Dziennik 2015 – grudniowe rocznice i inne klęski.

1 grudnia 2015.

Skąd u licha pierwszy grudnia, kiedy dopiero co był 1 sierpnia? Nikt czasu na upływaniu nie nakryje, a jedyne co nam naprawdę pozwala zatrzymać uwagę na teraźniejszości to cierpienie. Ono łatwo nie mija. Natura tak to skonstruowała, że nie widzimy, jak coś rośnie albo maleje, jak rozkwita albo więdnie, widzimy tylko znikanie – śmierć, ścięcie drzewa, wypadek samochodowy. Szczęśliwi nie mamy świadomości, że właśnie trwa szczęście, ale bolący ząb potrafi sprawić, że każda minuta równa się godzinie.

W młodości boli nas dusza, na starość ciało. Mam pod stopą wciąż ten sam dziwny odcisk, zgrubienie, pomimo wycięcia i zszycia z potwornie bolesnym zastrzykiem znieczulającym – odnowił się i przeszkadza, jakbym wciąż nosiła kamień w bucie. Kichy już też nie pracują, jak kiedyś, noga cierpnie po dłuższych trasach, łeb napierdala po kieliszku wina, jest się sękatym, sztywnym, zeschłym.   

Z dwojga złego wolę być zasuszona niż rozpaćkana. Pilnuję się, żeby nie obrastać w rzeczy. Świat może mi się zawężać, ale nie zagracać. Idealna starość to starość mojej babci. Jednej i drugiej zresztą, obydwie miałam doskonale ogarnięte. Starość mojej matki i ciotki jest nie do przyjęcia, chociaż matka przynajmniej nie żyje w kokonie fatalizmu, samotności i niezrozumienia. Ciotka zawsze „znała życie” i wszystkie tragedie świata były jej bliższe niż prosta przyzwoitość wobec najbliższej rodziny. Śniła mi się ze złotym, bardzo drogim zegarkiem. Mocno zaciśniętym na ręce. Nie podzieliła się zegarkiem, bo zegarek można albo oddać, albo zachować, podzielić się nim nie da. Z tego założenia wychodzi większość osób, które wolą mieć niż dać.

Co nie znaczy, że należy rozdać wszystko co się ma.  A ja aktualnie rozdałam wszystko co miałam, nie mam kurwa znowu nic. Założyłam fundację i uratowałam 200 psów zamiast stanąć na nogi.  Nie mam poczucia, że się narobiłam, bo na tym polega komfort dawania. Daje się łatwo, zdobywa z trudem.

Usiłuję sobie odtworzyć niegdysiejsze odczucie, że świat jest moją prywatną sceną, na której każda rzecz się dostraja do znanego mi scenariusza. Że cała natura jest symbolem ducha, jak odkrył Paul Claudel, niezły wariat. Ikoną Boga, jak mówił Nowosielski, też wariat co się zowie. Ale rzeczywistość mnie wciągnęła, marzę o tym, żeby przed śmiercią poczuć ową przynależność do wieczności, która pozwoliła Swedenborgowi umierać „jakby przechodził z pokoju do pokoju”.

Czymże jest wiara w Boga, jeśli nie wiarą w sens wszystkiego? W sens życia i sens śmierci, tym jest wiara. Ale wiara to za mało, chodzi o głębokie przekonanie poparte prywatnymi, acz niezbitymi dowodami. Te dowody zapierają dech w piersiach. Potrafiłam przysiąść ze zdziwienia na środku ulicy. Tak to jakoś było w czasach, kiedym chodziła po Krakowie niczym prorok bez ambony…

Pojeżdżę dzisiaj, grudzień, piękna pogoda, psy się ganiają po ogrodzie, koń wyczyszczony.

Z moim byłym mężem zrobiono wywiad i w tym wywiadzie to ja osiągnęłam sukces. Powiedział mianowicie, że jest człowiekiem szczęśliwym. Wcześniej tak nie mówił. Moje słynne odejście okazało się dla niego także manewrem wielce pożytecznym i posiadającym błogosławieństwo sił wyższych. I możecie mi teraz wszyscy skoczyć na pędzel.

