Popsuła mi się spacja w obu kompach, bo mi się popsuła w życiu. Dobry Boże przywrócić mojemu życiu spację!!!
23.11.2016
Kradzione 10 minut, tyle mam na pisanie, równie kradzione rysowanie. Jestem tu jeszcze, na tym świecie! Do kogo ta mowa? Do tych, których wysłałam w kosmos? Zapewne nie. A więc, jeśli tak się teatralnie domagam zauważenia to wyłącznie zauważenia przez siebie samą. Znowu żyję życiem, które mogliby za mnie odbywać moi słudzy, gdybym ich miała. A że nie mam i mieć nie będę, bo słudzy też by mnie wkurwiali kręcąc się tutaj i pytając co chwilę czego potrzeba, to do siebie jedynie mogę wystąpić z pretensjami o utratę życia właściwego w moim pojęciu na rzecz niewłaściwego w moim pojęciu. Zamiast mówić sobie – do roboty! –powinnam powiedzieć – rzuć tę robotę. Rzuć natychmiast każdą robotę, która jest tylko obiektywnie pożyteczna. Zamień ją na obiektywnie daremną. Ale tu się okazuje, że najcięższą ze wszystkich prac jest tak zwana praca twórcza. To praca najtrudniejsza zarówno do rzucenia, jak do wykonania. Ludzie nie mają pojęcia co to za przekleństwo. Ludzie są szczęśliwi nie mając codziennie tych samych gór do zdobycia.
Problem wieku podeszłego to problem zużytej baterii. Rozrusznik potrzebuje więcej czasu zanim zaskoczy, a napięcie siada. Stajemy się teoretykami życia. Zamiast eksplozji mamy wyciek, to za mało, żeby zatańczyć na lodzie. Bez napędu nie pojedziesz, salta nie wykręcisz. Trzeba czekać na skumulowanie sił, żeby móc przypuścić atak. Coraz dłużej trzeba czekać. Zmniejszyć aktywność ciała na rzecz ducha. To jest trudne, bo odejmowanie w ogóle jest trudne, a każda czynność pochłania coraz więcej energii i czasu. Mój mózg po codziennym wysiłku zasypia z całą resztą mięśni. Nic z niego nie jestem w stanie wykrzesać. Więc balansuję pomiędzy przyczajeniem a bezczynnością. Przyczajenie to rutynowe zajęcia z widłami i miotłą, bez których zapewne sflaczeję do reszty. A bezczynność to klikanie po ciekawych stronach internetowych z nogami na podnóżku, co z kolei może mnie łatwo ogłupić. I tak się miotam od rana, chociaż na zewnątrz wszystko wygląda normalnie. Życie się toczy, to życie, które mogą za nas odbywać nasi słudzy….
25.11.2016
Kiedyś to się siedziało na ławeczce pod domem, jak pani Krysia, która nie żyje od trzech lat i jej znienawidzony mąż Felek, który nie żyje od pięciu lat. Mogli się nie wiem jak nienawidzić, ale na tej ławeczce przed domem byli zen. Ani drgnęli – siedzieli, milczeli. Patrzyli na drogę, na kury, na kasztana w rogu podwórka, na wszystko tylko nie na siebie nawzajem. Nie palili papierosów, nie biegali po kawę, nie zerkali w telefony, nie ćwiczyli mięśni szyi, nie dłubali w nosie. Zastygali nie zdając sobie sprawy z faktu trwania w doskonałej medytacji, czyniąc ją medytacją jeszcze doskonalszą. Ja tak nie potrafię, jestem rozedrgana, spięta, zniecierpliwiona albo ociężała, znużona, obolała, senna. Kiedyś taka nie byłam, jeszcze nie tak dawno, w Krakowie siedziałam w fotelu i długo oglądałam obrazy pod powiekami. Teraz te obrazy gasną jak światło na drodze o północy. Pogrążam się w ciemności i zasypiam wbrew swojej woli, a prawdziwe życie gdzieś czeka, o ile jeszcze ze mnie nie zrezygnowało. Kiedyś wyskoczę z karuzeli i postawię ławeczkę przed domem. Będę zen, na razie tylko moje psy są zen.
