Dziennik 2016 – jesień. O daremności walki z naturą, granicach wytrzymałości i o świętym spokoju, a w tle „Rozbitek” Stevena Callahana.

21 czerwca 2016.

Dzisiaj zakończenie roku, nie lubiłam zakończenia roku, lubiłam szkołę. No to mam. Złota Rybko – my się nigdy nie zrozumiemy.

Muszę sobie codziennie rano wytłumaczyć, że warto żyć dalej. Bez tego nie ma nawet po co wstać.

Fascynują mnie postacie z filmów, męskie postacie. Pozwalam sobie na cały wachlarz zachwytów i przyjemnych emocji pod ich adresem bez obawy o konsekwencje takich uniesień. Moi wybrańcy są w programie cyfrowym, ja w materialnym. Mogę na nich patrzeć wiedząc, że na to pozwalają, ale nie mogę ich dotknąć, że o wspólnym obiedzie nie wspomnę, bo na samą myśl uczucia stygną jak niedzielny rosół. Wspólny obiad polega przecież na tym, że wspólnie jemy to, co ugotowałam. A ja już się w życiu nagotowałam.

Stosuję więc unowocześnioną technikę mojej prababki, która ponoć w ogromnym domu w Makowie Podhalańskim, domu pełnym głodnych wnuków przybyłych na wakacje, lub na czas wojny, w domu bez prądu, niedogrzanym, z hodowlą kurczaków i wiecznie przebywającym na polowaniu mężem karciarzem, który jej zrobił ośmioro dzieci – wieczorami siadała w fotelu i przeglądała zdjęcia amantów filmowych wycięte z gazet. Niezależnie od toczącej się właśnie wojny i kurczaków to była złota era Hollywood. Humphrey Bogart, Gregory Peck, Clark Gable i tak dalej. Stężenie, które się już nie powtórzy – piękni, zdrowi i naturalni, bez chemii i konserwantów. Najlepsza stawka ogierów w historii ziemskiego stada – było o czym pomarzyć. Z Bogartem w dłoniach zasypiała ze zmęczenia. Ja też w taki mniej więcej sposób zasypiam pod ogromnym (jak na moje możliwości) telewizorem ciesząc się, że ten słodziak, który mnie aktualnie zachwyca nie wyjdzie z ekranu i nie każe mi sprzątnąć po sobie spodni i skarpetek zwiniętych w kluchę na podłodze w chwili, kiedy mam już nakarmione konie, pogaszone światła i umyte garnki a psy szczęśliwie poszły spać.

Śniły mi się czterolistne koniczynki, całe mnóstwo.

Żyję bardzo w zgodzie z naturą, pory roku mają znaczenie. Nie stosuję żadnych kosmetyków, leków, zabiegów i nawet dobrze wyglądam, ale oczy mam już stare, śmierć tam wysyła swoje cienie. Oczy mojej matki zrobiły się wodniste, blade, pływają w dziwnej zawiesinie, która rozmywa kontury. Na czole ma plamę, jak drzewo zaznaczone do ścięcia. Maciek też miał taką plamę.