6 grudnia 2015

Mikołaj, nasza pierwsza randka z Maćkiem była w Mikołaja. Randka to słowo, które utrzymało się wyłącznie dzięki telewizji. Wyprute z romantycznych uczuć, bo romantyczne uczucia można znaleźć już tylko w książkach od polskiego i zestawach pytań do egzaminów gimnazjalnych. Ale to było rzeczywiście coś na kształt randki, w każdym razie pod względem tak zwanej tremy i wysiłku włożonego w nieokazanie powyższej. Czyli randka na całego. Kto by wtedy pomyślał, że nam się czas kończy? Że to początek odliczania?

Psy wyją, wiosna, jedzie karetka, ktoś nie dożył końca roku. Wczoraj obejrzałam po raz kolejny „Wanilię sky” , dobry film. Tylko te panny już takie nienaturalnie piękne, takie od świtu odpierdolone. Dzisiejsze filmy już tak nie ubierają postaci, spod igły. Przyszła zapowiadana przeze mnie moda na swetry z Matriksa. Ale nie o tym chciałam pisać, zawsze piszę nie o tym o czym chciałam, zawsze mam za mało czasu na pisanie, zawsze chcę robić jeszcze sto innych równie emocjonujących rzeczy, zawsze coś mi przeszkadza, zawsze mam za dużo obowiązków, zawsze za mało dnia, za krótkie życie, ech.

O ile malarze mogą mieć kłopot z utrzymywaniem się z malarstwa, o tyle pisarze wydają mi się zupełnie pozbawieni środków do życia, jeśli tylko i wyłącznie piszą. A przecież pisanie to życie. Moje życie jest pisaniem. Żyję po to, żeby pisać.

Apropos Wanilia sky – to oczywiste, że świat jest tylko światem w mojej głowie. Przynajmniej ten świat, który znam i widzę dookoła. W innej głowie może wyglądać zupełnie inaczej, na przykład kolor, który ja nazywam niebieskim – dla kogoś jest zielony. Solipsyzm to coś, co mnie będzie prześladować do końca życia. Pamiętam rozmowę z ojcem, miałam może 10 lat, staliśmy przed domem na Warmijskiej i coś wskazałam palcem – może kwitnący migdałek, a może doniczki na werandzie i on wtedy powiedział – skąd wiesz, że ja widzę to samo co ty? A może dla mnie zielone jest czerwone? Jak to sprawdzisz nie będąc mną? Będziemy się zawsze zgadzać, że coś jest zielone, ale to nie zmienia faktu, że twoje zielone to moje czerwone. Możliwe, że na świecie jesteś tylko Ty. Wszystko dookoła jest twoim prywatnym światem. Nie istnieje samo dla siebie. Zastanawiałaś się kiedyś na tym? Nie ma żadnego dowodu, że jest nas tutaj dwoje.

Cała filozofia się nad tym zastanawia. Wittgenstein zdaje się, był najbliżej udowodnienia, że inni ludzie nie są tylko złudzeniem, ale Einstein by tego nie poparł.

Kiedyś w Saltzburgu, gdzie mnie życie zaniosło w ramach tego, jak bardzo byłam zdeterminowana na sukces w malarstwie, no więc w nieszczęsnym Saltzburgu, w skwarze południa, czekając na kogoś, kto chciał zamówić kolejny portret postanowiłam przyjąć zasadę, że wszyscy ludzie są ładni. Okoliczności wydawały się sprzyjające – piękne miasteczko, zimne piwo i podstawki z Mozartem. W cieniu parasola, też z Mozartem – podjęłam wysiłek mający na celu odkrycie piękna w każdym człowieku. Zaczęłam od grubej, spoconej baby z aparatem fotograficznym i dyndającą na brzuchu kwiecistą pedałówką wypchaną folderami. Pomyślałam o Rubensie i sześciu wiekach ideału kobiety w malarstwie. Od razu lepiej. Potem był pryszczaty koleś z owłosionymi nogami w rozdeptanych klapkach. Wyobraziłam sobie, że ma potwornie cięty dowcip i jest znaną gwiazdą kina ukrywającą się w takiej stylizacji, żeby móc przejść spokojnie zatłoczoną ulicą. W sumie możliwa opcja.

