16 listopad 2016
Z braku żywego człowieka, do którego mogłabym się odezwać nie o psach, nie o polityce, nie o pieniądzach i nie o rodzinie – rozmawiam z duchami, które kiedyś, podobnie jak ja i z podobnych przyczyn – pisały dziennik. Tematy wymienione powyżej są podstawą międzyludzkich kontaktów i nie należy całości populacji dyskutującej z upodobaniem o pogodzie, psach, pieniądzach, rodzinie albo polityce – nazywać niepochlebnie ludźmi przeciętnymi, bo mogą się okazać dziesięć razy ode mnie lepsi, sympatyczniejsi i w ogóle bardziej niż ja pasujący do terminu „człowiek” w powszechnie uznanych kategoriach istot społecznych. Moje duchy piszące dzienniki boleją nad niebyciem istotą społeczną, niebycie istotą społeczną ich prześladuje, komplikuje im życie i wpędza na przemian w pychę i poczucie odrzucenia. Mają świadomość własnej wartości, ale nikt prócz nich samych tej wartości, przynajmniej w ich mniemaniu – nie dostrzega. Nie są potrzebni w dziedzinie, w której mają coś do zaoferowania, a każda inna dziedzina wydaje im się mało atrakcyjna. Dlatego piszą i piszą zazwyczaj dość ponuro. Dzienniki to najczęściej polemika z całym światem, użalanie się nad sobą i przerażenie normą, która innym jakoś wystarcza do szczęścia. Inni wcale nie muszą pisać, żeby istnieć, istnieją i nie piszą. Nie mają obsesji samotności i związanych z tym wyrzutów sumienia. Jeśli mają wyrzuty sumienia to nie z powodu samotności, bo mało ludzi jej pragnie na co dzień.. Przeciwnie, samotność zazwyczaj źle im się kojarzy.
Ale co ja opowiadam! Jaka samotność! Bez przerwy mam do czynienia z ludźmi, dawno nie musiałam przerabiać takich tłumów. Przegląd wszystkich typów, odmian i gatunków dzwoniących w sprawie oddania psa, znalezienia psa albo adoptowania psa. W tej ostatniej sprawie telefon wydaje się samą przyjemnością, czemu więc jestem wykończona, czemu czuję się wykorzystana, czemu mnie męczy na przemian zniechęcenie i poczucie, że kogoś zlekceważyłam. Kogoś, kto chciał pomagać, uratować…
Bardzo chciał „uratować jakiegoś psa” …jeszcze nie wie jakiego, ale najpierw musi opowiedzieć o tym, co przeżywali, kiedy odszedł Pucio albo Gucio. Ze szczegółami opowiedzieć na co chorował, gdzie go leczyli i za ile i że wszystko na nic i jakie to życie niesprawiedliwe. A kto inny o tym, jak przygarnęli kota zza płota i jak im sąsiad za to nasrał na wycieraczkę bo świat jest okrutny, ludzie okrutni, zwłaszcza sąsiedzi i na koniec, że zadzwonią za rok, kiedy się przeprowadzą do innych, lepszych sąsiadów. I godzina z głowy, dwie godziny z głowy, bo przecież nie mogę powiedzieć jak sklepowa – bierzesz pan te bułki czy tylko dupę zawracasz?
Dom dla psa nie musi być pełen książek ani pełen antyków, ani pełen forsy. Wrażliwość gwarantująca, że pies będzie właściwie odebrany, czyli mądrze kochany – zdarza się w każdym środowisku i na każdym poziomie funkcjonowania, dlatego z każdym, kto dzwoni w sprawie adopcji muszę rozmawiać, przynajmniej próbować rozmawiać. I dzień tracę na słuchaniu ludzi, których nigdy, w innej sytuacji nie miałabym ochoty wysłuchiwać. Te różne pańcie małomiasteczkowe, niegramotne, sromotne, wymiotne. Skądinąd poczciwe, gadatliwe, kłamliwe. Bo chcą tego pieska i nie chcą. Żeby był, ale żeby nie brudził.. I koniecznie na krótkich nóżkach. A kiedy indziej panie profesorowe, dyrektorowe napuszone, naburmuszone, nabzdyczone tokują, a mężowie kontrolują, dogadują, mówią z góry i z góry wszystko wiedzą. Nic nie wiedzą, a ja wiem. Od razu wiem, że gówno z tego będzie. Bo pies się nie dostroi się do powagi sytuacji, naszczeka albo naszcza w gabinecie na kozecie i pozamiatane. Są i tacy, którzy oczekują nadzwyczajnej wdzięczności, że w ogóle dzwonią, że są tak wspaniałomyślni i łaskawi! Nie kupią owczarka z hodowli za dwa tysiące, tylko się pochylą nad moim kundelkiem. Wypierdalać! Bez łaski! – chciałoby się krzyknąć a mówi się – to bardzo szlachetnie z pana strony. Kolejna opcja – pies dla dziecka. Niestety pies dla dziecka to najpopularniejszy telefon. Najlepiej szczeniak, żeby się nie mógł bronić, jak go bachory ciągną za łapy albo za uszy. Ludzie powinni się rodzić dorośli. O ileż mniej problemów i złych wspomnień.
