25 Luty 2016 – Dzień Dobroci Dla Artystki.
Tylko jeden dzień, żeby było jasne. Pozostałe dni domagają się dobroci artystki dla reszty świata. Ach te krwiożercze SPRAWY, dla których żyjemy, bo przecież bez ofiary nasze życie jest nieważne. Bez ofiary nic nie przechodzi przez kosmiczne sito, przez tunel czasoprzestrzenny, przez oko boga.
Kiedyś biedni studenci ASP przeczytali ogłoszenie, że francuska restauracja płaci wysoką cenę za ślimaki winniczki. Pobieżeli więc nad Rudawę (to taka kultowa rzeczka przy krakowskich Błoniach), gdzie ponoć ktoś widział całe masy tych nieszczęsnych stworzeń. I rzeczywiście, natknęli się na istne winniczkowe zagłębie, można je było zbierać garściami. Pod wieczór dotarli obładowani do punku skupu a tam czekał człowiek z ogromnym sitem. Zajrzał do wiaderek i zapytał, gdzie zebrane. Nad Rudawą, proszę pana. Aaa, no to je zwieźcie z powrotem, tam wczoraj wyrzuciłem te, które przeszły przez sito.
Jaki morał z tej opowieści? Nie jest dobrze zostać na sicie. (z punktu widzenia winniczków, ale kimże my jesteśmy w zestawieniu z Wszechświatem?)
Więc może nie powinnam się zatruwać, że niczego się nie dorobiłam, nie doczekałam, że w zasadzie ciągle tylko tracę. Że nikt o mnie nie wie, nikt nie chce czytać moich tekstów, nikt nigdy nie zapłaci za portret tyle, ile jest wart. Dzięki temu nigdy nie będę tłustym ślimakiem i zawsze się przemknę z powrotem na wolność, bo czym ostatecznie jest wolność? Prawdziwa wolność jest wolnością od materii.
Piękna muzyka wieczorem. I wystarczy za wszystkie udręki. Chęć ucieczki, chęć zostawienia wszystkiego jest potworna. Życiu oczywiście należy sprostać, ale jednak nie dać mu się omotać. Istnieje przecież coś pośredniego pomiędzy ofiarą a samolubem. Hildegarda miała rację – każda przesada pochodzi od demonów. Mogę nie być Katarzyną Grocholą, ale dlaczego muszę być od razu Matką Teresą??
29 luty 2016
To już raczej po zimie. I dobrze, jak mówi pan Rysio, bez którego nic nie byłoby możliwe, tak naprawdę. Śnił mi się Maciek, śpiewał piosenkę, szło mu składnie, ale zapomniał ostatniej zwrotki a ja nie miałam mu jak podpowiedzieć, bo też zapomniałam. Improwizował więc po mistrzowsku, a muzycy grali, grali, grali przerywnik, w końcu się poddał i zaśpiewał bez słów.
Potem mi się śniło, że zostałam okradziona. Przede wszystkim ukradziono mi kominek, był zdewastowany, z wyjętą szybą. Poza tym w całym domu bałagan, straty, nie wiedziałam co z obrazami, pomyślałam, jak dobrze, że tego Malczewskiego nie skradli…
Był też pies- czarno- biały, przestraszony, nie chciał do mnie podejść… Wszystko jasne, przesadziłam z fundacją. Ona mnie zjadła. Stan mojego ducha to dolna strefa stanów niskich. Wypompowałam się, wypaliłam, jak to mówią w „Życiu na Gorąco”. Nie ma we mnie już pasji, jest tylko zmęczenie…Spałabym, oglądała telewizję, może mnie jeszcze wiosna poderwie, jazda…
Coraz częściej myślę, żeby to sprzedać i kupić dwa pokoje w Krakowie. Mieć święty spokój, tyle jest fajnych stajni dookoła, mogłabym sobie jeździć a nie gonić z wiadrami.…Kiedyś chciałam wyjeżdżać z BZ i minęło kilka lat, zanim wyjechałam, ale ziarno wyrosło. Teraz też upuściłam owo ziarno, nie widać go, ale siedzi w ziemi. Zakopując swoje marzenia trzeba tylko pamiętać, w którym miejscu.
