„Księga Niepokoju” i inne dylematy czyli Dziennik 2016 grudzień – fragmenty nadające się do publikacji.

25.11.2016

Nie podchodzę do kompa, nie otwieram tej puszki Pandory, dzisiaj tylko film o młodym papieżu z Judd Lowe, znakomity. Swoją drogą te ramy, w jakie religia katolicka się oprawiła przez lata – są przez nią samą nie do udźwignięcia. Coraz szczelniej opancerzona ryba, która psuje się od głowy. Truchło przeżarte na wskroś korupcją, pedofilią, okrucieństwem, nietolerancją, pychą i hipokryzją wydziela smród, którego nie usuną żadne kadzidła. Woda święcona nie zmyje hańby a uroda Judd Lowe nie złagodzi wizerunku, nie zamydli oczu nikomu, kto je raz przetarł.. Czemu to ciągle jest legalne? Jakże mnie śmieszą spiskowe teorie dziejów o masonach, rządzie światowym, cyfrowych imperiach i innych straszliwych, ukrytych sieciach, w których ponoć bezwiednie się trzepoczemy, jak ławica śledzi, gdy tymczasem w biały dzień siedzi na tronie monstrualny, wszechwładny i co gorsza nieomylny krasnal w złotych butach, pomponach, pierścieniach i ornacie grubości skóry nosorożca sprawując władzę absolutną nad większością dusz, w tym moją własną! Ileż we mnie jeszcze lęku zaszczepionego przez samo tylko życie w chrześcijańskim kraju, gdzie kościół uznaje zwierzchnictwo krasnala. Nie sprawdzisz jego ksiąg, nie podlega policji, instytucjom państwowym, wymiarowi sprawiedliwości, bo tylko Bóg może go osądzić. A gdzie tam! Bóg jest tak samo bezradny jak reszta i tak samo drży na myśl o wypatroszeniu ryby.

Nie ma szans na zamknięcie kościoła katolickiego, bo on jest jak rak. Namnaża się i niszczy zdrowe komórki zastępując je swoimi. Aż do końca, kiedy umiera razem z żywicielem. Pasożyty tak robią. I zawsze sobie znajdą kolejną ofiarę. Setki ofiar, które odchodzą w przeświadczeniu, że inaczej się nie dało. Że życie nie mogło być inne. Że składanie samego siebie na ołtarzu idei jest miłe Bogu. Że trzeba naśladować kogoś, kto umarł na krzyżu, że bez krzyża życie jest nieważne.

Tischner twierdził, że cierpienie jest pomysłem diabła, a pomysłem Boga jest, by z cierpienia uczynić zbawienie. Niestety ten drugi pomysł wydaje mi się tym bardziej diabelski!

5 grudnia 2016

Dziwne przedpołudnie w szkole dla trudnej młodzieży. Dziwne, że w ogóle stąd wyjechałam i byłam gdzie indziej. Trudna młodzież, jeszcze dziwniejsze. Widział kto kiedy łatwą młodzież? Młodość to paskudny i niewdzięczny czas w życiu człowieka, nie ma w niej niczego łatwego. Łatwo to się można wyłożyć. Każdy dzień jest na granicy katastrofy. Dzisiejsza młodzież, to znaczy ta w szkole, którą dzisiaj odwiedziłam to byli osobnicy nad wyraz spokojni i grzeczni, nikt niczemu nie uchybił, nie czułam z ich strony tego, czego się można obawiać po takim na przykład filmie „Młodzi Gniewni”, gdzie szkoła wygląda jak zdewastowany schron, w kiblach jest biało od dymu a napisy na ścianach nie nadają się do zacytowania, wszyscy mają zakazane gęby, są wytatuowani od stóp do głów, pochodzą z rozbitych rodzin i nie da się ich opanować żadnym krzykiem. To stary film, bo dzisiaj tak wygląda każda szkoła i tak wyglądają uczniowie. Dlatego na wszelki wypadek nie zatrzymywałam na nich wzroku i wice versa, nie czułam na sobie żadnych spojrzeń mogących zaniepokoić. Zrobili całkiem przyzwoite szkolne przedstawienie, nie kiczowate, nie sprawiające problemów emocjonalnych ani intelektualnych, ale nie nudne. Duża sztuka. Wracając do samego pomysłu nadawania imienia Maćka jakiejkolwiek szkole – co takiego zrobił? Czym sobie zasłużył? Umarł. Umarł tak, że ludzie to zauważyli i zapamiętali. Aktorzy umierają, ale śmierć nie jest w tym wypadku najważniejsza, lecz życie. Role, nagrody, sława. A Maciek jest znany z tego, że umarł, to jedyne w swoim rodzaju. Aktor nie może grać bez publiczności, ale umierać może. On miał najwięcej publiczności, kiedy umierał.

