Żegnając OLKA….

Znało się fajnych ludzi. Takich, których nikt nie zastąpi i drugi raz się nie narodzą, bo byli wtopieni w inne czasy, czasy niepojęte dla następnych pokoleń. Nie chodzi o to, że dzisiaj jest gorzej, bo nikt przytomny nie zamieniłby się na socjalizm, małe fiaty, wódkę na kartki i papierosy z Peweksu, ale pewien rodzaj walki o przetrwanie – nie finansowe, lecz umysłowe– sprawił, że towarzyskość w tamtych pozornie jałowych czasach osiągała poziom dzieła sztuki. To przepadło bezpowrotnie; jedyne w swoim rodzaju poczucie humoru, refleks w ripostach, wyrazisty i rozpoznawalny styl bycia ludzi, których się wokół siebie miało, z którymi się spędzało całe dnie, tego już nie ma, bo zamiast żywych i prawdziwych mamy zdjęcia profilowe i ikony w sieci. To, co się dzisiaj dzieje na portalach społecznościowych, istniało w realu na Rynku krakowskim, w pracowniach malarzy, w nielicznych zadymionych kawiarniach, w Lanckoronie albo w Bukowinie u górali, w Kościelisku, na plenerach w Niedzicy, w domu na Warmijskiej, w mieszkaniach na Lenara, na Dietla, na Zbrojów. Wszystkie wieczory były nasze, bo słowo weekend nie było obecne w polskim języku, a wieczór był codziennie. W zasadzie bez przerwy rozmawialiśmy. Rozmawianie zajmowało połowę życia, nie z rodziną, nie z pracodawcą, nie przez telefon tylko twarzą w twarz z przyjaciółmi i znajomymi, z żywymi istotami. Pierwsza odpowiedź się liczyła, dzisiaj można usunąć albo edytować.  Ludzie tacy jak Olek, którego nagle zabrakło – byli w tej branży nieomylni. Mieć Olka na wyjeździe, na imprezie, na plenerze – to była gwarancja sukcesu, bo tak wtedy wyglądał sukces. Olka się cytowało przy każdej okazji, ale jego słynne historie najlepiej było usłyszeć w oryginale, bo miał niepowtarzalny krakowski akcent i zawsze dodawał nowe, jeszcze lepsze szczegóły. Nie wiem, czy był ktoś, kto go nie lubił, albo żałował, że go znał, zwłaszcza jeśli idzie o płeć piękną, czyli tak zwane baby. Baby go uwielbiały. Kiedy w południe sunął w stronę Rio na Brackiej – ciągnął za nim cały fraucymer zapatrzony w amerykańską wojskową kurtkę z zamkiem przy stójce i lekko opadające dżinsy. Teraz się mówi – miał liczne fanki. Dopóki się nie ożenił z moją siostrą twierdził otwarcie, że z żadną dziewczyną nigdy nie zerwał i dlatego w każdym mieście w Polsce może przenocować. Odpowiednio spore stężenie miejscówek posiadał rzecz jasna w Krakowie. Powodem była zapewne jego niekwestionowana uroda, bo przystojny był nieziemsko i równie nieziemsko tańczył. Co więcej, Olek znakomicie malował, nie wolno tego pominąć, miał niespotykaną łatwość i lekkość pociągnięcia, był mistrzem pejzażu. Wtedy bardzo dużo ludzi, którzy kończyli akademię świetnie malowało a pieniądze zarabiało się na chałturach, dekoracjach sylwestrowych albo wcierkach z Leninem na 1 maja i nikt z tego powodu nie robił ani zadymy, ani tragedii. Pieniądze były potrzebne, ale nie najważniejsze. Najważniejsze było życie. Życie towarzyskie. Graliśmy w karty, w monopoly, w rebusy, w państwa- miasta, w  snapa, w tysiąca, remika, canastę, pokera, złośliwego pokera, halmę, chińczyka i warcaby. Wywoływaliśmy duchy, paliliśmy skręty, piliśmy wódkę z sokiem malinowym, kradliśmy cukier i sraj taśmę z Kasprowego, rozmawialiśmy o Paryżu, Londynie, sztuce abstrakcyjnej, książkach, muzyce, śmierci, płycie z ciszą i ile węgla dołożyć, żeby wystarczyło do rana. Od Olka się dowiedziałam o utworze Smetany – Moja Ojczyzna, o wierszu Rilkego – Samotność, o filmie „Nocny Portier” , o tym jak smakuje Pastis, o farbach akrylowych i o Miriam Makebie. Unikał awantur, nie miał wrogów, ale strasznie był wyczulony na pretensjonalność i patos. Młode i piskliwe kobiety określał mianem – Helenka, a dojrzałe, zdystansowane – Hela. Na przykład, kiedy pokazywali w telewizji królową angielską na wyścigach w Ascot mówił – Hela ma fikuśny kapelusz. A odprowadziwszy pod dom pijaną małolatę z imprezy tłumaczył, że Helenka troszkę straciła orientację. Był wspaniałym przyjacielem, człowiekiem do granic możliwości uczynnym i życzliwym, pomagał nam w przeprowadzkach, remontach, wystawach, wyjazdach, sam jeździł do pracy do Londynu i każdemu coś zawsze przywoził, raz prosiłam go o cień do powiek w kremie, co było naprawdę problematyczne, ale przywiózł mi dokładnie taki jak chciałam. Mosz tu swoją maść na oko – powiedział i wręczył mi zamówiony prezent. Jeździł maluchem, zawsze z nosem przy szybie, był fatalnym kierowcą. Ponoć prawo jazdy zdawał kilka razy, a kiedy nareszcie zdał instruktor pożegnał go w te słowa – panie Olku, masz pan to prawo jazdy, ale ja pana błagam, niech pan w życiu nie siada za kierownicą bo się pan zabijesz! Inna słynna historia była o tym, jak jego przyjaciel Staszek Śmich pocałował Kantora w rękę, rzecz jasna z rozpędu i przez pomyłkę. Historii o Staszku było więcej. Na przykład, kiedy w kinie ludzie za głośno rozmawiali podczas seansu Staszek zebrał się na odwagę, żeby ich pouczyć i tak się zdenerwował, że powiedział kilka razy – prosiećkę trosiećkę prosiećkę trosiećkę ciszej! Co przeszło do kanonu towarzyskiego, rzecz jasna.