Jednocześnie życie tutaj jest skończenie piękne, może chwilowy brak światła i miesiąc deszczu tak mnie przygięły do ziemi. Pogoda wciąż ma znaczenie, kiedy się żyje blisko przyrody. Miejski beton tylko pozornie odgradza człowieka od natury, ona tam ciągle jest, czyha na każde potknięcie, piętrzy fale, hoduje potwory, szykuje się, by nam odpowiedzieć swoją straszną siłą. Lepiej nie zadzierać, lepiej od czasu do czasu pozwolić wichurze wywrócić drzewko na stary wychodek. Takie podwórkowe katastrofy to błogosławiony wentyl dla energii, która nagromadzona i uwolniona zmiata całe populacje.
Obejrzałam trylogię „Przed wschodem słońca” itd. Ethan Hawke i Julie Delphy. Fajne, zostaje w pamięci. Jak moi piękni narzeczeni, którzy umarli albo wyjechali na koniec świata nie doczekawszy drugiej i trzeciej części historii.
Muszę odpocząć od spraw fundacji, bo inaczej ogień się już nie wznieci z braku tlenu.
Nie wiem, czy to na pewno jest wypalenie. Raczej miłość rozlana na wszystko i na wszystkich, na świat, na zwierzęta, głównie na zwierzęta. Nie ma już miłości skumulowanej we mnie, gotowej coś wyznawać, o coś walczyć. Jestem przezroczysta. Dziwny stan, który gdzieś zawsze we mnie drzemał. Powraca scena z Matriksa kiedy on te kule odsuwa… jego mina, taką mam słysząc o nieszczęściach, o ludzkich krzykach, rozpaczach, kłótniach, histeriach.
Garbarek genialny, w ogóle muzyka to fenomen, bo przecież jej nie dotkniesz, nie zważysz, jest niematerialna. Starość to także niematerialność. Życie poza ciałem, poza światem, oddalanie się od ciała. Muzyce łatwiej przeniknąć przez cienkie ściany, najlepiej, żeby w ogóle nie było żadnych ścian.
Widziałam dobry film, ale nieprawdziwy, o genialnym perkusiście i ohydnym profesorze muzyki i o tym, jak daleko może się posunąć sfrustrowany belfer, by zniszczyć ucznia. Film był porządnie zagrany, ale przerysowany. Dodatkowo ten okropny belfer przypominał mi z twarzy równie okropnego R. Z ulgą doczekałam końca. Romansu kiedyś też.
12 marca 2016
Boże mój, kolejna wiosna przed nami. Nie ma żadnego nami, nie ma nas, jest las, las owszem. Śniła mi się córka prezydenta, była karlicą. Bardzo małą dorosłą dziewczynką. Okazała się niezwykle sympatyczna zarówno ona jak i całe jej towarzystwo zwane przez pisiorów – resortowymi dziećmi. Na imprezie u córki prezydenta jadłam strasznie dobre ciastko, jedzenie ciastek zupełnie jej nie stresowało pod żadnym względem. Nie miała poczucia winy ni wstydu. Wpieprzała krem z wszystkimi możliwymi posypkami i bez biszkopta.
Potem mi się śnił J.G., o którym piszę książkę, więc przylatuje sprawdzać, co tam nawypisywałam. Stanął za mną, jak to zwykł czynić, kiedy żył, podchodził i obejmował mnie a ja ginęłam w tych objęciach, bo przecież on ogromny, a ja przy nim jak ta córka prezydenta ze snu. Łapałam go za ręce, teraz też to zrobiłam i przez chwilę widziałam jego dłonie, a dłonie miał jak Dawid. Gdyby nie poobgryzane paznokcie. Obgryzał je nieustannie, aż do krwi. Opłukaliśmy ręce w misce schowani za kotarą kościeliskiej umywalni i te mokre ręce połączyliśmy, co zapowiadało cudowny ciąg dalszy. Wtedy zadzwonił pierdolony iphone.
Nie dam się pożreć fundacji. Leczę duszę skołataną – słucham dużo dobrej muzyki. To ważny element na drodze do niezgłupienia.