Następna była zwalista Niemra z mocno zarysowaną szczęką, typ znany mi doskonale z czasów, kiedy zarabiałam portretami pod Centrum Pompidou. Ileż ja przerobiłam tych tlenionych kobył z grubymi nogami. I jak bardzo musiałam się natrudzić, żeby choć na chwilę domknęły usta. Tę, która właśnie zajmowała sąsiedni stolik próbowałam zobaczyć w pierwszej scenie filmu, kiedy widzowie jeszcze nie rozumieją, że to właśnie ona jest główną postacią. Film się rozkręca i ogniskuje wokół jej osoby, jej gestów, uśmiechów, emocji. W ostatniej scenie, dwie godziny później – dziesięć rzędów ludzi przed ekranem uznaje ją za niekwestionowaną gwiazdę. Kanony piękna przestają być ważne, ważna jest ona sama. Moja Niemra.  Bez grama retuszu zrobiła się z niej ta jedyna.  

O pięknie materii decyduje kontekst. O brzydocie też. Kontekst decyduje o wszystkim. Człowiek bez kontekstu jest niewidzialny. Przedmiot bez kontekstu jest nierozpoznawalny. Dotyczy to także dzieł sztuki. Umysł nigdy nie dostrzega rzeczy ani istoty samej w sobie. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że wszystko istnieje tylko w mojej głowie i w kontekście, jaki stworzyłam.

10 grudnia 2015.

Mężczyźni mierzą się ze zdobywaniem szczytów i biegunów, z wojną, polityką i całą tą górną półką wielkich wyczynów, która z nich robi silną płeć. Hahahahahaha! A zamień się bohaterze choćby na jeden dzień z kobietą, która ponoć jest poza wyzwaniami tego rodzaju. Poradź sobie w patriarchalnym świecie z utrzymaniem dwójki dzieci, matką wariatką, dwoma psami, bez alimentów i żadnego stałego dochodu – poradź sobie jako ARTYSTKA.  Dlatego właśnie nie znoszę tego określenia. Pretensjonalne do bólu, a tyle oznacza okropności, tyle pomyłek, rozczarowań, poniżenia. Jest z premedytacją ironiczne, pogardliwe, kpiące. ARTYSTKA – coś jak cyrkówka, albo fordanserka. Graficzka, malarka, jeszcze gorzej. Z czymś takim idziesz w świat jak z wilczym biletem, ale musisz się cieszyć, że w ogóle masz bilet, że nie jedziesz na gapę. To wszystko do mnie dotarło w pewien deszczowy piątek, kiedy po umyciu góry naczyń i wydaniu dzieciom obiadu na Mazowieckiej wsiadłam do auta załadowanego obrazami mając przed sobą trasę długości 1400 km, a przy sobie jakieś 100 dolarów. Cel – wystawa w Austrii. Hohoho, myślałby kto. Identyczna była wystawa w Rzymie. Wystawa w Darmstadt. Wystawa w Międzyzdrojach. W Warszawie. W Brukseli. Jakże ja nienawidzę wystaw. Męka, męka, męka. Dotarłam około czwartej nad ranem, zostawiono mi otwarte drzwi do pokoju z osobnym wejściem, to byli dobrzy ludzie. Nie budziłam ich, przywitaliśmy się dopiero rano. Wracałam po tygodniu z kasą i zamówieniami. Powrót był jeszcze gorszy niż wyjazd, bo miałam niesprawne auto, kaca giganta i okazało się, że Tosiek nie żyje. Zośka wyła do słuchawki, czułam się, jakbym wracała z dalekiego kosmosu prosto w kolejny, nieprzebyty kosmos. Tosiek miał 42 lata i powiesił się w Lasku Wolskim. Był upał, szukali go parę dni, ponoć znaleźli w częściach. Moje dzieci uwielbiały Tośka. Wszyscy go uwielbiali, cały Kraków go uwielbiał, a jemu się odechciało żyć. Wolał umrzeć niż wytrzeźwieć, odwieczny dylemat dusz wyklętych. Krakowskie głębiny pełne są jemu podobnych wędrowców przez piekło. Co jakiś czas któryś się wiesza. Reszta ma tylko ochotę to zrobić, ale w końcu trzeźwieje. Nie na długo jednak, bo pewien rodzaj wrażliwości połączonej z alkoholem powoduje nieuleczalny wstręt do życia. Odłożyłam słuchawkę, obiecałam, że wrócę za parę godzin, za oknem kończyła się Austria. Kac to dziwne uczucie. Przede wszystkim straceńcze. Dzień jest na straty, każda godzina, choćby najpiękniejsza, na straty. Trucizna musi spłynąć z krwią, dopóki to się nie stanie – prześladuje mnie przeświadczenie, że to ostatni dzień życia.  Nie ma mowy o zabawie w rodzaju „wszyscy są dobrzy i ładni”. Nikt nie jest. Gdzieś pomiędzy czaszką, gardłem i płucami dymią kwaśne opary, pod językiem dogorywają smaki skiszonych potraw, powieki trą o gałki oczne a serce jest głuche, przyduszone nikotyną.