Jednym z hitów największych pośród olkowych opowieści była historia o wizycie u siostry Faustyny. Na prośbę pewnej bogatej damy z Londynu zgodził się wybrać do klasztoru w Płaszowie, by tam osobiście podziękować Faustynie za nadzwyczajną opiekę i za wszystko, co owa dama jej zawdzięcza. Niewiele myśląc kupił okazałą bombonierkę i pomknął pod wskazany adres. Odnalazł klasztor, zastukał do furty i zapytał, czy może porozmawiać z siostrą Faustyną. Tu się zaczynały opisy przerażonych Helenek, które nie mrugnąwszy okiem, lecz zachowując bezpieczną odległość zaprowadziły go w końcu do kaplicy, gdzie w bocznej nawie wisiał okazały portret Faustyny. Tam go osłupiałego zostawiły z nieszczęsną bombonierką. Słyszałam tę historię kilkanaście razy i za każdym razem skręcałam się ze śmiechu.

Olek miał długie włosy, ale obcinał je sam – najpierw z lewej, potem z prawej i znowu z lewej, bo były dłuższe niż z prawej, a potem z prawej, bo były dłuższe niż z lewej a potem odkładał nożyczki i decydował się chodzić z krzywo obciętymi włosami, bo nie chciał, żeby były za krótkie. Taki był nasz Olek, jedyny i niepowtarzalny, jak czas, w który się wpisał koncertowo. Wyssał z tego ponurego PRLu wszystkie barwy, o których dzisiaj nikt nie ma pojęcia, bo cyfrowa rzeczywistość zgarnęła wszystko. Wierzę, że to, co po nas zostaje, to właśnie życie, a życie jest czymś, co się przeżywa. Życie nie jest na ekranie, życie wymaga włączenia silnika i uruchomienia wszystkich zmysłów. Energia, która nas napędza nie powstaje w laboratorium. Kiedy sobie przypomnę Olka czuję, że kiedyś żyliśmy bardziej. Może i biedniej, może nie tak komfortowo, nie bardzo wystawnie, ale bardziej. I za to ci będę każdego dnia dziękować kochany Olku– wdzięczna na zawsze – Helenka.

.