Napisałam w nekrologu, że moja mama była niezwykła i zapewne nie tylko ja tak uważam. Przez jakiś czas nazywano nas siostrami, tak bardzo w oczach innych stanowiłyśmy całość. Jednak we wnętrzu tej całości bulgotała lawa . Ten wulkan lubił czasem eksplodować i nie zamierzał wygasnąć.

Moi koledzy szkolni zazdrościli mi mamy i niepodzielnie darzyli ją uwielbieniem, ale ja chciałam czasami, żeby była zupełnie zwyczajna, taka jak oni mieli. Marzenie o zwyczajnej mamie jest częste u dzieci artystów… Docenić mamę jako człowieka można dopiero wtedy, kiedy stajemy się całkowicie dojrzali i niezależni a także w jakiś sposób spełnieni. Wcześniej podświadomie rozliczamy ją z obowiązków, porównujemy do innych mam, oceniamy wygląd, stan konta i płynące z tego poczucie bezpieczeństwa. Stereotyp rodziny ewoluuje, ale w każdym pokoleniu jest silny. W dzisiejszych czasach, jak nigdy wcześniej rodzice są poddani restrykcyjnej, żeby nie powiedzieć bezdusznej ocenie i odpowiedzialni niemal za każdy nerw i gen potomstwa. W tym rankingu mama się nie łapała na idealną matkę, ale miłość chodzi swoimi drogami. Miłość generalnie nie podlega rankingom. Jest gdzie indziej. Pomiędzy nami – jak to pięknie mówił Tischner. Miłość to coś, co jest POMIĘDZY nami. Jak powietrze, którym tak czy tak oddychamy.

Nie wiedziałam, do jakiego stopnia śmierć zmiata wszystko, co złe. Teraz mam wrażenie, że mi ktoś wyczyścił pamięć. Oddzielił ziarna od plew i widzę jasno, że mi się trafiła wyjątkowa, niezwykła wprost matka. Że mnie nauczyła najważniejszej rzeczy – umiejętności bycia dla siebie i bycia dla innych.
Opieka nad bardzo starym człowiekiem – rodzicem – jest doświadczeniem tyleż tytanicznym co wartym przeżycia. Stajemy się rodzicami swoich rodziców, w ostatnich miesiącach życia mama nazywała mnie mamą. Weszłam w tę zaskakującą rolę, bo nie miałam innego wyjścia. Ona też nie miała, kiedy mnie urodziła. Ponoć przez dwa lata nie chciałam spać, byłam alergiczna, ciężko mi było dogodzić z jedzeniem. Dziewięćdziesiąt lat później to ona powtarzała, że beze mnie zginie. Stała się całkowicie bezradna, zdana wyłącznie na mnie, oczekując, jak niemowlę, że dostanie jeść i pić, będzie miała ciepło i wygodnie, przyniosę leki, kiedy ją coś zaboli. Małe dziecko też tego oczekuje i nie zastanawia się, czy jest środek nocy, czy przeszkadza, czy utrudnia, czy mamy ochotę być na każde zawołanie. Kłania się imperatyw kategoryczny Kanta.

Miłość się dopełniła, bo miłość jest w ofiarowaniu i otrzymywaniu. Śmierć usuwa wszystko co złe. Zło jest śmiertelne, nie pozostawia śladów, nie ma żadnego znaczenia, a po jakimś czasie jestem skłonna przyznać, że nie istniało. Wszystko miało głęboki sens i śmierć go odsłania.
Zrozumiałam po latach, jak bardzo byłam kochana. Zawsze czułam z jej strony niezłomną wiarę w moje talenty i możliwości, ale złościło mnie, że zostałam zdominowana wyborem artystycznej drogi. Wszyscy dookoła byli po akademii, więc w zasadzie każda inna opcja była czymś nie do pojęcia.