1 grudnia 2016.
Jak prawdziwa celebrytka mam hejterów, specjalny profil założony po to by mnie wyszydzać. Czasem mam wrażenie, że po Maćku został mi tylko wyciek danych. Ludzie wiedzą, że istnieję, bo jestem wdową po aktorze i to wystarczy, żeby stracić status zwyczajnego człowieka. Najgorsza forma dostępności, która niczego nie ułatwia, ale prowokuje. Fundacja tylko pogorszyła sprawę. Moje potknięcia są niewybaczalne i nabierają charakteru klęski. Kiedy MÓJ pies znajdzie dom – radość jest równie nadmuchana jak sromota, kiedy wróci z adopcji. Kiedy MOJA fundacja ma długi – stwarza to ludziom okazję do wylania na mnie wiadra z gównem. Zero litości, zero kurtuazji. „On się w grobie przewraca „ – pisze moja niedawna „przyjaciółka” a obecna wierzycielka – waga sto kilo , dwa zęby z przodu i to nie frontowe, siedem pierścionków na każdym tłustym palcu i ruda grzywa z ciemnym odrostem. Za nią bieży maleńki mąż, dotychczas ukryty w zakamarkach jej zwalistego ciała, człowieczek śmierdzący psią szczyną, który dotychczas niewiele się odzywał a teraz pokrzykuje o zemście i aresztowaniu. Nie mnie, lecz moich psów.. A więc przeszli do ataku. Biedni, prości, skromni ludzie skrzywdzeni przez nieuczciwą bogaczkę z Warszawy.
Jestem zakładnikiem sukcesu, jak to się teraz ładnie określa. Za brak sukcesu można mnie obrzucić błotem. Nikt mnie nie obroni, bo nikt na Olimpie nie kiwnie palcem w mojej sprawie. Już mnie tam nie rozpoznają, nie zaryzykują kariery dla setki zadłużonych kundli pod sztandarem kolegi nieboszczyka. Zostałam sama pośród sępów.
W towarzystwie ludzi takich jak ruda słonica zawsze czuję w powietrzu szantaż. Spróbuj się nie zaprzyjaźnić a popamiętasz, spróbuj nie zapłacić, jeszcze gorzej. Czuję tę niezdrową ciekawość, której nie potrafię zaspokoić, bo jestem nikim, jestem pisarzem, wie ktoś o tym? Interesuje to kogoś? A tym właśnie się czuję.
Jest jeszcze druga psiara od siedmiu boleści, niemniej groźna. Najpierw straszyła sądem moich wrogów a potem do nich przystąpiła i szczeka po przeciwnej stronie płotu, chce mnie pożreć i nasyła komorników, pisma z krajowego rejestru długów i policję. Jezu ci ludzie…Najgorsze, że te psy raz uratowane wymagają zazwyczaj uratowania po raz drugi. Łatwo jest przywieźć biedaka do hotelu, trudniej potem za niego potem płacić. Jak to trudniej? Celebrytka, żeby nie miała na psi hotel?? A gdzie Karolak, gdzie Kożuchowska, gdzie Pazura?? Niech teraz oni płacą. No niech płacą. „Niech” – ładne słówko, co to jest – przyimek, zaimek, imperatyw kategoryczny?
26 listopad 2016
Śni mi się moje życie w Białym Zdroju, takie, jakie bym miała, gdybym nie wyjechała. Ten sen powraca bardzo często, zaryzykuję stwierdzenie, że się wyświetla w odcinkach. Wracają ogromne pokoje do remontu, dotychczas nieodkryte. Dom się rozrasta, jest coraz większy, mam pod nogami masę rzeczy do sprzątnięcia, pudeł do przejrzenia, mebli do ustawienia. Na podwórku ogromne, stare fotele, nie wiadomo co z nimi zrobić. Fotele wielkie jak krzesło Kantora. Jest miejsce, jest przestrzeń, nie ma sił. Długi korytarz, a w nim drzwi, za drzwiami wielkie salony, odrapane kominki, ciężkie kotary, brudne okna. Kto to ogarnie? Kuchnia piękna, ale dwa razy większa, a przecież i tak była duża. Piec pośrodku ogromny, rozpalony, z sufitu wyrastają suche wianki z papryki i czosnku, pod ścianami masa drewnianych kredensów. Nie ma ogrodzenia, dom stoi, jak stał, pośrodku wsi. Zajeżdżają auta, robi się błoto. Mam tutaj zostać, skoro przyjechałam, muszę zostać, bo ktoś musi. Jest pięknie, naprawdę pięknie, ale nie ma ucieczki a ja jestem zmęczona, strasznie zmęczona.
