
Wrażenie po przeczytaniu Annie Ernaux „Lata” jest równoznaczne z zaburzeniem linii czasu. Wszystko, co po wojnie rozwijało się z szaloną prędkością w Europie Zachodniej – w identyczny sposób, z czterdziestoletnim opóźnieniem przerabialiśmy w Polsce po 89 roku. Nie w sejmie, nie w mediach i nie na forum międzynarodowym, tylko w naszych domach, najpierw rodzinnych, a potem w mieszkaniach, własnych albo wynajętych, w kuchniach z nowymi naczyniami z czerwonego plastiku, w pokojach ze składanymi regałami i na spacerach z dziećmi z zapasem kupionych bez kolejki bobofrutów. A ponieważ pomiędzy mną a autorką jest różnica jednego pokolenia a tyle mniej więcej wynosi spóźnienie – czuję się, jakby pisała o MOIM doświadczeniu zakładania rodziny w formującym się błyskawicznie systemie kapitalistycznym i o MOICH przeżyciach związanych z nagłym skokiem cywilizacyjnym oraz o tym, jak z buntowników stawaliśmy się społeczeństwem konsumpcyjnym. Pod spodem tkwią ukryte tęsknoty do pisania i bycia pisarzem, ( Annie zaczęła pisać na poważnie dopiero po sześćdziesiątce) a na wierzchu jest tak zwane dorosłe życie i rodzina z jej niesamowitym apetytem na stabilizację w nowej odsłonie. Nikt lepiej niż ona nie streścił tak skrupulatnie i na chłodno MOJEGO scenariusza, chociaż ona żyła we Francji a ja w Polsce. To dowód na to, jak bardzo jesteśmy zdeterminowani i kształtowani przez te same zjawiska, przez które przechodzą społeczeństwa całej planety, tylko w różnym czasie i nieraz ze sporym opóźnieniem. Ale to jest nieuchronne. Patrząc na życie moich dzieci, na ich precyzyjne wpisanie się w ten sam tryb porzucenia własnych fantazji na rzecz coraz bardziej naznaczonej konsumpcją stabilizacji – widzę oczami Annie Ernaux cały nasz rozwrzeszczany świat, jak robaka na widelcu. I to, jak wszyscy z obłędem w oku biegniemy po sukces i że to już nie jest marsz tylko wyścig. Bezsprzecznie zmierzamy coraz szybciej i coraz bardziej bezrefleksyjnie w tym samym kierunku. Pytanie, czy to dobry kierunek pozostaje otwarte.
Oto lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku.
Centra handlowe rozbudowywały się i mnożyły. (…) Robienie zakupów wymagało więcej czasu i uwagi zwłaszcza w przypadku tych, którzy mieli do wydania tylko najniższą krajową. Obfitość zachodniego bogactwa była na wyciągnięcie ręki w rzędach półek, wzrok nie obejmował wszystkiego, nawet gdy spoglądało się na sklep z początku głównej alei, ale i tak rzadko podnoszono głowę.
Wraz z podjęciem stałej pracy młode małżeństwa otwierały konto bankowe, brały kredyt na lodówkę z zamrażalnikiem, kuchenkę gazowo elektryczną i całą resztę, dziwiły się, jak bardzo życie w związku unaoczniło im, że są biedni, jak wiele powinni mieć i jak drogie jest to, co nagle okazywało się w najoczywistszy sposób niezbędne, a czym dotąd nie zaprzątali sobie głowy. (…)
Odkrywano szczęście uporządkowanego życia. Melancholię wynikającą z oddalenia się indywidualnych planów malowania, gry na instrumencie, pisania, kompensowało się satysfakcją, że uczestniczy się w przedsięwzięciu tworzenia rodziny. Z szybkością która wprawiała nas w osłupienie tworzyliśmy mikroskopijne komórki, szczelne i osiadłe, odwiedzaliśmy się nawzajem w gronie młodych małżeństw i młodych rodziców, osoby samotne zaś uważaliśmy za należące do niedojrzałego gatunku nieznającego rat oraz słoiczków bledina i Dr.Spock’a , a swoboda z jaką się przemieszczali w nieokreślony sposób nam uwłaczała.

A to lata osiemdziesiąte.
Przyszłość maluje się jej w ściśle materialnym kształcie : otrzymanie lepszego stanowiska, awans i zakupy, posłanie dziecka do przedszkola to nie marzenia lecz przewidywania. (…) Właściwie to przeszłość i przyszłość zamieniły się miejscami. Przedmiotem marzeń jest teraz to, co było a nie to co będzie : odnaleźć się znów w tym pokoju w Rzymie latem sześćdziesiątego trzeciego…
I przełom wieku.
Żyło się w obfitości wszystkiego, informacji i „opinii ekspertów”. Wiedziało się co myśleć o dowolnym wydarzeniu od razu, kiedy zaszło, o sposobach zachowania się, o ciele, orgazmie, eutanazji. Mnożyły się sposoby wysławiania swojego życia i emocji : „uzależnienie”, „adaptacja”, „przepracowanie żałoby”. Depresja, alkoholizm, oziębłość, anoreksja nieszczęśliwe dzieciństwo, nic już nie było przeżywane na darmo. Przekazywanie doświadczeń i fantazji tworzyło wzorce wyrażania siebie. Powiększał się obszar wiedzy. Rosła szybkość działania umysłu, dzieci w coraz młodszym wieku były zdolne do nauki, a powolność procesu szkolnej edukacji nudziła młodych, którzy błyskawicznie pisali smsy na swoich smartfonach.
W plątaninie koncepcji coraz trudniej było znaleźć jakieś zdanie dla siebie, takie, które pomaga żyć, gdy się je wypowiada w myślach.

To napisała dwadzieścia lat temu i to już do nas wszystko dotarło. Nie odkryliśmy więc Ameryki, Ameryka odkryła nas. Dogoniliśmy Francję. W żadnym razie nad tym nie boleję, przeciwnie, trudno mi uwierzyć, że komuna naprawdę zniknęła. Nie jesteśmy już białymi niedźwiedziami, łączy nas jednakowy przepis na życie. Konsumpcja jest czymś absolutnie naturalnym dla istot materialnych, mrówki też całe życie nic tylko przynoszą do mrowiska sosnowe igły. Nigdy nie mają dosyć, jak my zakupów i dlatego powoli wszystko jest na sprzedaż, nawet trauma. Jedyną rzeczą, która pozostaje człowiekowi świadomemu, że jest tylko śrubką w gigantycznym, niedającym się zatrzymać systemie jest tak zwana prywatność. To, co zostaje po wygaszeniu ekranów i reklam. Zapamiętane na zawsze obrazki z własnego życia, które zabierzemy do grobu jak szyfry naszego oddzielnego istnienia. A także miłość – wszystko, co robimy całkowicie bezinteresownie albo z pasji. Maciek miał świętą rację, kiedy mówił, że żyje się dla kilku wspomnień i paru wzruszeń. O tym jest ta książka. Bardzo polecam. Nobel zasłużony po wielekroć.