23 lipca 2016

Sny miałam dzisiaj ponure, jakbym piekło odwiedzała, ale wyraźne, logiczne, żeby nie powiedzieć trzeźwe. Śniło mi się wielkie miasto (Kraków się zamienił na Paryż), a w tym mieście klub aktora. (Trzeźwo, że aż strach). W klubie aktora spotkałam Borysa Szyca i prosiłam go, żeby został twarzą moich koni, takiego mniej więcej użyłam sformułowania, lub czegoś równie komicznego – jak to we śnie, ale we śnie brzmiało normalnie. Zakumał, obiecał, że pomoże, pokazał mi swój nowy gadżet, ponoć hit. Jakieś małe brązowe gówno w rodzaju niegdysiejszych NP3 (swoją drogą one tak szybko się pojawiły jak zniknęły, teraz wszystko jest w telefonie). I potem już się zajmował tylko swoim gadżetem, ale był miły i wyglądał w miarę normalnie. Wsiadłam do auta, które robiło co chciało, usiłowałam tym razem przyhamować, ale auto mnie woziło po mieście jak podczepione do karuzeli, a miasto się wyludniało. W końcu wysiadłam i zajrzałam do knajpy numer dwa a tam już było strasznie. Na podłodze leżeli faceci, nadzy, ale tarzający się w pierzu. Ich korpusy różowe jak kurczaki w gablotach sklepów mięsnych, twarze nieprzytomne, oczy martwe, pióra oblepiały ich ręce, penisy i stopy, uciekłam stamtąd potykając się o ciała w konwulsjach kokainowych orgazmów, nikt na mnie nie zwrócił najmniejszej uwagi. Znalazłam się na przystanku i zapragnęłam, żeby to miasto było puste. I stało się puste, jak w Wanilia Sky. Puste i czarno – białe. We wszystkich oknach stały duże lampy owinięte płótnem jak meble w opuszczonych rezydencjach. Potem pomyślałam, że mogę sobie tutaj wyobrazić wszystko, skoro i tak nie ma nic. Wymyśliłam sobie cienie bez cieniodawców. I po ulicach zaczęły się poruszać cienie – cienie autobusów, samochodów, przechodniów, cienie miejskiego życia. A potem sobie przypomniałam, że muszę wstać do koni i jak zwykle w chwili, kiedy sen przechodzi w jawę – kątem oka ujrzałam kogoś w zielonej chyba kurtce trzymającego psy na podwójnej smyczy. I ostatnim jeszcze rzutem na taśmę nierzeczywistości zabiłam dwie duże muchy. Dużo większe niż te w realu.

5 lipca 2016.

Czytam „Rozbitka” – Stevena Callahana. Lubię takie książki, sama jestem rozbitkiem aż miło.

Mży lekki deszczyk, przestają wtedy na chwilę kosić trawę wszyscy dookoła zboczeńcy z kosiarkami. Łącznie z Rysiem, on też namiętnie kosi. Czy było możliwe życie bez kosiarek? Skoszona trawa, grill, a za domem obłąkany owczarek w kojcu i mamy gotowy portret Polaka cebulaka. Jakże ja nie lubię swojego kraju. Nie lubię i co gorsza nie kocham. Żadnego zresztą. Wszystko, co się łączy z granicami jest przeciwko wolności, a więc także kraj.

„Rozbitek” wiele mnie nauczył. To moje życie w pigułce, nie tylko moje zresztą. Ludzkie po prostu. Trzeba sobie rano postawić kilka zadań, a potem je wykonać i dotrwać w całości do następnego dnia. Pilnować, żeby wszystkie elementy rzeczywistości znalazły się w tym samym miejscu jutro o tej samej porze i w ten sposób zachować ciągłość istnienia.

Jego, rozbitka symbioza z naturą to coś, co mu ustawiło zdrowie psychiczne mimo potwornego zagrożenia. Ja też pośród tych psów i koni mam poustawiane. Są rzeczy, które muszę po prostu fizycznie ogarnąć, wiem co zrobić z ciałem. Człowiek jeszcze nie wie, jak się żyje bez ciała, a z ciałem trochę mu się poluźniły więzi. Przestał być częścią natury zachowując jednocześnie materię. I zaczyna się stres i fiksacja.

Mam problem z emocjami. Koryfeny stały się dla mnie czymś więcej, niż pożywieniem, nawet czymś więcej niż zwierzętami. Postrzegam je jak równe sobie – a pod wieloma względami nawet lepsze niż ja. Ich mięso utrzymuje mnie przy życiu. ich dusze dotrzymują mi towarzystwa. Ich ataki na tratwę i walka podczas polowań czyni je godnymi przeciwnikami, a jednocześnie są mi przyjaciółmi. Jestem wdzięczny za ich mięso i towarzystwo i boję się ich siły. Zastanawiam się, czy mój głęboki szacunek dla tych ryb ma korzenie w szacunku moich indiańskich przodków dla sił natury.

