SANGWINA – fragmenty 2.

Nosił sterane dżinsy a strzępy starannie przycinał po praniu. Zawsze wybierał pełne buty, trapery albo cichobiegi, nigdy sandały czy trampki. Nie chodził w krótkich spodniach, gardził dresem, nie umiał jeździć na nartach, nieźle pływał. Stopy odsłaniał tylko w kąpieli albo w sytuacji jednoznacznie zapowiadającej seks. Bosy Formanow zwykle nie tylko był bosy, był całkowicie nagi. Po wszystkim palił papierosa, zakładał spodnie i pozostawał bez skarpetek aż do zakończenia romansu, chyba, że romans przeciągał się na więcej niż jedno spotkanie. Mężczyzna w samych butach wyglądał w jego pojęciu równie groteskowo jak w samych skarpetkach. U kobiety skarpetki w łóżku uznawał za niedopuszczalne, do czasu, kiedy sobie wyobraził opaloną tenisistkę. Ale nigdy nie trafił na opaloną tenisistkę w socjalistycznym, zimnym Krakowie. Bosy mężczyzna wydawał mu się niezmiennie prowokujący, pomijając wizyty u dermatologa albo ortopedy. Stopy i ręce miał doskonale proporcjonalne, mogły posłużyć jako model w jakiejś anatomicznej wzorcowni, o ile nie jest nią każde muzeum greckich posągów.

Kobiety interesowały go o tyle, o ile miały w domu łazienkę.  Sumując czas spędzony w wannie wyszłoby parę ładnych tygodni bez osuszenia. Zabieraliśmy ze sobą kawę i papierosy a nawet ruskie albumy ze sztuką. Dolewając ciepłej rozmawiało się o Malczewskim ( którego lubiłam, ale bez egzaltacji właściwej Kazikowi) i kolorystach (których wtedy nie znosiłam). Paląc ciężko zdobyte Marlboro i żując zimne fusy z dna szklanki po kawie suchą ręką przewracał kartki. Zatrzymywał spojrzenie na stronie z reprodukcją Halsa i szeptał w zachwycie– mistrz!

(…)

Nie wszystkie zabierał do Tarnowa. Wszystkie przedstawiał jako koleżanki. Jak była forsa brał taksówkę z krakowskiego dworca i kazał się wieźć z  do matki na kolację.  Matka lepiła pierogi w ślepej kuchni, sama udając ślepą. Obyś się uchował synku dla królowej angielskiej lub jednej z tych księżniczek w kapeluszach z piórami– myślała lepiąc zawzięcie.

W szufladzie jej małego, sekretnego biurka leżał wycinek z gazety, a w nim krótki artykuł traktujący o wizycie w Krakowie hrabiego Formana z wysp brytyjskich. Hrabia ów, potomek rodziny spokrewnionej z samym Cromwellem wizytował wawelskie wzgórze chwaląc się posiadanym własnym zamkiem w Szkocji. Przy okazji napomknął coś o zaginionej podczas ucieczki na wschód rodzinnej gałęzi Formanów. Stąd i szalone przypuszczenie, że arystokratyczny rys i uroda Kazika nie wzięły się od tylko od babci Ziuty, która miała metr osiemdziesiąt wzrostu. Zamiana dwóch pokoi z kuchnią w Tarnowie na zamek w Szkocji była więc kwestią czasu.

(…)

One siedziały na wersalce, on się kąpał. Nalewał pełną wannę żelazistej wody i leżał w niej jak tułacz próbując zmyć całą nędzę tułania. Zamykał oczy i wyobrażał sobie luksusową łazienkę. Wanna z pianą i złotymi kurkami, do tego szampan, winogrona i płyn „Zielone jabłuszko”. A w wannie Robert de Niro. Uwielbiał Roberta de Niro i jego zabawy z bronią. Wyciął z gazety zdjęcie z „Taksówkarza” z pistoletem przyłożonym do skroni i przykleił w indeksie zamiast swojego. Po zagraniu tej sceny Robert wraca do domu, żeby poleżeć w wannie.  Pierogi tymczasem były z kapustą. Matka, jako, że nigdy nie piła, zawsze miała pełny barek w szklanej grocie zwalistej meblościanki. Barek czekał na miłe koleżanki ze szkoły i Formanowa z wody, w kąpielowym płaszczu, parującego pośród dymiących pierogów, też z wody.