Potem mi się śniła Zośka, której na chwilę powierzyłam malutką Sufi w wózku dziecinnym a ona tak się zagapiła, że ją wrzuciła do kanału. Wskoczyłam za Sufi i wydostałam ją, moje psie niemowlę i miłość największą, jakiej nigdy nie poznałam, nie czułam do ludzi. Taka miłość w wydaniu ziemskim, krwistym, silnym; zaborcza, z nieustanną potrzebą przytulania, dotykania, dbania, podziwiania. Fetysz. Świętość – mały piesek. Dajmon, bez którego nie czuję się kompletna. Rozpacz na myśl, że go kiedyś zabraknie, że mogłoby mu się coś stać, poczucie winy, że nie dopilnowałam, nie zapobiegłam, najniższe instynkty, którymi tak pogardzam z wyżyn moich duchowych odlotów.
Ten rok był najtrudniejszy ze wszystkich lat mojego samotnego życia tutaj, porównać go mogę z pierwszym rokiem w Białym Zdroju, pierwszym rokiem w Krakowie, pierwszym rokiem w Gąsawach oraz pierwszym rokiem po śmierci Maćka. To był, co prawda, drugi rok fundacji, ale pierwszy zaliczam do tak zwanego szczęścia początkującego, więc nazwijmy go zerowym. A po nim ten, który się kończy i który żegnam z nadzieją, że chmury nie są wieczne, bo nic nie jest wieczne, prócz życia.
Już żadnych początków, błagam. Chcę kończyć, grzęznąć w monotonii, powtarzalności, bezruchu.
28 lstopad 2016
Śmierć lub sąd, ruina, kara, więzienie, które nagle dopadają intelektualistę przede wszystkim wprawiają go w zdumienie – ale za co, po co? Po co się zajmować takimi sprawami? Po co się sądzić, zabijać, męczyć, nękać. Żyjmyż sobie spokojnie pośród książek. Równocześnie nikt bardziej niż intelektualista nie jest podatny na sprzeciwianie się absurdowi, głupocie, okrucieństwu. Wielu z tego powodu nagle zgilotynowano.
30.11.2016
Na myśl o wyjeździe mającym na celu uczestnictwo w uroczystości nadania imienia Maćka szkole dla trudnej młodzieży ogarnia mnie znajoma niemoc, a to już pojutrze.
Pojutrze. Minie. Wszystko minie, życie minie
W konfrontacji z ludźmi, ze światłami, z miejscem publicznym czuję się jak ten biedny kwant przyłapany przez obserwatora. Chciałam pozostać falą a oni ze mnie robią cząsteczkę. Pod ich spojrzeniem nabieram masy, staję się widoczna, już się nie przemknę na wolność, zostałam zatrzymana, osadzona w rzeczywistości i muszę się do tego jakoś odnieść. Bramka się zatrzasnęła, od teraz jestem już tylko tym, za kogo mnie mają; posiadam imię, dowód osobisty, życiorys i gotową, napisaną historię. Każda rozbieżność powoduje zgrzyt, dlatego będę się wstydzić swoich starych butów, swojej wagi, wzrostu, spadających okularów i końskiej kupy na podeszwie. Obejrzą mnie ze wszystkich stron, bo tak się postępuje z cząstką. Będę stała na środku mrużąc oczy jak kot Schroedingera wydobyty z pudełka. Wolę być martwym kotem. Śmierć sprawi, że odzyskam wolność, stracę materialną, fałszywą wersję. Bycie żywym kotem niczego dobrego nie wróży z punktu widzenia kota.