Mama w latach osiemdziesiątych na tle swojej tkaniny – zdjęcie Marek Bałata.
Przeczytałam ostatnio gigantyczną biografię Van Gogha i znalazłam masę analogii pomiędzy nim a moją mamą. Owo całkowite oddanie się sztuce i zagadnieniom sztuki. Także obsesyjna w życiu Van Gogha idea fixe stworzenia systemu wzajemnej pomocy artystów zamieszkujących jeden ogromny dom – pracownię, w którym mogliby cały boży dzień spędzać na malowaniu i dyskusjach o malarstwie – bardzo to przypomina Mamy niezmordowane wysiłki związane z organizacją plenerów, wystaw, zjazdów, z prowadzeniem sekcji architektury wnętrz i podporządkowaniem całego życia sprawom środowiska artystycznego. Związek Plastyków to było dla niej centrum wszechświata. Rozkręciła ten związek niebywale, stał się w pewnym okresie, w dużym stopniu dzięki jej ogromnej determinacji – jedynym zapleczem dla wielu twórców borykających się z podstawowym utrzymaniem, pozbawionych miejsca do pracy, biedujących po prostu. Kaliber społecznego zaangażowania w pomoc kolegom po fachu był w wypadku mojej Mamy niewiarygodny. Nigdy nic z tego nie miała, grzecznie czekała na końcu kolejki na swoją wymarzoną pracownię czy przydział farb, który sama organizowała. Wszyscy zawsze byli ważniejsi od niej do tego stopnia, że miałam o to żal. Nasze nieszczęścia i problemy musiały poczekać, bo ktoś zawsze miał większe.
W pewnym okresie życia odeszła od swojej architektury wnętrz, zajęła się tkaniną artystyczną i zaczęła malować obrazy. Z losem Van Gogha łączyło ją to, że niewiele ich sprzedawała. Raczej rozdawała w podzięce za różne przysługi, za które nie bardzo była w stanie zapłacić. Jednak na przekór klęskom, z dojmującym poczuciem niedocenienia, świadoma niepowodzeń – do końca życia malowała i zawsze chciała malować. Wszędzie dookoła widziała kompozycje godne zapamiętania. Nigdy nie popadła w rozpacz z powodu braku uznania, chociaż z innych przyczyn potrafiła rozpaczać bardzo ekspresyjnie, podobnie jak ekspresyjnie potrafiła się złościć i zachwycać. Zaiste czytając o Van Goghu zrozumiałam moją mamę dużo lepiej.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jaros%C5%82aw_Godfreyow
Zawsze powtarzała – żyj tak, żeby inni mieli z tobą dobre życie… Bardzo to sprzeczne z obecnym trendem dogadzania sobie i kochania siebie. Zweryfikowanie postawy ofiarności i uznawania pierwszeństwa bliźnich w kolejce do szczęścia zajęło mi jakieś 40 lat życia i dalej nie potrafię się tak całkiem nie przejmować cudzym losem, co zapewne ma wyraz w ratowaniu psów i założeniu fundacji, która mnie po części zjada, ale daje poczucie, że mogę jakoś pomóc.
Tak jak u mnie zwierzęta, tak – przepraszam, jeśli kogoś urazi porównanie – dla mamy artyści mieli zawsze względy specjalne, byli najważniejsi. Pieniądze natomiast były ważne o tyle, o ile służyły idei. Miała własne, silne i zupełnie odstające od wszelkich kryteriów poczucie wartości przedmiotów. Nie istniały dla niej metki. Coś było świecące, kolorowe i dzwoniło przy potrząsaniu i za to moja matka dałaby się posiekać, ale kiedy byłyśmy razem we Francji – obok sklepów z markowymi rzeczami przechodziła jak obok straganu z marchwią. To ci się podoba? No wiesz? Takie jakieś zwykłe, ponure, jak do szkoły. Pamiętam wernisaż w BWA, na którym dostała Nagrodę Roku. Fakt tego wyróżnienia był jej potrzebny jak tlen. Wręczono jej ogromny, kolorowy bukiet kwiatów, jakąś fikuśną statuetkę i kopertę. Kopertę zawierającą sporą jak na nasz budżet sumę kilku tysięcy złotych zmięła i wrzuciła do kosza na śmieci pilnując cały czas bukietu i ściskając medal. Potem przez dwie godziny przetrzepywaliśmy wszyscy te durne kosze i koperta szczęśliwie się znalazła.
Wbrew temu, co można by sądzić, koniec PRL – u nie stanowił dla niej wyczekiwanej nagrody za życie w komunie. Nigdy nie należała do partii, nie znosiła sowieckiego systemu, ale to właśnie ten system ukształtował jej życiowe cele w opozycji do wszechobecnej szarości. Przejrzała proste mechanizmy komuny i potrafiła je wykorzystać, wyssać z niej to, co było za darmo – dotacje, stypendia, finansowanie konkursów, nagród, wystaw, plenerów. Nie dla siebie – dla innych. Na plenerach zawsze jej się udawało spoić do nieprzytomności różnych miejscowych kacyków, wójtów i towarzyszy sekretarzy, którzy w kolorowych płomieniach ognisk, pośród dzikich tańców artystycznej bohemy z całej Polski podpisywali zgody na jeszcze jeden plener z zakwaterowaniem, wyżywieniem i przydziałem farb w pięknym miejscu nad jeziorem, a to wszystko za kilka obrazków do ratusza.
Dla wielu plener był także przerwą w nieustannej walce o byt. Dostawali tam farby, blejtramy, obiady i wygodny pokój z łazienką. Odpoczywali od życia, które na co dzień nie rozpieszczało. W tym sensie, dzięki takim ludziom jak mama – PRL był dla artystów niewątpliwym oparciem. Wcale nie tylko dla tych nielicznych, należących do partii. Dla wszystkich, którzy po skończonych studiach nie mieli pojęcia jak przeżyć bez sprzedaży prac. Dzisiaj jak nie sprzedajesz to nie żyjesz. Wtedy mogłeś liczyć na Związek Plastyków, na stypendium, zapomogę, przydział farb, zimę na Harendzie i lato nad jeziorem Charzykowskim. Mogłeś się upierać przy swojej wersji widzenia świata i nie chodzić głodnym. Van Gogh uznałby takie okoliczności za absolutny raj na ziemi.
PRL w połączeniu z powojenną biedą ukształtował specyficzny rodzaj ludzi, dla których materialna pozycja nie miała znaczenia, pieniądze nie miały znaczenia, własność nie miała znaczenia. Znaczenie miała wolność wewnętrzna w opozycji do reżimu, kolory przełamujące szarość i przyjaźnie jako jedyna gwarancja przetrwania. Ostatnio, kiedy chciałam się komuś pozwierzać usłyszałam – idź do terapeuty. Na Boga, to już się pozwierzać nie można? W czasach, kiedy moja mama była w szczycie zawodowej aktywności i społecznego zaangażowania – wszyscy się wszystkim ze wszystkiego zwierzali, nieustannie się spotykali, gadali, bawili, płakali i zmagali ze swoimi demonami bez pomocy psychoterapeuty. Nie wiem czy to dobrze, czy to źle, awantur było co niemiara i tyle samo łzawych pojednań, ale tego rodzaju oczyszczenie dostawało się za darmo i bez wcześniejszej rezerwacji.
Nie jest łatwo wyrwać się z korzeniami z zaklętego kręgu krakowskiej bohemy. Mama czytała moje teksty i bardzo jej się podobały. Ale do głowy by jej nie przyszło, że mogłabym z tego powodu wynieść z domu sztalugę, że o samotnym życiu na wsi nie wspomnę. Teraz widzę, że wybrałam tak samo ryzykowny scenariusz jak ona kiedyś, tym bardziej ryzykowny, że niewiele zostało czasu.
Tak jak ona znajdowała przyjemność w manifestowaniu swojej artystycznej duszy ubierając indiańskie spódnice, kolekcjonując drewniane ptaszki i malowane talerze, zamieniając kolejne mieszkania w tureckie namioty, polując na orawskie dzbanuszki, nosząc buciki w kwiatki i torebki z frędzelkami – tak mnie kręci siedzenie przy biurku i praca nad nowym tekstem, który przeczyta najwyżej kilkanaście osób. W kwestii dążenia do realizacji rzeczy mało realnych jesteśmy identyczne.