Ujarzmiając naturę sami sobie nakładamy jarzmo, chociaż to brzmi niedorzecznie. Myślę, że to jest owo tajemnicze słodkie jarzmo z ewangelii. Nie ma się co łudzić, że wygramy. Nie wygramy. Natura nas pokona, bo mózg też jest materią. Używając go do koszenia trawy nie zapominajmy, że ona błyskawicznie porośnie nasze groby. Jedząc mięso miejmy świadomość, że sami nim jesteśmy. Rozbitka uratowały ryby, bo mógł je zabijać i zjadać, ale były także jego przewodnikami po morzu. Czasem myślę, że cała ta cyfryzacja to podświadomy, z najgłębszych instynktów wynikający desant, szalupa, lądownik czy jak go zwał – na wypadek, gdybyśmy pewnego pięknego dnia zjedli własny ogon. Zostanie po nas zaszyfrowana informacja i dzięki niej białko w odległym kosmosie znowu się podzieli. Plum!

Fascynuje mnie owo tajemne prawo życia. Osnowa, dla której jednostka stanowi wrzeciono i tka swój nędzny dywanik od narodzin do śmierci. Poszczególne wzorki różnią się, jak linie papilarne albo płatki śniegu pod mikroskopem, ale z daleka te różnice są niewidoczne. Moje życie jest tylko moje, ale prawa, jakie nim rządzą, są odwieczne. Wszystkie istnienia mają jedno źródło, jak wszystkie losy. Rozbitek i jego 76 dni na oceanie to moje życie rozpisane na lata. Określone przedsięwzięcie, które gdzieś zmierza. Wykonać! Doświadczenie generuje mądrość i kolejne doświadczenie. Kolejna mądrość wysnuta z niego i kolejne doświadczenie. W końcu ostatnie doświadczenie – śmierć – i po niej mądrość zaliczonej śmierci. Życie rozbitka na wodzie było pełnym doświadczeniem, łącznie z doświadczeniem śmierci. W każdej chwili uczymy się jednocześnie żyć i umierać. Nie można oddzielić tych stanów, nie można tylko żyć, ani tylko umierać. Jeśli za dużo jest w nas życia śmierć się wdziera brutalnie i niszczy nadmiar. Jeśli odwrotnie – walczymy o to życie w oceanie śmierci – ono się wyswobadza i zwycięża.

Być może dzięki tej lekturze czuję, że przesadziłam z odpowiedzialnością. Za dużo psów, za dużo wszystkiego. Dlatego wszędzie czuję śmierć i lęk.

Nie jest to jeszcze starość, o której myślałam widząc siebie jako pisarza. Jestem psiarzem, a nie pisarzem. Przez głupią literówkę zajmuję się psami w całej Polsce. Nici się poplątały, wzorek się przekrzywił.

Śmierć węszy, co by tu zabrać.. Śmierć czeka na granicy, jak celnik. Na granicy cierpienia, rozpaczy, wysiłku, wysokości i upadku. Na końcu każdej złej drogi czeka śmierć, żeby coś zabrać, zanim zabierze nas.

Ci ludzie nie znają mnie. Nawet nie mówimy wspólnym językiem. Jak mogliby poznać każdy etap piekła, przez które przeszedłem. A jednak mam wszechogarniające uczucie, że jesteśmy jednym, w tym momencie widzimy życie tak samo. W ich oczach widzę odbicie mojego losu. Drogi naszego życia są inne, ale esencja istnienia jest taka sama. Tam, na dnie „Clemence” pozostali moi przyjaciele. Nie zapomnę ich koloru i siły, ich lśniącego lotu. Zastanawiam się, czy tam, za plażą, w przejrzystej, niebieskiej wodzie, dwie szmaragdowe ryby szukają nowej ławicy, z którą mogłyby pływać przekazując opowieść o tym, jak zwykłe ryby nauczyły człowieka największej tajemnicy życia.

8 lipca 2016.

Co sekundę macham packą. Pisząc, że lubię muchy mam na myśli zabijanie much. Poza tym już niczego nie zabijam i nie zjadam.

Franek chce się żenić, strasznie z niego porządny człowiek, po kim on to ma? Najwięcej ma po moim ukochanym ojcu. On też się od razu żenił, jak się zakochał. Ja wychodziłam za mąż z rozsądku i też wyszło jak wyszło.

24.08.2016.