W moim domu coraz mniej ludzi, coraz więcej duchów i git. To lubię. Lubię duchy. Duchy wielkich pisarzy, duchy wolnych kobiet, a także coraz liczniejsze duchy mojego umierającego pokolenia. Dzisiaj dzień zimowy, biało za oknem, uwielbiam biało za oknem, biel jest ciszą pozbawioną życia, a więc bólu, biel jest samym spokojem. Słucham Rodrigo – Sugar man. Psy śpią, pali się w kominku, nikt mi tu nie wejdzie w paradę. Chciałam tak żyć. Ostatnio zanotowany brak chęci do życia może być kwestią menopauzy, ale to raczej jest delektowanie się brakiem owej chęci niż zatruwanie. Melancholia jest czym innym niż depresja. Uderzenia gorąca czym innym niż zwykłe zgrzanie z wysiłku. Gdybym ich nie poczuła na własnej skórze, nie uwierzyłabym, że można się czuć jak czajnik na rozpalonej płycie. Gejzery wybuchają od karku przez całą długość kadłuba, lepkie od potu plecy kleją się jak ślimak w płynnej żywicy, paskudne to i przerażające. Mój organizm wyraźnie jest już zużyty. Był niezły w gatunku, ale i takie się zużywają. Na szczęście organizm to nie wszystko, podobnie jak orgazm.
15 marca 2016.
Wczoraj w nocy myślałam o tacie. Jakże ja go kochałam. Jakim był dla mnie królem mądrości, wzorem do końca życia. Mając go takiego w sobie, mając połowę jego genów jestem cholernym wybrańcem. Myślałam o jego bardzo niebieskich oczach, o uśmiechu zawsze będącym wynikiem rozbawienia, był łowcą satyry, dzięki czemu miał dystans do świata, ale miał też wielkie serce, ja nie mam. Jego serce szybko topniało jak wosk, łatwo się wzruszał, ale nigdy nie mówił byle czego i nie bałam się, że wszystko obróci się w kicz . Najbardziej do niego jest podobny Franek, dlatego kocham go dalej we Franku. Ot inteligent. Proste i rzadko spotykane. Wszystkie czasy są podupadłe, a inteligent zawsze był w cenie.
Na porodówce zakradłam się z cewnikiem i workiem pełnym moczu ukrytym w kieszeni szpitalnego giezła do salki, w której przechowywano noworodki. Te dzieci były takie brzydkie! Byłam przerażona, że moje też takie będzie. I że go nie poznam, że właśnie go minęłam z odrazą… Wtedy gdzieś pośrodku drugiego rzędu zobaczyłam dużą lalkę i byłam pewna, że to on. Był gładki, niebieskooki, miał włosy i nie był głupi. Od urodzenia nie wyglądał na głupiego. Inteligent! – co za ulga.
23 marzec, mammamija, straszny świąteczny czas, kolejne ukrzyżowanie, nadchodzi krwawy piątek i jeszcze krwawsza niedziela, straszny i wielki kurewski tydzień, gdzie się wylewają złe moce i oblepiają mnie jak kłamstwo, szataństwo i grzech, straszny grzech w który popadam jak w bagno i nie ma wyjścia i nie ma litości dla Levallois.
Śnił mi się kolejny raz JG, ależ mnie nachodzi. Ledwie zamknę oczy wyskakuje jak diabeł z pudełka. Nie powiem, żebym się nie cieszyła na jego widok. Cieszę się za każdym razem i to mi już nie przejdzie. Sen był tak realny, że czasem mniej realne wydaje się życie. Podał mi kartkę, na której było napisane – „nie mogę się rozwieść”, czy coś w tym guście. Kartkę położyłam na poduszce. Wiedziałam, że zaraz się obudzę i że ta kartka nie może zniknąć. Mimo to zniknęła.
Nienawidzę żon, kiedy sama byłam żoną miałam świadomość swojej wrednej władzy nad mężczyzną, tej sieci, w którą każdy facet wchodzi w dobrej wierze po to, by zaliczyć cios w podbrzusze i zostać uwięzionym, ugotowanym i przyszpilonym na zawsze. Bo po prawdzie nie ma innego sposobu na to, żeby z nim wytrzymać.
Święta w klasycznej odsłonie.