12.12.2016

Nie piszę wiele, ale piszę książkę.  Ona się składa powoli, są fragmenty okropne, są lepsze, ale żeby cokolwiek napisać trzeba pisać. Tak samo jest z malowaniem. Za oknem pogoda dla samotników. Szaro, wilgotno, lekki deszczyk lub deszczyk przetykany śniegiem, zimno, słotnie i wymiotnie.

W mieście człowiek już nie zwraca uwagi na pory roku. Tutaj one nadal wyznaczają rytm dnia i tempo życia. Zima jest od spania. Grudniowe dni są tak ciemne, że niedźwiedzie w ogóle zdecydowały się je przespać. A ludzie wciąż wstają rano, chociaż nie ma czegoś takiego jak rano w grudniu.

13 grudnia 2016

Ile to już lat od imprez na Zbrojów, dziwnych dni stanu wojennego i miłości, o których wolałabym nie pamiętać. Byłam nieustannie we władzy hormonów.  Przez 50 lat człowiek niewiele może zrozumieć ponad to, co mu natura dyktuje. Co jest w nas tylko nasze, niezależne od natury, wychowania, uwarunkowań społecznych, plemiennych, rodzinnych? Obawiam się, że tylko miłość, ale nie ta cielesna, skupiona na jednym celu i powodująca nieustanne tragedie tylko ta anielska, bez płci i wieku.

Przeczytałam „Szkice piórkiem” Bobkowskiego kolejny raz, od początku do końca, bo tak ładnie wydane! Poprzednie były okropnie złachane, w miękkiej, upaćkanej plamami okładce, zapewne z Kultury Paryskiej. To największa przyjemność na świecie – dobra książka, a jeszcze w twardej oprawie – sam miód. Niestety trzeba dużo czytać, żeby wytrzymać dłuższe czytanie, bo nasze mózgi są przebodźcowane. Nauczyliśmy się patrzeć wszerz a nie w głąb. Jestem tym przerażona. Zdarza się, że po dwóch stronach tekstu nie mogę wytrzymać unieruchomienia. Wstaję, żeby sprawdzić wiadomości, otwieram kompa, w najlepszym razie chcę zapisać myśl, która się ulęgła w bałaganie pod czaszką. Obawiam się, że jeśli nie zapiszę – zniknie, jak dokument w wordzie. Zapisać zmiany? Zapisz, zapisz! I lecę zapisać. Dom wariatów.

Do rysowania w ogóle nie potrafię się zabrać w grudniu. Zanim zdążę dotrzeć na górę jest ciemno. Swoją drogą nawet kiedy jest jasno – zabieram się do tego rysowania jak byk do pierdolenia – cytując Maćka. (Miał zawsze pod ręką stosowne porównanie).

Dziś najkrótszy dzień w roku, nie wyobrażam sobie jeszcze krótszego.

Zaczełam „Kompleks Portnoya” i już mam kompleks. Nie Portnoya bynajmniej tylko pisarza gminnego. „Malarz na poziomie Szydłowca” – tak o mnie napisała jakaś kolejna życzliwa członkini hejterskiej grupy prześladowców, za jednym zamachem obrażając mnie i Szydłowiec. Mistrzyni. Nic w tym kierunku nie czyniąc, bo w ogóle staram się ostatnio nie czynić nic – wywołuję skrajne uczucia w ludziach i część z nich uważa, że nimi pogardzam. Niektórych rzeczywiście nie ma za co szanować. Ale czy to pogarda jest od razu? Raczej politowanie. Bidulek – mówił zawsze Kozi o kimś, kto się zapluwał z nienawiści.

