Dzień Ojca – fragment 3.

Pamiętam jego nogę. Moja pamięć sięga wspomnienia, kiedy stałam przy tej nodze opakowanej w nogawkę ciemnych, garniturowych spodni i ręką oplatałam kolano, jak kolumnę gmachu o nazwie ojciec. On witał w korytarzu jakiegoś ważnego gościa a ja zamiast dygnąć i wrócić do swojego pokoju, jak to mają w zwyczaju grzeczne dziewczynki – tkwiłam nieruchomo pomiędzy jedną a drugą zaprasowaną kantką nie zważając na rozpaczliwe próby wyciśnięcia mnie lub wytrząśnięcia na zewnątrz bez udziału rąk zajętych zamykaniem drzwi, wskazywaniem drogi i odbieraniem płaszczy. Na koniec głośno wołał – Jezus Maria dziecko! Przestańże już!- co znaczyło, że się poddaje, że już nie ma siły walczyć i szanuje mój sprzeciw wobec wtargnięcia obcych na nasz prywatny teren.

Nogi w garniturowych nogawkach pamiętam także jako most, na który wolno było mi się wdrapać, kiedy je opierał o krzesło siedząc na swoim profesorskim tronie w swoim profesorskim gabinecie. Stała tam przeszklona stara szafa, w której trzymał zakręcone wódki z całego świata i rodzynki w czekoladzie. Zdobywałam most i dostawałam rodzynka.

Wódki przetrwałyby zapewne w stanie nienaruszonym do czasu wynalezienia internetu, telefonii komórkowej, filmów w 3d, ekranów dotykowych i kart zbliżeniowych, gdyby nie impreza zorganizowana w latach 70-tych ubiegłego wieku, kiedy nogi mojego ojca zaniosły go gdzieś daleko na drugą półkulę. Na pierwszej w tym czasie trwała urodzinowa potańcówka. Świt zastał mnie pogrążoną w żałobie nad otwartą szafą, w której walały się puste butelki po niezwykłych okazach alkoholi z jedynej nienaukowej gabloty w sanktuarium paleontologa. Zawarte w nich przedziwne trunki mogły się okazać nie do przełknięcia w sytuacji standardowego jubileuszu lub jako poczęstunek po ważnym kongresie, ale przynajmniej zostałyby zauważone. Niestety – skończyły marnie, rozpuszczone z wodą i sokiem malinowym w gardłach rozwrzeszczanych małolatów.

Tak oto głód alkoholowy pokonał głód wiedzy, bo kiedy impreza gaśnie, ratowanie jej przed ostatecznym zgonem jest rzeczą świętą. Chrystus w Kanie Galilejskiej zrobiłby to samo. Gdyby miał obok rzeczoną szafę nie musiałby cudować z wodą. To właśnie usiłowałam ojcu wytłumaczyć, kiedy po powrocie gorzko zapłakał na widok pustego baru. „Bar wzięty” – westchnął używając cytatu ze swojej ulubionej książki, którą i ja znałam na pamięć. Podobnie jak kilka innych książek, które nie potrzebowały e-booka, bo zdania wyświetlały się samoistnie po wewnętrznej stronie czoła.

Miałam 14 lat, a on już prawie z nami nie mieszkał. O rozwodzie rodziców mi nikt nie powiedział w ramach ukrywania przed dziećmi najważniejszych faktów z ich własnego życia. W poczuciu winy, które go zżerało pozwalał mi na wiele więcej, niż mogłam się spodziewać grzesząc nieposłuszeństwem.  Nigdy zresztą nie wzbudzał we mnie nawet najlżejszej obawy, robił się bezbronny na mój widok i w ogóle na samą myśl o mnie.

Jedna z opróżnionych wódek miała w środku prawdziwego węża, który opadł zwinięty na dno butelki, w innej pływało ponoć prawdziwe złoto w postaci drobniutkiego piasku. Przywoził te specjały z egzotycznych wypraw i traktował jak eksponaty, a szacunek do eksponatów był w naszym domu bezwzględny, eksponat to był obiekt chroniony i wymagający specjalnego traktowania, jak w kościele monstrancja. Ojciec miał prawo się wściec i ten gniew by mnie otrzeźwił. Ale on zachowywał jak grzesznik, który zgrzeszył czymś znacznie gorszym, niż nieposłuszeństwo. Kara nigdy nie została wymierzona, a odpowiedzialność rozłożona na połowę klasy zmalała praktycznie do zera.

Chrystus robił wiele ciekawych rzeczy, namiętnie dyskutował, popijał i czarował. Ale skończył marnie, porzuciwszy swoją potęgę na rzecz ofiary z własnego ciała. Zrobił to ratując nas przed gniewem Ojca! Tego makabrycznego odkrycia dokonałam na okoliczność wyżej opisanych wydarzeń skonfrontowanych z przerażająco dokładnym opisem męki pańskiej i komentarzem do niej autorstwa naszego spoconego katechety podczas nieobowiązkowych lekcji religii w podziemiach kina Maskotka. Mój własny ojciec na pewno by sobie nie życzył, żebym pewnego dnia zawisła na krzyżu celem uratowania kolegów, którzy wzięli bar. Kiedy to do mnie dotarło poczułam wdzięczność i ulgę. Postanowiłam też skończyć z chodzeniem do kościoła i zostać ateistką. Za późno! Jako ochrzczona, poddana pierwszej komunii i o zgrozo – wybierzmowana – robiłam za martwą rybę w sieci ksiąg parafialnych, w których wciąż jest miejsce na moją datę śmierci i wypisany bilet do piekła na wypadek dezercji przed ostatnim namaszczeniem.