Nienawidziłam Austrii i wystaw, kaca i martwego Tośka. Ale miałam kasę. Straszliwe zmęczenie, olej wyciekający spod auta na parkingu ogromnego centrum handlowego pod Alpami, tydzień towarzyskich męczarni z ludźmi, których wcale nie chciałam rysować, ani w ogóle znać, a ich życzliwość tylko pogarszała moje samopoczucie –  wszystko po to, żeby teraz wejść do Mexxa i kupić sobie sweter za 150 euro. Na tym koniec. Resztę musiałam zostawić na życie, aż do następnego wyjazdu, kiedy portrety bauerów będą gotowe. Ale w takim swetrze, narzuconym od niechcenia na ramiona podczas randki z aktorem, mogłam udawać bogatą babę. On miał podobny, też szary, wełniany, w którym udawał bogatego aktora.

Aż wstanę i sprawdzę, czy oba wiszą w szafie. Są na swoim miejscu, chociaż on swojego nigdy już nie założy i nigdy po niego nie wróci. I co ja mam teraz zrobić z tym swetrem?

11 grudnia 2015

Czas, kiedy mi się otwierały nieznane światy w żadnym razie nie był bezczynny. W moim przypadku zupełnie się nie sprawdziły podróże do Indii, siedzenie w kucki  pod drzewem mądrości i warsztaty medytacji w zamkniętych klasztorze. W moim przypadku sprawdziła się ściana, ściana, pod którą się znalazłam ze swoim życiem. Człowiek wie, że nie jest sam dopiero, kiedy jest sam.

12 grudnia 2015

Mocno to czuję.

Dwa dni temu śnił mi się mój lęk, a mój lęk to lęk wysokości. Śnił mi się świat połączony drabiną ze światem lustrzanym ponad nim. Trochę jak w filmie, który kiedyś widziałam i zrobił na mnie gigantyczne wizualne wrażenie. ”Odwróceni zakochani”. Banalna historia, ale obrazy szalone. Pomysł szalony. Sen był piękny i skierował moją uwagę na film w dniu następnym –„ Hugo i jego wynalazek ”. Padłam przy scenie z zegarem… Cały ten film był obrazem z moich wszystkich snów. Po takim seansie mam zachwiane poczucie rzeczywistości i dobrze! O to chodzi, żeby mieć zachwiane.

13 grudnia 2015.