(…)

Zespół małej matki, czy też jak kto woli -wielkiego syna -był poważną chorobą, na którą zapadł w piątym roku życia i która już później tylko mutowała, przybierając różne, skomplikowane formy samotności. Był ogromny i piękny, zdolny i silny, a ona go wybrała jak lalkę w sklepie. Wypatrzyła na wystawie jak towar, który przywieźli nocą. Stała w kolejce do rana, żeby go dostać. A za nią wszystkie inne Marie dziewice, dla których Formanow był bogiem skradzionym z ołtarza. Reszty dokonała słynna uczelnia imienia tego liliputa Matejki.

Jakby w obawie o skromne gabaryty patrona –nas nadmuchano do rozmiarów większych niż norma. Błąkaliśmy się po zimnym, przygarbionym mieście z teczkami, rulonami i  plamami od farb , niczym harde olbrzymy , które postanowiły dopasować cały świat do swojej skali. 

Ale milczące, zaśnieżone planty pamiętały nie takich gigantów jak Formanow. Wszyscy oni źle skończyli a zaczęli koncertowo. To miasto z zatrutym niebem jest jak zamknięty labirynt. Błądzisz po nim nocą i już nie wstajesz, nie budzisz się, nie zdrowiejesz. Ale jesteś wybrany, a dookoła sami wybrańcy. Wszyscy mądrzy, wszyscy oczytani,  błyskotliwi jak dziennikarz z „Wesela.” Całe życie będziesz tęsknił za tym intelektualnym spleenem. Jesteś na dachu świata, przesiany przez boskie sito. Odtąd masz uczulenie na plebs, na hołotę i proletariat, na sąsiada społecznika, na katoli, kiboli, urzędasów, piłkarzy, na rodzinę, tradycję i dziesięć przykazań. W zamian za to darzysz życzliwą sympatią lekarzy, zwłaszcza chirurgów, profesorów filozofii i fizyków teoretycznych.  Ale problem z nimi jest identyczny jak z opaloną tenisistką- rzadko się trafiają . Dlatego pijesz, znikasz w labiryncie, powoli ślepniesz jak kret w ciemności. I choćbyś nie wiem kogo spotkał, nie wiem jak dobrzy byliby dla ciebie dobrzy ludzie, niczego nie docenisz, wszystkim pogardzisz. Będziesz miał na zawsze wszczepioną samotną boskość, syndrom zamkniętego Krakowa. Wszystko to razem zatruje ci duszę a wtedy jedyne co pozostaje to zdobyć  świat. Inaczej tylko wstyd i krzyż.

(…)

Profesor Gawron nie lubił Kazika bo Kazik był gwiazdą. Wchodził do pracowni jak aktor z wyuczoną strofą, stawał w progu oparty o futrynę i ogłaszał -Nacht Samborski ! Tak będę malował! Nie do końca było pewne, czy od dzisiaj zmienia paletę czy go uwiodło kolędowe brzmienie nazwiska, bo słowo Nacht wypowiadał jakby z nieba leciał sztuczny śnieg a przy Samborskim odprowadzał wzrokiem ślady zaczarowanych sań. Dookoła splątane brody i słoiki z brudną terpentyną. Kac. Ścierpnięta modelka walczy ze snem i drzazgami w tyłku. Nacht Samborski powiadasz – mówił ten i ów wydobywając twarz z zarostu i plam zaczętego aktu. Tak teraz będę malował – szeptał Formanow wyciskając tony kolorów na wczorajsze chłody zaschniętej palety. I tak malował, dopóki znowu nie zobaczył Malczewskiego. Malczewski zawsze zdążył nadejść zanim rozpanoszył się Nacht czy inny przygodny uwodziciel. Sine kobiety z ciężkimi odwłokami zimnych ud, ich głowy o mocnych rysach i podpiętych, rudych włosach obsiadały  zaklęty krąg Formanowa, kiedy chciał być jak Nacht.

Jacek Malczewski – Niewola.

A jednak wciąż myślał o kolorach i odwadze różnych swoich mistrzów, których nie mógł naśladować, jeśli sam chciał być mistrzem. Wypracowanie własnego gestu wymagało poznania gestów zebranych z tysięcy cudzych płócien i ostatecznego uwolnienia się od nich.