Bierzmowanie to był gwóźdź do trumny mojej wierności kościołowi. Nie pamiętam, co sobie wtedy myślałam, ale chyba po prostu zwolniłam się z myślenia. Tysiące ludzi zwalnia się z myślenia żyjąc zgodnie z kalendarzem liturgicznym i dane mi było wtedy poczuć to samo – obojętność wobec obrzędu i płytkość traktowania jego znaczeń. Czułam to, co czuje baran w stadzie innych, identycznych baranów. Zwalniającą z wszelkiej refleksji przynależność. Człowiek bez przynależności jest albo sobą, albo nikim. Czy nie wygodniej być po prostu katolikiem? Co trzeba robić, żeby być katolikiem? Nic nie trzeba robić. Nie trzeba nawet wierzyć w Boga, wystarczy chrzest, komunia, bierzmowanie i ślub kościelny. Dużo więcej inicjatywy i determinacji potrzeba, żeby katolikiem nie być. Przede wszystkim należy jednak poznać wroga.  

W tym celu przeczytałam Nowy Testament. Podobnie jak książki Denikena traktował   o kontaktach pozaziemskich i ich wpływie na rozwój ludzkości. Zbieżności, które wydawały mi się warte odnotowania zawarłam w długim elaboracie na temat wtajemniczenia Chrystusa, próbując go jednak jakoś z powrotem uczłowieczyć. Bardzo to było nieporadne, ale pamiętam, jak mnie porwało i jak nie mogłam odejść od biurka. Koniec końców poczułam się jak heretyk. Bycie heretykiem prześladowało mnie przez połowę życia. A co mają powiedzieć ludzie z katolickich domów? Mój dom nigdy nie był katolicki, mój dom był domem nauki. Wuj grywał kiedyś w karty z proboszczem, tyle mieliśmy wspólnego z religią. Etnograficzna pasja ciotki sprawiała, że cały kościół był eksponatem a obrzędy zjawiskiem objętym programem badań naukowych. Zwyczaje wielkanocne na Orawie miały dla niej tę samą wartość poznawczą co dla ojca taniec godowy szympansów. A jednak wystarczyło kilka lat indoktrynacji człowieka w sutannie, który dzieci ze szkoły podstawowej straszył piekłem, pokazywał dziury w kończynach mesjasza i rysował na tablicy trójkąt z okiem pośrodku i wychodzącymi z niego promieniami, żebym przez 40 lat nie mogła się pozbyć poczucia winy za mój sprzeciw wobec dogmatów. Pisząc to prawie czuję zapach siarki.

Chrystusa nie pamiętam inaczej, jak frasobliwego. We wspomnianym ciemnym przedpokoju, gdzie uczepiona ojcowych spodni nie dawałam za wygraną, na półce przeznaczonej na okrycia głowy (chyba dla koszykarzy, bo pod samym sufitem) – stała niezwykła kolekcja świątków. Miały sporą wartość i nabierają jej z każdym rokiem, bo były konkretnego autorstwa. Wystrugał je w drewnie niejaki Jędrzej Wowro – najbardziej chyba znany polski rzeźbiarz ludowy, analfabeta z Gorzenia. Nie mam pojęcia w jaki sposób tak ogromna ilość bezcennych rzeźb znalazła się w posiadaniu naszej rodziny, ale mnie one, podobnie jak pozostałe, zapamiętane z domu dzieła sztuki – niezmiennie przerażały.  Motyw Ogrójca był jeszcze paskudniejszy niż sam krzyż, bo przecież na tym etapie zwykle można się jeszcze wycofać, ewentualnie uzyskać pomoc. To także idealna okazja do  uruchomienia super mocy. Punkt kulminacyjny większości mitów zawiera w sobie tego rodzaju zwrot akcji. Świątki Wowry odbierały wszelką nadzieję, mina Chrystusa była jednoznaczna. Pełna zgoda na nadciągający koszmar. Stąd być może we mnie taka niechęć do sztuki ludowej, którą moja matka namiętnie zbierała i stąd być może moja niechęć do matki. Ojciec się nie upierał przy Jezuskach i drewnianych ptaszkach, wolał suszone nietoperze przybite za skrzydła do styropianu i szkielety myszy kopalnych.

W świecie odartym ze złudzeń, który cechuje naukowy punkt widzenia brakowało mi niewiadomej, elementu boskiego, jednak w żadnym razie nie mogły to być świętości wystrugane z drzewa i pomalowane w kwiatki, ani tym bardziej makabryczne historie z podziemia kina Maskotka. Brakowało mi czegoś pośredniego, czegoś pomiędzy wiedzą a urojeniem. Być może po prostu brakowało mi tlenu.