Pamiętam 13 grudnia. Ten 13 grudnia. Ile to już lat?? Zamierzchła przeszłość, ba, historia! Było naprawdę grubo. I trafiło na mój dziwny czas. (Swoją drogą który mój czas nie był dziwny?) Spóźniona jakaś byłam ze wszystkim, zawieszona pomiędzy dorosłym życiem a resztkami beztroskiej młodości, która tak naprawdę nigdy, ani przez chwilę nie była beztroska, co najwyżej nieświadoma. Trwoniłam dni gnana pożądaniem a cel był jak zawsze nietrafiony. Co z tą chemią? Być może po prostu chemia swoje, duch swoje. A może w ogóle albo duch, albo chemia? Nie lubiłam być samicą, ale z hormonami się nie dyskutuje. 13 grudnia krążyłam wokół mojego celu jak obłąkana ćma. Impreza trwała do rana. Zło nas dosięgło z telewizora, stamtąd były wycelowane pociski. Wyłączony telefon nasuwał skojarzenia z filmami grozy. Lodowaty, zimowy dzień, czarno biały obraz na ekranie i za oknem. Przestraszyliśmy się i rozpierzchli  pustymi ulicami, na których nocny mróz zostawił lodowe wertepy. Środkiem 18 Stycznia sunęły czołgi, jak ogromne tłuste żuki pełzające po tramwajowych torach. Na murze obwieszczenie, które już ktoś zdążył oblać czerwoną farbą. W domu zastałam matkę biegającą od okna do telefonu, zapomniała nawet o zrobieniu sceny, bardzo mnie to rozśmieszyło.

Od wielu tygodni trwała imprezowa maligna, wypaliłam wtedy najwięcej trawy w moim życiu. Opowieści o różnych gastrofazach, śmiechawkach i całym tym pocieszeniu, jakie ona ponoć daje – zupełnie się na mnie nie sprawdziły.  Po joincie popadam w stan przewlekłej bezsenności, obojętności i wytłumienia. Przygniata mnie kamień, depczą mnie ciężkie buty, serce mam jak wór z piachem. Nie mogę ani zasnąć, ani wstać – najgorzej.  Nie cierpię leżeć bezczynnie. Jeśli sen nie przychodzi zapalam światło, piszę, wstawiam pranie, czytam wiersze. Czas jest dla mnie najcenniejszy, zawsze tak było. A po tej głupiej trawie przeleżałam jak kloc kilka miesięcy wliczając w to stan wojenny. Przynajmniej pierwszą połowę stanu wojennego, bo potem otwarli szkołę i musiałam się zabrać za zrobienie dyplomu.

Od tamtej pory w zasadzie już nie paliłam. Wystarczy. Wpuściłam w płuca hektar łąki, zmarnowałam rok życia. Teraz się obawiam, że nie zdążę ze wszystkim, zanim umrę. Tamten czas był mi dany jak odcinek pilotażowy serialu pt wieczność. Na poziomie przedszkola co prawda, ale klimaty podobne.

Od czasu odkrycia zagadki wszechświata to, co mnie kształtuje, to wyłącznie siła Stamtąd. Jeśli się poddasz jasnej stronie mocy, widzisz symetrię i piękno, jeśli się na nią zamkniesz – usiłujesz się trzymać logiki i kalkulacji – wszędzie widzisz piekło jak Emil Cioran.

15 grudnia 2015

Zaczęłam trochę pisać. Jak większość piszących Dzienniki nie uznaję ich za rzecz poważną. Takową stanowiłby dopiero esej, albo książka. Jak większość piszących Dzienniki zawołam więc – dajcie mi fabułę !

Czasem myślę, że owa słynna fabuła stoi w sprzeczności z literaturą w takim pojęciu, w jakim literatura jest sztuką. To trochę jak w malarstwie – temat nie jest czymś, co przesłania jakość obrazu. Słynne pojedynki pomiędzy formą i treścią zawsze czynią treść poddaną formie w takim sensie, że wartość treści od formy zależy. Nigdy nie powinno być odwrotnie, a jednak nic tak jak treść nie decyduje o popularności dzieła. Forma i treść to jak pieniądz i altruizm. Ludzie za pieniądze potrafią się wykończyć, ale to nie jest altruizm. Prawdziwy altruizm nie polega na wyniszczaniu się dla zarobku tylko na przedkładaniu szacunku dla własnej osoby ponad wszelką materialną wartość.

Kupiłam sobie trochę domowych strojów, pidżam, dresów i szlafroków. Wyprawka warta Tyberiusza przed podróżą na Capri. Koniec światowego życia, zamiast tego luksusowe zesłanie. Światowe życie, myślałby kto.