Irytuje mnie szczęście tych wszystkich ludzi, którzy nie wiedzą, że są nieszczęśliwi. – Pessoa – Księga Niepokoju.

Idę na spacer. Codziennie myślę o dniu śmierci, czy będę się cieszyła, że nie muszę już iść na spacer? Czy może jednak taki dzień jak dzisiaj, piękny, zimowy, cichy, słoneczny i mroźny (boże, ile tego o jednym dniu, w dodatku najkrótszym ) – zapisze się w mojej głowie jako obraz życia, które bywało piękne? W dniu śmierci mieć przed oczami najkrótszy dzień w kalendarzu to perwersja. Więc tym bardziej zapamiętam.

„Istnieją postaci z przeszłości i postaci ożywione przez literaturę, które są dla nas bardziej rzeczywiste niż te ucieleśnione obojętności, które mówią coś do nas zza lady, zerkają na nas w tramwaju lub ocierają się o nas na martwej przypadkowości ulicy.” Pessoa , Księga Niepokoju.

Czy będę umierać w szpitalu czy w domu? Czy będę samotną, niepoczytalną staruszką w pampersach? Czy zostanę w czyjejś pamięci na dłużej? Czy będę umierać świadomie? To już przecież niedługo, to czas, który jestem w stanie doskonale sobie wyobrazić – powiedzmy za 10, 15 lub max 20 lat. Mam 60, za 20 lat będę miała 80. I koniec. Koniec, o którym marzyłam w dniu śmierci Maćka, o którym marzyłam w 2002 w Krakowie, kiedy zrozumiałam WSZYSTKO, koniec, o którym w sumie marzę codziennie rano, kiedy trzeba się pożegnać ze snami, jak z wizytą w krainie baśni. Coraz częściej czuję, że życie jest męczące i wiele już tu nie poradzę.. Kiedy się nakręcają sprawy, piętrzą papiery, jeden telefon goni drugi myślę z przerażeniem, że nie pozwolą mi umrzeć w spokoju. Że nie zdążę tego wszystkiego rozwiązać, zakończyć, wyciszyć, doprowadzić do końca i kitnę w połowie. Zostawię psy i konie?  Przecież nie mogę ich zostawić. Dlatego proszę szanowną Opatrzność, żeby jakoś to wszystko składnie i po kolei zakończyć, czyli ja na końcu. Nie chcę umierać za dziesięć dwunasta. Chcę umierać nie będąc już nikomu potrzebna. Uff.

Po tym co tu napisałam zaczął się dzień wyścigów. Biegałam, szalałam z widłami, odwaliłam jakieś niesłychane porządki, których już do śmierci nie planowałam, przesortowałam skarpetki, letnie ciuchy, stare torebki i buty, powyrzucałam tony rzeczy razem z pudłem, usiadłam na chwilę, ale znowu rzuciłam się wyciągać zakurzone albumy i teczki ze zdjęciami, wszędzie anarchia, wszędzie sieczka… nie do ogarnięcia w jedną noc. Około dwunastej, już w pidżamie poszłam na górę, wkręciłam żarówkę do lampy nad stołem, puściłam muzykę z Absolwenta i do wpół do pierwszej w nocy malowałam gwasz, a teraz jest prawie pierwsza i piję białe wino. I chyba nareszcie zaraz padnę.

Jakiś podstawowy apetyt na życie mi wrócił.

15 grudnia 2016

Telefony od dzieci coraz mniej szczere. Nie wiem, czy nas jeszcze cokolwiek łączy. Dzieci ma się krótko. Potem dorastają i zaczynają być niemiłe. Czuję się przy nich jakaś obciachowa, niemodna, badziewna. Trzeba się odzwyczaić od przyjemnego przeświadczenia, że jestem dla nich wzorem, oparciem, autorytetem. Dorosłych dzieci należy unikać, żeby sobie oszczędzić przykrości.