Czuję swoje prawdziwe istnienie, kiedy słucham muzyki, patrzę na ośnieżone pola albo czytam pięknie napisane zdanie, które mogłoby być moje. Szukam, węszę jak pies po farbie. Nasłuchuję, nieruchomieję i próbuję łapać sygnał a cały świat mi przeszkadza. Wtedy mi się wydaje, że wszelka rzeczywistość to jedynie zakłócenia na paśmie wieczności.
3 grudnia 2016
Może to i zabrzmi jak resentyment, czyli dorabianie teorii do własnej niemocy, ale wiem z całą pewnością, że materialna obfitość jest wprost proporcjonalna do zniewolenia. Wolność to potencjalność wszystkiego, wolność to etap fali, cząsteczka jest już przyszpilona do tablicy. Zdeterminowana na swój los nie wykupi się, chociaż tak właśnie uważa. Uważa, że pieniądze to taki sam potencjał jak kosmiczna próżnia, stan niedookreślonej, wymykającej się wszystkiemu fali. Nieprawda. Wcielenie nas wikła w materię, zaczynamy ją gromadzić w nadziei na coraz rozleglejsze horyzonty, a to tylko coraz grubsza zasłona. Coraz szczelniej nas odgradza od ducha, chociaż miała stanowić idealne tło medytacji. A to tylko iluzja, panneau, jak w zamkniętym muzeum albo w teatrze. Wypchane sarny a za nimi panorama namalowanego lasu. Podrygujące marionetki w pałacu z tektury. Medytacja obywa się bez tła. Asceza buddyjskich mnichów otwiera im umysły i uwalnia dusze. Twórczość jako owoc ducha uchodzi za przedmiot lepszego rodzaju i naraża się na wycenę. Ale artysta nie powinien się sprzedawać. Nie oznacza to, że ma chodzić głodny. Oznacza, że nie powinien się naginać do niczyich oczekiwań. A moje życie to nieustanne zadowalanie klientów za byle jakie pieniądze. Ta prostytucja mnie niszczy, niewiele zostało do zamknięcia burdelu pod szyldem -„Portret na zamówienie”.
Odpocznę rok, może dwa i zobaczymy, może jeszcze wrócę do rysowania, bo o ile pieniądze nie dają spełnienia to gwarantuje je dobry uczynek, dobry obraz czy też tekst. Spełnienie polega na tym, że stwarzamy coś, co żyje już własnym życiem i nie podlega wymianie. Nie generuje natychmiastowego kolejnego pożądania, jak każda nowa rzecz, którą sobie sprawiamy tylko po to, żeby zobaczyć, jak bardzo cała reszta okazuje się nieznośnie zużyta. Do usranej śmierci wymieniamy rzeczy na lepsze i zawsze są lepsze od czegoś, co wraz z ich nabyciem robi się gorsze. Pułapka zastępowania starych rekwizytów nowymi, kupowania i urządzania kolejnych miejsc, rozwijania firm i poszerzania produkcji, kolekcjonowania klejnotów i własnych wysp – polega na tym, że to się wydaje twórcze, że wciąga. Teraz wielki biznes podnosi się niemal do rangi sztuki, finansowy sukces stanowi owoc duchowego przebudzenia. Wszystko się koncentruje na jakości zasłony. To imitacja tworzenia, karykatura pasji, bo pasja jest z natury swojej altruistyczna. Tłumaczenie, że dobry biznes służy ludziom i podnosi ich świadomość to hipokryzja. Tylko pasja i sztuka zawierają w sobie prawdę wcielenia, reszta to ściema, pozory życia. Połączenie sztuki i biznesu diabeł uznał za swoje największe osiągnięcie i wciąż odbiera gratulacje.