Kiedy jadłam gapiąc się w telewizor facet powiedział w jakimś filmie, że śmierć to tylko przejście na wyższy poziom. I w tej samej chwili żarówka wyleciała z lampy prosto na mój talerz.

Truśka ma uraz rzepki kolanowej. Zośka sprzedała konia, którego wytrenowała. Franek rzeczywiście się żeni, a poza tym świetnie pisze. Świetnie. Szkoda go. I kto to mówi?  Każdego szkoda – pani szkoda, pana szkoda, całego społeczeństwa szkoda. Zakon nie jest dla sprawiedliwych a rodzina dla pisarzy.

Śniło mi się, że nagle niebo pociemniało i drzewa spadły na stajnię, stajnia się zawaliła, próbowałam wyprowadzić konie, Rysio sobie poszedł, wołałam rozpaczliwie, żeby zawrócił, ale już był za daleko. I co? I nic. Trzęsienie ziemi, ale we Włoszech.

25.08. 2016

Znowu mi się śniła Kożuchowska, Karolak i reszta, że mnie bardzo przepraszają za to, że nie odbierają telefonu w sprawie fundacji i żebym jednak dzwoniła. Dobrze, że to był sen, bo nie zamierzam już nigdy dzwonić. Potem, w tym męczącym śnie bardzo bogata baba, właścicielka jakiegoś naszego psa zapraszała wszystkich na kolację po aukcji. Justyna Wełna, tak się nazywała. I jeszcze mi się śniło, że mam strasznie długie włosy na nogach… (zamieniłam się w psa?). W senniku taki zarost oznacza bogactwo. Chyba wrażeń.  Wstałam nieprzytomna o dziesiątej. Jak wyprowadzałam tę bandę na pastwisko miałam poczucie, że jestem gwiazdą filmową, bo ten sen się we mnie wciąż kołatał i od razu koń mi nadepnął na nogę. Teraz mnie boli cała stopa, ból promieniuje od najmniejszego palca z ledwie widoczną resztką lakieru. Następny pedicure za rok.

Śniło mi się, że wszystko się spełnia. Że jestem bardzo szczęśliwa chociaż stara, nie umalowana i w szlafroku. Prawdopodobnie najszczęśliwsza jestem, kiedy śpię. Senność to jest mój stan ducha teraz. Senność to już powoli śmierć. Nie szkodzi. Sądząc po moich ostatnich refleksjach nad rozbitkiem – śmierć to przydatna opcja w sytuacji, kiedy dookoła zbyt wiele życia jak na jedną osobę. Coś musi umrzeć, na początek we mnie.

Espania ledwo już łazi, co zrobię, kiedy zupełnie  straci sprawność ? Wiadomo co zrobię, ale jeszcze o tym nie myślę.

Trusia też kuleje, musi mieć operowaną rzepkę w kolanie. Sypiemy się wszyscy.

2 września 2016.

Uwielbiałam tę datę, koniec wakacji, szkoła, biurko, nowe zeszyty, normalność. Przeżyłam straszliwą noc w mieszkaniu matki w Krakowie, boże jak ona w kilka lat potrafiła zamienić to czyściutkie, eleganckie lokum w stęchłą norę…Smród papierosów, zakiszona pościel, na ścianach tkaniny, z których się sypią jakieś grube kłapcie jak na zapajęczonym strychu. Każdy kubek nosi ślady wielokrotnego niedomycia, lepkie łyżeczki, popielniczki obrośnięte skamieniałym popiołem… Na dywanie okruszki z pięciu lat wdeptywania. Kraków wita. Nie spałam, pociłam się, wyciągnęłam z szafy zwietrzałe perfumy i pokropiłam nimi poduszkę. Biorąc pod uwagę, że dwie godziny wcześniej pies pasażer zesrał mi się w aucie i jechałam w psiej kupie – ten dzień traktuję jako karę za wszystkie grzechy świata.

3 września 2016.

„Rozbitek” mną wstrząsnął. Ożyłam.