Jedynym obowiązkiem wybitnych jednostek powinno być ograniczenie do minimum uczestnictwa w życiu plemiennym – niezastąpiony Pessoa – Księga Niepokoju. On to chyba napisał wyłącznie dla mnie i ku mojemu pokrzepieniu.

Idą święta a w święta chcę znowu być sama, żadne dotąd święta nie spełniły moich oczekiwań, nie istnieje żadna magia na żądanie. Wszystko się zawsze okazywało tandetą. Jednakowoż kupiłam sobie i zjadłam karpia, przepraszam cię karpiu. Postaram się w przyszłym roku zjeść krewetki. I też je przeproszę.

18 grudnia. 2016

 Jakaś pani w komentarzach do mojego bloga wyraża pragnienie poczytania kolejnych odcinków. Czy warto pisać dla jednej osoby?

Życie artysty to wielkie pasmo niepowodzeń, które się składają na jego ostateczny sukces”  – cytat, który powinnam sobie wypisać na głównej ścianie pracowni –tym razem to nie Pessoa, ale  Irving Stone – „Bezmiar sławy” –( czyli zbeletryzowana acz wiernie odtworzona historia życia Camille Pisarro). Po tytule to bym tego Stone a na końcu świata poznała. Sama egzaltacja. Bezmiar Sławy – dobre sobie. Bezmiar owszem, ale upokorzeń.

Lektura pouczająca, miejscami dołująca, w ogólnym wymiarze pokrzepiająca, ale rzadko mamy świadomość ogólnego wymiaru, bo poruszamy się patrząc pod nogi. A z tego przyziemnego poziomu, z poziomu stąpania po ziemi cała ta opowieść to nieustające pasmo porażek. Nie tylko w kwestii życia samego Pisarro, ale i jego kolegów po fachu, impresjonistów – zapewne nie do końca świadomych nieodwracalnego przewrotu, jaki się za ich sprawą dokonał po wielu wiekach zatwierdzonego porządku w malarstwie. Dotychczasowe rewolucje były rewolucjami o małym zasięgu i krótkiej ważności. Podczas wizyty w muzeum wydają się kosmetycznymi zmianami, które może badać historyk sztuki, ale przeciętne oko ich nie dostrzeże. Zmiany mogły dotyczyć tematu, który nagle przestał być tabu albo światła, które wbrew poprzednim regułom skupiało się na mniej ważnych postaciach, chodziło zatem o treść. Forma była zamknięta w ramach, z których nikt jej nawet nie myślał uwalniać. Forma uwolniona z ram oznaczała szarganie świętości, degradację sztuki i pogwałcenie obowiązującego kanonu uznanego za nienaruszalny przez mieszczańskie społeczeństwo, bo zawsze musi być jakieś mieszczańskie społeczeństwo, jacyś faryzeusze, albo filistrzy, albo mugole. Tacy, którzy rządzą, a więc mają patent na rację w każdej dziedzinie. I skazują na banicję, na wykluczenie, na nędzę – wszelkich odmieńców mających własny pomysł na cokolwiek, nie tylko na sztukę, ale na sztukę szczególnie. Impresjoniści wykluczeni ze społeczeństwa tak zwanych porządnych ludzi a nawet porządnych artystów – byli żebrakami, wyrzutkami, żeby nie powiedzieć męczennikami w obronie sromotnie przegranej sprawy. Wygranej triumfalnie po ich śmierci. I znowu się wszystko rozbija o czwarty wymiar. O wyjście poza kartkę. Wygrali przecież w kosmicznym sensie, w wymiarze o wiele większym, niż ich krótkie i zasrane życie. Hurra! Jak cudownie.

 Czy malarstwo Jarka okupione tytaniczną pracą bez efektów też kiedyś wygra? Jakoś mnie to malarstwo nie przekonuje, ale może sama jeszcze nie dojrzałam? Za mało czasu minęło, odkąd się zabił? Może dopiero za sto lat się ludziska obudzą?

