielokrotnie. Na przykład wielki, naprawdę ogromny, zimny dom Małgośki P. Ona sama nieszczęśliwa, pod jednym dachem z człowiekiem o byczym karku, którego nienawidziła. Płacił jej za każdy uśmiech. Słono. Chociaż czasem nie wytrzymywał i ją bił. Za bicie też płacił. Dom pusty w środku, jak kościół. Połowę ogromnej przestrzeni hallu czy też salonu zajmowało kino domowe. Nigdy nie widziałam telewizora takich rozmiarów. Na ekranie pamiętam scenę z filmu Cela – koń posiekany na plasterki jak cytryna albo jajko. Zanim się rozleciał zmienili kadr. Naprzeciwko kina zaczynały się strome, kręcone, kamienne schody bez poręczy. Czułam się nieswojo idąc do pokoiku wielkości dziupli, gdzie mi pościelono pod skosem. Nie było tam okna, taki schowek. Po przeprowadzce wrzucili do niego wszystkie książki, dlatego wybrałam to miejsce. Nie mogłam zasnąć – krzyki, odgłosy kłótni niosły się echem po tych kamiennych murach – zmieszane z kinem domowym i trudne do oddzielenia. Na wszelki wypadek całą noc nie wyszłam się wysikać.
24 listopad 2015.
Starość, zmęczenie i do tego jeszcze fundacja. Przede mną brak perspektyw. Czyli nic. Nic to najlepsza perspektywa, zero zmartwień. Z nicości ponoć najwięcej się rodzi. Jeśli coś powstaje z czegoś, to jest tylko przemiana, przepoczwarzanie. Prawdziwie nowe powstaje z nicości. Na tym opieram całą moją filozofię życia, fundacji, finansów. Zasada ostatnich dziesięciu złotych, zasada odbijania się od dna, zasada pustego placu, pola czystej świadomości, niezagracania się, powrotu do źródeł, całkowitego bezruchu, niedziałania i tym podobnych historii. Wszystko co ma POWSTAĆ a nie bezustannie się odnawiać – musi powstawać od zera. Od środka koła.
Czytam okrzyknięte bełkotem wywody gościa, który uznał, że nicość negując samą siebie stworzyła wielki wybuch (i Beatlesów). Mnie to przekonuje. Najwięcej dzieje się w próżni – twierdzą fizycy kwantowi. Świat jest wynikiem negacji nicości. Każda idea, myśl, rzecz, życie nareszcie – istnieje jako zaprzeczenie nicości, wymaga nicości by powstać. Nicość jest dla mnie kluczem, bogiem, życiem i źródłem istnienia wszystkiego, ponieważ istniejąc przeczy samej sobie a nie istniejąc – tym bardziej. Nie ma na nią mocnych. Świat jest wynikiem paradoksu i paradoks jest jego sednem, każdy mistyk to wie. Po prostu wie. Na tym polega mistycyzm – że się nagle wie. Wiara nie jest mocną stroną mistyków.
Chociaż wiedzieć nie jest do końca fajnie. Pamiętam czas, kiedy dalsza egzystencja wydawała mi się pozbawiona sensu, bo wiedziałam wszystko. Wszystko stało się jasne i proste. Bez szukania, pytania, ciekawości, drążenia problemów po co żyć dalej? Chciałam umrzeć i nie miało to nic wspólnego z depresją.
„Wieczność jest rzeczywistą i pozaczasową realizacją nieograniczonego życia” – C.S. Levis – Odrzucony Obraz – Boecjusz.
Miałam masę snów, które pamiętam ze szczegółami, bo były o wiele ciekawsze, niż życie. Śniło mi się na przykład, że uderzam stopą w skorupę ziemską i cała ta kula, na której stoję odwraca się jak nadepnięta piłka. Oceany zaraz się wyleją, więc ostrzegam swoje dzieci, żeby szybko odstawiły kubeczki z herbatką. Mogłyby się poparzyć, kiedy wszyscy staniemy na głowie. Kubeczki były ważniejsze niż możliwość zawalenia się Manhattanu. Co, jak wiadomo – nastąpiło. Odwróciło się wszystko, oprócz mnie. Obudziłam się, będąc pewna, że świat do góry nogami jest jedynym prawdziwym, ale tylko ja to widzę.
„Jeśli tylko znajdujesz się blisko centrum, jeśli bardziej uczestniczysz w Opatrzności a mniej cierpisz od Przeznaczenia- w twoich własnych spoczywa to rękach tworzyć los, jaki ci się podoba.” – o filozofii Boecjusza – C.S. Levis – Odrzucony Obraz.
Są ludzie, którzy nigdy nie ujrzeli zera, bo żyją i nie trawią, nie trawią, więc im zalega. Jeśli nieustannie dokładamy a nie pożytkujemy, jesteśmy pozbawieni startu, lub restartu, jesteśmy magazynem obcych odpadów. Pokojem graciarnią.
Kiedy się zamienię w jedną z tych wariatek z face booka, której życie sprowadza się do jednego wymiaru – wymiaru niesprawiedliwości – pójdzie się jebać moje objawienie. A bez kontaktu z bazą – nie będę umiała dalej żyć. Więc godzę się na wszystko, nie przejmuję się brakiem kasy, niech żyje zero wysiłku i mądrość niedziałania.
29 listopad 2015
Ponoć jedno zdanie ze świętej księgi potrafi człowieka nawrócić . Miałam takie zdanie – „powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Gorzej, że nie pamiętam, jakie to było słowo. Ważne, że stało się ciałem. Moim oczywiście. O to chodziło. Usłyszałam słowo, które stało się mną. Jakoś tak. Ależ bredzę, dobrze, że zniszczyłam setki stron podobnie bełkotliwych stwierdzeń przeznaczonych wyłącznie do użytku wewnętrznego.
Stan permanentnego odlotu bez grama używki to jednak nie było takie nic. Mimo to bez zastanowienia spaliłam teczki pełne wyznań na miarę Jana od Krzyża ocaliwszy zaledwie kilka zdań. Prawda jest straszliwie prosta. Tyle, że niewypowiadalna. Jak opisać wrażenie, że świat to prawdopodobnie moje dzieło, tak cholernie wydaje mi się znajomy.
Tego rodzaju bydlęcy zachwyt na bazie wszechwiedzy nie może trwać wiecznie. Śmierć nie nadchodzi, a życie nie rusza z miejsca. Filozof śpi w beczce jak szczęśliwe niemowlę albo kiszony ogórek. Jak długo można się kisić? Kto wytrzyma trzydzieści lat w bezruchu zadowalając się swoim spełnionym umysłem. Nie da się żyć dla siebie, można jeszcze dla innych. Na wielkim zegarze wskazówka minimalnie drgnęła wskazując czarną godzinę.
W skali kosmosu drgnienie niezauważalne. W mojej skali mamy to, co teraz mamy. Płynie we mnie rzeka psich cierpień, bardzo rwąca. Jeśli Bóg cierpi niewyobrażalnie cierpieniem wszystkich istot żywych, to właśnie jestem bogiem. Mam przejebane. Mogę sobie powspominać moje duchowe odloty jak babcia pierwszy seks. Mam przejebane.