Pani Gorczyczewska w Białym Zdroju zawsze mówiła, że człowiek nawet nie wie, ile jest w stanie wycierpieć. Granice wydolności, kiedy się już zdarza je poznać – wpędzają nas w najwyższe zdumienie, tak bardzo są daleko od strefy komfortu. Strefa komfortu to obecnie popularny termin i popularny sposób na rozgrzeszanie się z wszelkiej empatii, czy choćby przyzwoitości. Okazuje się jednak, że czym innym jest zmaganie z naturą a czym innym ze złem, które, podobnie jak natura – tkwi w człowieku. Ludzie nie potrafią się pozbierać po wojnach, reżimowych potwornościach i okropieństwach wymyślonych przez bliźnich, ale wychodząc żywym po przygodach na oceanie, albo po zdobyciu Himalajów nie czują traumy lecz wdzięczność. Nie są połamani, lecz pokorni. Doceniają życie, ale doceniają także własną wartość. Te same rany na ciele inną przynoszą świadomość. Święta prawda. Kiedy konie szarpnęły i poleciały spłoszone wyrywając mi z rąk uwiązy, bo runęło z hukiem ścięte drzewo w lesie – upadłam na twarz, ręce miałam poobdzierane na łokciach i zdartą skórę z dłoni, bolał mnie mostek i zaliczyłam w głowę kopytem, ale je połapałam i doprowadziłam na pastwisko. Wieczorem w łóżku czułam się jak wojownik, czułam, że życie potrafi boleć i że czasem powinno boleć. Czucie to dar.

5 września 2016

Zapomniałam napisać, że śnił mi się Maciek, pogadaliśmy tym razem, śnił mi się prawie jak Godfrey, bez pretensji nareszcie. Pytałam go, co tam robi, czy w ogóle coś tam się robi w sensie życiowej aktywności. Ponoć tak. A potem pytałam o śmierć, czy to bolało. Powiedział, że nie, ale że ta perkusja pod koniec życia była męczarnią. Tak się wyraził, ładnie. Zaiste, udawanie bohatera w chwili, kiedy jest się nad grobem nie przychodzi łatwo. To życie, które się jednak kocha i jedyne, które znamy ciężko jest z podniesionym czołem zostawić w imię innego życia, które jest kompletną zagadką i nie ma żadnej pewności, że w ogóle jest.

Dzisiaj deszcz, Rysio przyszedł, sypnął koniom owsa i wyszedł. Czasem głupota jednak go dopada… To dobry człowiek, sumienny, ale jednak …

No nic, idę robić boksy, ścielić słomę i tyrać swoje obolałe plecy. Jeździłam wczoraj na Weni, już lepiej, tylko ten pysk ciągle zaparty po dwóch latach ciosania w prowincjonalnej szkółce. Nauczyli ją wszystkiego, prócz zaufania do jeźdźca. Smutne, wszędzie głąby, świat to jeden zagon kapusty.

15 września.

Uczucie niechęci do podejmowania czynności życiowych zniknęło. Bo to wrzesień, od razu inna rozmowa, inna pogoda, inny człowiek. Niby ten sam, znaczy ja, ale ja wrześniowa.

Życie. Życie to prąd. Jest czymś zupełnie innym niż ciało. Ciało nie jest motorem życia lecz odwrotnie. Ciało umiera bez życia. Jednocześnie ciało to jedyny sprawdzian, na razie – życia w nas. Ja mam czasem więcej życia jakby poza ciałem niż w ciele. I wtedy grubnę, śpię, ręce mam jak z ołowiu, na myśl o wysłaniu maila lub faktury ogarnia mnie rozpacz, nie piszę.. Nie, piszę, wtedy piszę jednak. Piszę z poczuciem winy, że to bezproduktywne zajęcie, jeszcze gorzej.

Dzisiaj Zośka przyjedzie, będzie ruch. Konie za oknem, pogoda jak w trzydziestym dziewiątym. Życia, które mi zostało, jeszcze trochę, jeszcze trochę.

Czytam Suzuki o Zen. Kyra jest zen, Truśka mniej. Truśka już po operacji i już napierdala pod płotem, psy to się szybko zbierają po zabiegach.

22 września 2016 – internet kaput. Powinnam malować, nie maluję już prawie, jeśli to brawurowo, ale bezdusznie. Zawsze wolę iść coś napisać. Ciekawe, że jak już mam przed sobą ekran i tekst, myśl zawsze umyka.. Gadam do siebie cały dzień gotowymi zdaniami a one znikają z głowy tuż przed napisaniem, jakby uciekały z powrotem w kosmos, z którego się ulęgły.