19 grudnia 2016

Czytam i czytam o  Pisarro.  Całe życie potwornie cierpiał, żeby robić to, co mu sprawiało największą radość. Na tym mniej więcej polega pasja. Miał straszne długi, nikomu nie płacił. Ludzie, którzy wszystkim płacą nie przeszli jednakowoż do historii. Światem rządzi pieniądz, wyłamując się z tej reguły sprzeciwiasz się światu. Płacenie nie jest najważniejsze, jak się potem okazuje, ale powiedz to temu, kogo ścigają długi. Życie artysty to jedna wielka batalia o przeżycie w inny sposób niż płacąc wszystkim dookoła.

Byłem biegaczem, który po nieustającym prowadzeniu upadł tuż przed metą. –Pessoa Księga Niepokoju.

Wyjechałyśmy na koniach do lasu, nie wierzę.

Powoli ogarniam tę fundację. Nie jest to już tak straszliwa machina, która mną obraca.

Zamówiłam sobie rękawiczki jeździeckie na zimę.

 22 grudnia 2016

Ludzie się nigdy nie nauczą doceniać sztuki. Powody, dla których ona nagle staje się cenna są dla mnie niejasne. Chyba najlepiej potrafiła to zdefiniować Chanelka swoim słynnym stwierdzeniem, że moda tworzy rzeczy piękne, które z czasem stają się brzydkie a sztuka rzeczy brzydkie, które z czasem stają się piękne. Otóż wydaje mi się, że właśnie od chwili, kiedy impresjoniści zaczęli otwarcie drwić z gustów uznanych – zatarła się granica pomiędzy modą i sztuką. Moda to kwestia jednego sezonu. Kryterium sztuki było przez całe wieki przetrwanie, ale to kryterium upadło. Ludzie są żądni chwilowych wrażeń i emocji a nie prawdy i harmonii. Nie pragną się uwieczniać, pragną błyszczeć. Kiedyś na obrazie była ciocia, ciocia podobna do siebie, tło pasowało do zasłon, farba nie odpadała, płótno nie flaczało, prawnuki ciocię podziwiały tak samo jak ich dziadkowie a cena cioci dawno gryzącej glebę rosła odwrotnie proporcjonalnie do stopnia rozkładu jej szczątków.

Teraz dobry artysta, to odważny artysta, najlepiej skandalista. Jak nikogo nie sponiewiera to sam leży. Klasyka zarówno w modzie jak w sztuce wciąż ma niby pozycję ugruntowaną, ale hałasu wokół niej żadnego, a przecież bez hałasu nikt się nie obejrzy, przejdzie obok. Obok Mony Lisy przejdzie i nie zauważy, zauważy dopiero taką z dorobionymi wąsami i smartfonem.

I tu mi się nieustannie włącza ten obserwator z teorii kwantowej, obserwator, który musi coś nazwać, żeby zaistniało. Jak nie powie – patrzcie – to Leonardo! – to nie ma Leonadra. Leonardo Da Vinci, nie Di Caprio – powie i wszyscy popatrzą na Leonadra. Da Vinci. A jak powie, że Di Caprio, to na Di Caprio. Bez obserwatora nie ma dzisiaj niczego, także sztuki. Kto pokazuje ten płaci. Milion dolców kładę– mówi obserwator i kładzie. I miano dzieła zyskuje coś, co niekoniecznie jest ze złota, w niczym nie przypomina cioci i nie pasuje do zasłon. Raz dwa trzy baba jaga patrzy.

Sami, bez pomocy obserwatora nie jesteśmy w stanie niczego ocenić, niczego zauważyć, niczego podziwiać. Żyjemy w pustce. Wszystko nam trzeba pokazać.  Niczego nie przeżywamy bez udziału osób trzecich. Tymczasem sztuka powstaje bez pośredników, na tym polega jej wartość. I chyba głównie na tym. Prawdziwa sztuka jest czysta i w zasadzie niesprzedawalna.

Ta ostatnia wiadomość nie jest dla mnie dobra.

Prawdziwie godnym losem jest los pisarza, który nie publikuje. Mówię o takim którego natura skłania do pisania a duchowa kondycja odwodzi od przedstawienia tego ludziom. – Fernando Pessoa  – Księga Niepokoju. Nikt by tego lepiej nie ujął.