Franek przywiózł mi w prezencie książkę, którą chciał przeczytać. Zawsze tak robi. Ja robię tak samo, zazwyczaj kupujemy dwie takie same książki, po jednej dla każdego, ale tym razem wystarczyłby jeden egzemplarz. Na okładce Matt Damon.  Jak widzę okładkę ze zdjęciem aktora od razu mi się przypomina słynny Jacka W. dowcip o kozach. Jacek W., znany krakowski bard i estradowiec  zamówił u mnie kiedyś portret i ten portret był w dziesiątkę. Zamiast z niego zrobić plakat zamówił osobny plakat, przy którym poległam. Rzecz jasna teraz widzę to inaczej, był to zupełnie przyzwoity plakat i będzie to najważniejsza rzecz, która przetrwa po Jacku, jestem o tym całkowicie przekonana. Ale wtedy się męczyłam i ta męka została dostrzeżona. Zwęszył niepewność i zapłacił z ociąganiem, myślałam, że trupem padnę, bo przecież głodne dzieci w domu czekały na obiad jak smoki w gnieździe. W końcu jednak wycisnęłam z niego należność, ale spociłam się jak skazaniec przy ogłaszaniu wyroku. Nic więcej nie zamówił i nie wydrukował plakatu. Po śmierci będzie żałował. Ileż tych żalów po śmierci, kosmos by się zapewne zatkał jak kibel w Sukiennicach, gdyby nie owe tajemnicze czarne dziury. Tylko one są w stanie połknąć ludzkie żale za błędy, grzechy i głupotę oraz plucie sobie w brodę za niedocenienie artystów.

W dowcipie o kozach jedna koza zjadła książkę a druga film. I potem jedna mówi do drugiej – książka była dobra. A ta, która zjadła film odpowiada – ale film był lepszy. W przypadku Marsjanina to się sprawdza. Natomiast książki z których zrobiono filmy są jakby pokalane. Czy nie wystarczyły jako literatura? Czy potrzebowały filmu, żeby je doceniono? Film na podstawie książki, jeśli jest dobry – degraduje książkę, bo łatwiej jest zobaczyć film. A jeśli jest beznadziejny – na pewno nikt po książkę nie sięgnie. W obu przypadkach wartość książki jest zależna od filmu. Lubię książki, z których zrobienie filmu jest niemożliwe albo prawie niemożliwe.

Marsjanin nie odbiega od tego, co się teraz czyta, bo teraz się czyta albo monografie gwiazd filmowych, albo wywiady. Jednak to wszystko nadal nie ma nic wspólnego z literaturą. Bo w ogóle niewiele rzeczy na świecie ma coś wspólnego z literaturą, ona jest najlepsza niezmieszana. Czytając to, co mi przywiózł Franek po pierwsze zęby bolą od surowości tekstu, po drugie natychmiast wyłapuję błędy tzw merytoryczne – facet się spieszy, żeby tę historię opisać, bo sam się wciągnął jak dziecko. To sprawia, że pędzi z akcją czniając nieścisłości i licząc na to, że inni mu wybaczą, bo też się spieszą. Beztzeller Timesa. Takie mamy timesy.

Drugi dowcip Jacka W. był o koźle. Opowiadał mi go osobiście na dobranoc w białozdrojskiej altanie pełnej rybich szkieletów na plastikowych talerzach, w oparach skwaśniałego wina około drugiej w nocy. Były czasy, kiedy się jadło pstrągi z grilla w towarzystwie prawdziwych artystów, grill też był prawdziwy, nie mówiąc o świeżych pstrągach, tylko ja byłam nieprawdziwa. Teraz dopiero jestem. Jacek miał kozią bródkę i diabelskie oczka a dowcip brzmiał mniej więcej tak – Tato tato!! Miałem straszny sen!!! Śniło mi się, że mnie kozioł pierdolił!!! Hmmm – chrząknął Jacek i pogładził bródkę – kozioł, powiadasz…

I takie tam pijackie wspomnienia z czasów, kiedy Tyberiusz jeszcze rządził Rzymem.