Brad Pitt rozwodzi się z Angeliną 2 lata po ślubie. Ślub to zawsze grób jest, zawsze. Nie ma miłości, dopóki rządzą hormony. A one silne są.. jeszcze czasem czuję ich niezwykłą moc przyciągania, te myśli, żeby się jeszcze jeden raz, ostatni, na pewno ostatni raz się zakochać. Tylko jak się potem z tego wyplątać?? Nie wiemy co to miłość, dopóki nie staniemy nad grobem. Wtedy dopiero zaczynamy rozumieć, że kocha się duszą. I nie jednego człowieka, lecz świat.

28 września2016

Oglądam „Wesele” Wajdy. Znam ten tekst na pamięć, każde słowo jest jak budzik. Twarze aktorów – umarłych, ale na zawsze prawdziwych w swoich rolach. Łapicki, Kownacka, Perepeczko, kogo tam nie było? Wagon gwiazd. Co dzisiaj ma potęgę takiego filmu, takiego tekstu, co się dzisiaj tworzy na taką miarę? Nic, bo czasy są inne, inne głębie. Inne wirtualne tumulty i cyfrowe widma. Dotykowe ekrany…jakaś pornografia w tym ukryta, znakomicie ukryta. Czy to dobre? Czy to ludzkie? Reklamy rzeczy, reklamy ludzi, rzeczywistość hipotetyczna, teoretyczna, bezzapachowa i sztucznie podgrzewana.

Nie tęsknię za Polską, tęsknię za inteligencją, za dialogami, za tekstem. Za dużo tych ikon, za mało słów. Ludzie dzisiaj, ludzie, których mam wokół siebie, wszyscy w sumie jak pośnięci… Czepiłeś się chamskiej dziewki…Jest coś na rzeczy z tym chwilowym braterstwem, które w istocie dzieli przepaść. I odwrotnie. Wajda z Wyspiańskim – nie znali się, ale ich porozumienie nie wymagało wspólnego czasu i miejsca.

Żyję po to, żeby pisać. Nie po to, żeby uszczęśliwiać psy, żeby malować, wystawiać, ale po to, żeby pisać. W mojej głowie cały dzień płyną zdania. Jakże czasami daleko jestem od tych pełnych pasji wolontariuszek przekonanych, że psy to ich życiowa misja. U mnie to czysty egoizm, nie potrafię się uspokoić na myśl o cierpieniu zwierząt, a spokoju potrzebuję jak tlenu. Uratowany to odhaczony, tyle mniej udręki za sprawą ich cierpienia. O tych uratowanych mogę teraz pomyśleć bez skurczów serca, w przeciwieństwie do całej masy aktywistek, które już o nich nie pomyślą, bo myślą tylko o następnych. Ich serca są nieustannie ściśnięte jak gorąca plastelina. W nagrodę dostają komentarze – jest pani aniołem, jest pani bohaterem. Mnie takie wpisy strasznie krępują, wstydzę się, nie jestem żadnym jebanym bohaterem i nie jestem aniołem (też w sumie jebanym). Próbuję sprostać życiu, żeby mieć spokój. Mam was gdzieś, kiczowate ciotki od komentarzy, boję się waszych komplementów, bo z równym zaangażowaniem potraficie kogoś zaszczuć. Więc zamiast ślepić w posty wyślijcie kasę na suche kulki a ja będę dalej sprzątać te mokre z podłogi, z moich dywanów za 50 złotych i ze stajni, bo żadna praca nie hańbi, żadna mnie nie czyni kimś wyjątkowym, bo wszystko co robię – robię dla świętego spokoju.

Każdego dnia myślę o nich i wciąż czuję ich ducha górującego nad moim. Za każdym razem, gdy jem rybę – przypomina mi się moja więź ze światem i to, że żadnego stworzenia nie powinno się jeść bez choćby myśli o wartości jego życia.

Wszystkie cytaty z książki „Rozbitek – siedemdziesiąt sześć dni samotnie na morzu ” – Stevena Callahana.