Nie ma nic bardziej szkodliwego niż wielcy profesorowie. Niejeden młody, dobrze zapowiadający się artysta został przez nich zjedzony żywcem razem z paletą. Ponury gmach akademii składa się z wielu pracowni pamiętających zbiorowy mord niewinnych ofiar wpatrzonych z zachwytem w swojego mordercę. Chodzi taki po sali, skubie bródkę, stuka pędzelkiem w okno pijaniutki od świtu a jednak swoje obrazy podpisuje śmiertelnym jadem. Kto się w nie zapatrzy, łapie wirusa i zdycha w cieniu mistrza.

Profesor Gawron nie zarażał, nie spóźniał się i niewiele się odzywał. Uczył rysunku. Osobnik długi jak Don Kichote, wyprostowany jak lord, cudacznie odziany w niezidentyfikowaną, sztruksową całość ustawiał świetne akty, co zajmowało mu zwykle połowę lekcji. Modelki cierpiały stojąc z krzesłem na głowie, nienaturalnie skulone albo odgięte w pozach, których nie mogły wytrzymać ich stare, reumatyczne ciała. Większość z nich miała dobrze po sześćdziesiątce, rozebrane wyglądały jak białe ropuchy. Nierzadko ordynarne, rzadko sympatyczne, podobne do ogromnych ziemniaków z sinymi plamami. Na Akademii w czasach Formanowa tylko jedna modelka różniła się od kalafiora. Pozowała parę miesięcy, nazywaliśmy ją Melancholia. Mocnej budowy, bardzo proporcjonalna ale nie chuda ( chude ciała są jak szkielet zabezpieczony plasteliną). Była żywcem jak z Malczewskiego, mocne uda, duże stopy i duże dłonie, piękna głowa, gładko zaczesane włosy. Zamieniona w marmur ani drgnęła przez półtorej godziny. Po zajęciach ubierała szlafrok i znikała tak samo punktualnie jak przychodziła. Nie spoufalała się, nie narzekała na kręgosłup, nie popijała za parawanem, nie komentowała rysunków. Nie narzekała że za zimno, za gorąco, że ją parzy piecyk, że cierpnie, że za długo. Po pół roku została żoną nieśmiałego asystenta. Nigdy więcej nie przyszła pozować.

Formanow rysował jak maszyna. W przerwie chodził po korytarzu, palił Marlboro i szastał bon moty. 

Bywało, że nienawidził swojej łatwości. Łatwość go prześladowała – w towarzystwie, z kobietami, przy sztaludze. Łatwość w pierwszej kolejności gwarantuje błahość.  Marzył o męce, chciał się zmagać, broczyć krwią nad nad niepokalaną bielą bristolu lub płótna. Niestety wszelkie załamania, wszelka niepewność i niemoc dopadały go wyłącznie w obliczu nieuregulowanych kar za jazdę bez ważnego biletu albo podczas wizyt w zarządzie budynków komunalnych, gdzie pytano o zgodę na zajmowanie suteryny. Stany prawdziwego zagrożenia przeżywał przeszyty spojrzeniami drobnych egzaminatorów przedmiotów dodatkowych, odrzucających jego podania kierowników działu paszportów komendy wojewódzkiej MO a także kanarów przepychających się w jego kierunku jak robaki do padliny kiedy mu został do przejechania tylko jeden przystanek.

To były czasy, kiedy życie zależało od pieczątek, pozytywnie rozpatrzonych wniosków i przyjętych podań. Strach przed urzędem był całkowicie uzasadniony, każdy z nas był tylko wdzięcznym lub odrzuconym petentem.  Za drzwiami z napisem „prosimy wchodzić pojedynczo”  lew zamieniał się w królika. Żyliśmy w wyniku ułaskawienia, umierali z mocy wyroku.

(…)

Formanow rysował nocą w swojej zimnej suterynie, jak carski więzień. Palce zakończone stalówką, grafitem, sepią, sobolim włosiem, wciąż biegały po kartkach.  Taka ręka powinna być relikwią w Rzymie.  Mimo to nie był zadowolony ze swoich rysunków. Bóg też wszystko umie, ale nie jest maszyną. Tchnąć życie znaczy dopuścić pomyłkę. Życie to chwila słabości, urocza niepewność, uzdrawiająca sprzeczność, bolesność duszy. Z tej bolesności dopiero rodzi się sztuka jako owoc męczeństwa, świętych zmagań , wódczanych, papierosianych, podszytych bezsennością i rozpaczą, że nic nie wychodzi. Fajnie mają tacy niepełnosprawni. Formanow był pełnosprawny. Dlatego nienawidził swojej łatwości i tego, że zamiast Boga, boi się milicji.

Postanowił kupić broń.