5.12.2016
Piszę książkę o Godfreyu, który swoje genialne katedry rysował w wilgotnej suterynie, wiecznie głodny, bo musiał dużo zjeść, żeby doświadczyć sytości żołądka, popijał paskudną herbatę z fusami i tuszem, maczając w niej piórko przez nieuwagę. W spartańskiej codzienności, jak w klasztornej celi spędzał czas na rysowaniu jak na modlitwie. Marząc rzecz jasna o dobrych samochodach i willach na riwierze, ale wobec braku powyższych skupiając się na tym, co robił najlepiej. Nie miał nic, prócz rysowania, więc rysował.
A kiedy już pieniądze wdzierają się szturmem w nasze „gołe życie”, bo się okopaliśmy, czegoś się dorobiliśmy, urządziliśmy się, zabezpieczyli, osiedli – wtedy odruchowo szukamy samotności, zamknięcia, bo mamy w sobie dziwne poczucie, że należy spłacić dług hojności życia. Jest w artyście uparte przeświadczenie, że tylko czas tworzenia nie jest czasem straconym. I że wszystko powinno temu służyć, bo inaczej jest nieuczciwie. Identycznie rozumuje filantrop.
Rozmyślając nad swoją kryjówką, w której od lat chciałabym wszystko wymienić na lepsze wybieram się z wizytą do tak zwanych normalnych ludzi. Zawsze się denerwuję, jak żołnierz na przepustce, żeby dobrze wypaść w towarzystwie i jednocześnie nie wypaść z ram. Jestem kosmitą, ale dopiero na tle ziemian istnieje niebezpieczeństwo odkrycia różnicy. Żyję w izolacji, moją rodziną jest stado psów, z ludźmi kontaktuję się przez telefon. Nikt mnie nie ogląda, a lustro na mój widok zachowuje kurtuazyjne milczenie. Czasem zupełnie nie wiem, jaki mamy dzień tygodnia. Najlepszy jest taki, kiedy nie muszę nigdzie jechać i nic robić. Dzisiaj muszę. Muszę jechać w odwiedziny. Ubieram się niewygodnie. Nigdy nie jest wygodnie, zawsze jest jakoś ciasno, za grubo, jak to w kosmicznym kombinezonie poza statkiem. Albo w zoo poza własną klatką. Każda klatka to obce środowisko, obcy gatunek, nieznane obyczaje, dziwne rośliny, inne pożywienie. Tylko własna odpowiada moim warunkom przetrwania.
Rodzina, którą odwiedzam jest na wskroś zgodna, szczęśliwa i normalna, mało jest takich rodzin. Życzliwych, kochających się rodzin z dwójką dzieci. Żyją w miarę dostatnio, starają się. Jak na nagrobku u Voneguta. Naprawdę się starają, mało ludzi się stara. Wyjeżdżają razem na urlop i nikt z tego powodu nie jest bliski samobójstwa, ja bym była. Umawiają się ze swoimi różnymi znajomymi, ja nie mam znajomych, bo nie chcę się umawiać. Lubią stadne życie, dla mnie ono było największym ciężarem. Nie chcą uciekać na bezludną wyspę, nie marzą o samotnej starości, wolny czas spędzają razem, razem ze sobą i z dziećmi. Ja błogosławię, że moje dzieci nie są już dziećmi. Są otwarci na kulturę, kupują ode mnie obrazy, dzięki nim kilka razy przeżyłam. Chcą za to opowieści o życiu artysty. Ale co ja im powiem? Że artysta wstaje z łóżka i na myśl o rysowaniu ma poranne mdłości?
Posiedziałam godzinę i uciekłam. Taka wizyta mnie wykańcza, długo dochodzę do siebie. Jestem wytrącona z mojego klasztornego rytmu, jakby mnie kto z widowni siłą wyciągnął na oświetloną scenę. Taką nieprzygotowaną i nienauczoną tekstu. A potem muszę zejść ze sceny w mroczne rzędy krzeseł i też źle. Jak tej gąsienicy, co się zapatrzyła na słońce.