Stanowczo lepsze od wielopokoleniowych rodzin są stare panny, albo wdowy bez dzieci. Doceniam je, chociaż potrafią się przyssać z historią całego życia, której muszę koniecznie wysłuchać. Jak wysłucham to w nagrodę pies pojedzie i będzie miał opowiadane co wieczór to samo, ale psu to nie przeszkadza. Przeciwnie, będzie zachwycony. Słucham, słucham, oczywiście, że panią słucham, bardzo współczuję. Rozumiem, to takie przykre, co panią spotkało. Nie do wiary, dobrze, że tylko tak się to skończyło, życie nas nie oszczędza, ale jest pani bohaterem, podziwiam. Podziwiam i odpadam. Nic nic, problem z zasięgiem, proszę przysłać zdjęcia świętej pamięci Paprotka.
Zdarzają się także pary jednopłciowe – najlepsze! Gwarantowana bezdzietność (przynajmniej w średniowiecznej Polsce) i wysoki poziom intelektualny. Niestety rzadko się zdarzają. Stanowczo za rzadko.
Co do osób duchownych – księża, jeśli dzwonią to co najwyżej w sytuacji, kiedy się pies przybłąkał na plebanię i szarga zębami świętości.
Im więcej odbieram telefonów tym bardziej czuję, jak wszyscy są samotni, jak bardzo chcą pogadać. Ludzie dzwonią do mnie, DO MNIE – bo chcą pogadać! Fatalny wybór, fatalny adres ! Niestety pies jest pretekstem nie do zbycia, a oni akurat nie mają komu się zwierzyć, nie mają komu o sobie opowiedzieć… No zaraz, zaraz, a gdzie współmałżonek, babcia i dziadek, rodzeństwo, sąsiedzi, tętniące towarzyskim życiem bloki i osiedla, gdzie są wszyscy? Żyjąc w centrum ludzkich tygli moi rozmówcy łakną zrozumienia jak tlenu, łakną zainteresowania swoim życiem, empatią, poświęceniem i wszystkim, czym chcieliby kogoś obdarzyć a nie mają kogo…
Jestem idealnym celem. Celebrytka od siedmiu boleści. Sprzedać mi swoją historię to prawie jak redaktorowi w telewizji. Byłam przecież kiedyś na okładce w Życiu na Gorąco i Hołownia ze mną wywiad przeprowadzał i z Karolakiem w Pytaniu na Śniadanie zapraszałam na wystawę. Gwiazda, panie. Takiej opowiedzieć o miłości do Misia ze schroniska to jakby dwa razy opowiedzieć, dużymi literami opowiedzieć. Nie grochem o ścianę.
Bo człowiek nie chce gadać z byle kim. Swoją ważną opowieścią obdarzyć byle kogo to jak do śmieci wywalić. W domu nikt nie zrozumie a do telewizji z tym nie pójdzie, skąd ja to znam? Ależ z autopsji! Też bym chciała, żeby mnie jedno z drugim wydawnictwo chociaż raz przeczytało. Tymczasem jednak wydawnictwa są poza zasięgiem, a telefony dzwonią. Każdy chce być zapamiętany, każdy chce coś powiedzieć światu, coś ważnego i od siebie.
Gdyby to był jeden telefon na tydzień, może nawet ulepiłaby się z tego jakaś ciekawa historia, ale pięć albo więcej dziennie? Mylą mi się już te uratowane kotki z okrutnymi siostrzeńcami i cudem odnalezione yorki z alergiami na owczarki, odwiązywanie od drzewa Gacusia, który potem żył siedemnaście lat i bał się wchodzić do lasu myli mi się z pływaniem na kajaku z przemądrym Budryskiem i wierność pewnej suczki z niewiernością pewnej żony pierdoli mi się zupełnie i zamienia w jakiś uniwersalny lament i zbiorową histerię. A każdy gada, gada, gada.
Ale bywa i odwrotnie. Dzwoni facet, bo to zazwyczaj jest facet i milczy jak głaz. Trzeba z niego wyciągać każdą informację jak sierp z tyłka, bo przecież muszę wiedzieć co to za dom, gdzie pies pojedzie ode mnie, więc na dzień dobry ja gadam, gadam, gadam. Że to lubi, tamtego nie lubi, tramwajem nie jeździł, boi się ludzi w rodzaju pana Rysia, szczeka na konie, poluje na szczury, goni koty, w życiu nie widział windy, zostawia wszędzie kłaki i wymaga czesania, psuje mu się ząb i trzeba czyścić, żeby nie śmierdział i nie bolał, uszy ma długie i zdarza mu się ropne zapalenie (są na to kropelki), ucieka jak biorę miotłę, śpi w łóżku, kradnie ze stołu a poza tym jest bez zarzutu. Facet odkłada słuchawkę i mówi do żony – jakaś niewyżyta, pół godziny mi do słuchawki nawijała a ja po trzecim zdaniu wiedziałem, że to za dużo problemów.
Jeden na dziesięć telefonów a nawet mniej – kończy się wyjazdem psa do domu. Jedna na dziesięć godzin mielenia ozorem nie jest godziną straconą.
Samotność jest jak deszcz, z morza powstaje by spotkać zmierzch…
-słynny kawałek Rilkego mi się przypomina. Jak to szło?
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.
Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem – bardziej jeszcze sami:
samotność płynie całymi rzekami…
To już lepiej spać z psami. I do rymu.