Dzisiaj mówi się głośno – bądź sobą! Odważ się walczyć o swoje marzenia! Uwierz w siebie! Odróżniaj się od reszty! Wtedy takie rzeczy można było sobie po cichu powtarzać przed snem. W tamtych, niesprzyjających czasach trzeba było siły charakteru, żeby postawić na swoim. Ona ją miała.
Moja mama nigdy się nie zestarzała. Nie znała takiego etapu w życiu. Z demencją, galopującym rakiem i nieczynną nerką potrafiła patrzeć na świat oczami zachwyconego dziecka i widzieć rzeczy, o których się nie śniło filozofom. Nie akceptowała śmierci, bo wierzyła w życie. Intelektualnie można to łatwo połączyć w całość, ale dla niej śmierć była czarna i ponura. Nie cierpiała czarnego koloru. Chciała być wśród żywych, chciała malować, chciała kupić różowe butki i wrócić do domu. Nie pamiętała już, gdzie ten dom i co to za dom, ale nie godziła się z żadnym ostatecznym zakończeniem. Mówiłam jej, że nie ma śmierci, bo życie zawsze wędruje razem z duszą, a dusza nie umiera nigdy. No właśnie – odpowiadała. Bo ja bym sobie jeszcze pożyła.
Miłość zwycięża śmierć, ale do pełnego zwycięstwa potrzebna jest i miłość i śmierć. Niewątpliwie kocham ją teraz mocniej niż kiedykolwiek i wyraźnie czuję jej obecność przy mnie. Słowa – odpoczywaj w pokoju – zupełnie do niej nie pasują. Bo skoro nie ma śmierci, to zapewne prawdziwe życie właśnie przed nią odkrywa nowe fascynujące barwy i kształty.