Roztrzaskałam telefon, spadł mi prosto na kafle w przedpokoju. Wicek mało mnie nie zabił, bo źle podpięłam nachrapnik i wędzidło nie działało, jazda była śmierć w oczach. Fryzjerka mnie nacięła zamiast obcięła, kasy w fundacji dalej brak, latają szklanki i kubki, skaleczyłam się zbierając szkło. Nęka mnie jakaś baba, żebym walczyła z Barosem i mówi do mnie „córeńko”. Telefony dzwonią o psy, psy wyją nad ranem, jakby się umówiły, a to tylko karetka w oddali, ktoś znowu umarł, jakiś tutejszy dogmolester. Dobrze mu tak, a mnie tymczasem źle. Źle, źle, źle. Chryste, wypijże już ten kielich i zmartwychwstań szczęśliwie, bo mnie wykończysz.
I znowu, znowu, znowu, znowu, po wielekroć znowu jest pierwsza w nocy i dzień się skończył. Obejrzałam filmy które już widziałam, przeczytałam kilka zdań książki, kilka napisałam. Jestem jeszcze w miarę ładna, marnuję się. Ale jak to jest się marnować? Cały świat się marnuje, ładny jest. Tyle na dziś, chociaż na juto tak samo aż do ostatniego dnia życia.
Niedziela wielkanocna 2016.
Zmuszam się do każdej aktywności, jak niektórzy do wymiotów. Niektóre. Mężczyźni pewnie zmuszają się do seksu. Każdy ma swoje nieszczęścia. Patrzę na kobiety, aktorki, te po sześćdziesiątce i więcej, jakie są zgrabne i pomarszczone. Jak to pisał Proust –„ze wszystkich znamion młodości wybrały najprostsze – talię”. Nie nazwałabym tego najprostszym, bo wymaga morderczych poświęceń, ale co zmienia zgrabność w połączeniu z twarzą jak wysuszona śliwka albo jak naciągnięty, zwietrzały balon? Mimo wszystko wolę być wyschnięta niż zbasiorzała. I to ma być wybór?
Poszłam do lekarki w Szydłowcu. Z bólem. Zapisała mi lekarstwa nie wiedząc, dlaczego mnie boli. Od razu się zatrułam. Zostawiłam te lekarstwa a ból przeszedł. Będzie inny i też przejdzie. Sama śmierć ponoć wcale nie boli.
Niewątpliwie przeżywam teraz długo wyczekiwany czas schyłku, czas wygaszania silników, jałowy bieg maszyn. Nie zmuszam się do niczego i okazało się, że jest bardzo niewiele rzeczy, które mam ochotę robić. Cała moja życiowa aktywność to była ściema. Rysowałam też tylko po to, żeby zarobić pieniądze, niesłusznie uważano mnie za artystę. Praca większości ludzi jest pracą z przymusu. Rysowanie w końcu jakoś wciąga, ale zabrać się do niego jest tak samo trudno, jak wstać rano i iść do fabryki z własnej woli. Dzień za dniem podrywam się niby do roboty, robię to z przyzwyczajenia, ale nie wskakuję do kieratu. Nie melduję się przed sztalugą jak żołnierz na apel, nie muszę. Nie muszę i dlatego prawie nie rysuję. Także dlatego, że bardzo mi drętwieje ręka i boli mnie ramię. Bolą mnie plecy. Boli mnie dusza. To ostatnie najbardziej. Czy człowiek całkowicie zabezpieczony finansowo robiłby coś? Ja chyba nie, pomagałabym psom. Pisałabym. O tak, w zasadzie pisać mogę zawsze i wszędzie, żyję tylko dlatego, że piszę. Gdybym musiała wybierać pisać czy jeść miałabym spory dylemat. Ludzie takich dylematów nie mają.
Nie grzeszę zaiste. Niczym, bo narzędzi grzechu brak. Taki tu mam jednoosobowy erem. Niewątpliwie zostałam eremitą, jak zawsze pragnęłam. Każde wyjście z domu jest przeszkodą na mojej pustej, pozamiatanej drodze.
Grzech jest rzeczą społeczną, samotnik nie grzeszy. Przynajmniej mową i uczynkiem.
„Pomiędzy mną a życiem jest cienkie szkło. Choćbym nie wiem jak wyraźnie widział i rozumiał życie, nie mogę go dotknąć”. (Pessoa)