Wszystko kręci się wokół psów. Dostosowuję do nich cały mój dzień. Pracuję pośród nich. Rozmawiam z nimi. Siedzę w tym po uszy, jestem stracona dla zwierząt, już się nie odnajduję w normalnym świecie. Być może wpadłam w zupełnie inny wymiar rzeczywistości, ów raj, gdzie lew idzie w parze z barankiem. Jest w tym myśl nieodkryta i sprzeczna z całą hermeneutyką. Żeby żyć pośród zwierząt muszę zobaczyć siebie jako jedno z nich. Nie chodzi o to, by je ujarzmiać czy tresować, ale po prostu z nimi być, rozmawiać z nimi. Szanować je, żeby one też mnie szanowały. Dopóki ludzie nie odkryją w sobie zwierzęcia nie zrozumieją samych siebie. Nie można wyzwolić człowieka nie wyzwalając zwierząt, bo człowiek jest tylko jednym z gatunków tutaj żyjących, nie ucieknie od tego. Tymczasem my w ogóle nie widzimy zwierząt. Widzimy mięso. Nie widzimy także ludzi, tak naprawdę, widzimy tylko hierarchię i ją uznajemy, prawo, które to wszystko reguluje, ale miłości w tym nie ma. Nie można kochać bliźniego wyłączając z tej miłości zwierzęta. Jest nas dużo więcej na ziemi, dużo więcej niż się wydaje. Oprócz nas są jeszcze psy, krowy i żyrafy, wtedy dopiero jest całość. To są odmiany życia takiego samego jak nasze, naszego w ogóle. Zjadając zwierzęta zjadamy się nawzajem. Kiedyś zjadaliśmy je z szacunkiem. Teraz z przyprawami, popijając i gapiąc się w telewizor…
Myszka już w dziurze Oczy kocurze Łapka kocura Za mała dziura Wielkie problemy małych zwierzątek Dziś ich nie zjemy Bo dzisiaj piątek
To taki wierszyk, napisałam go lata temu, raz nawet został zaśpiewany przez Bałatę, ale potem wszyscy się pokłócili, jak to w stadzie. Ludzkim.
Nawet Bobkowski opisuje świniobicie tak kompletnie bez empatii, tak całkowicie bez refleksji. Jestem zdumiona i rozczarowana. Ale to pewnie też były inne czasy. Czyżby więc, wbrew moim wątpliwościom czasy jednak trochę się zmieniły?
8 grudnia 2016.
Wczoraj odesłałam na tymczas malutką sunię z dziećmi i uroniłam łzę wzruszenia, czego nie zrobiłam na pogrzebie Maćka ani przy zwłokach ojca. Nic mnie tak nie ściska za serce jak fakt, że istota pozbawiona szans, siły, możliwości decydowania o sobie, a jednocześnie niewinna i na dodatek obarczona całą złożonością naturalnych procesów– porodem, połogiem, karmieniem w warunkach głodu i zimna, istota niemająca żadnych praktycznie szans na przetrwanie, żywcem pogrzebana biorąc pod uwagę okoliczności, absolutnie bezgrzeszna i czysta – jest obdarzona tak niezwykłym i prostym zaufaniem do losu, a więc potencjalnych wybawców. Waży 4 kg, jej dzieci są nie większe niż myszy. Została wywieziona i pozostawiona na kilkunastostopniowym mrozie pośrodku ogromnego pola w cienkim namiociku, takiej budce materiałowej dla lękliwych, domowych piesków… Budka była prawie niewidoczna z drogi, a jednak jakaś dobra dusza zatrzymała się i sprawdziła ów dziwny obiekt w szalejącej śnieżycy. Pieski miały tam zamarznąć, tylko powoli. Na razie jednak żyły, ona trochę dygotała z zimna, ale karmiła te swoje nieświadome niczego dzieci, bo nic innego przecież nie mogła zrobić. Czekała spokojnie na ratunek. Taka istota dopiero, nie Chrystus i nie matka Teresa – wymusza zwrot w dziejach świata na swoją korzyść. Uchyl się przed tym – mówi panu Bogu prosto w oczy. Teraz w ciepłej łazience, gdzie ją umieściłam – wychodzi z namiociku i świdruje mnie wzrokiem oczekując, że ją nakarmię, przytulę i zapewnię wszystko co potrzeba jej oraz szczeniakom, że oto stanie się coś, co logicznie było niemożliwe. Tym czymś dopiero jest miłość.