W najbliższej okolicy, gdzie domy można zliczyć na palcach zadziwia fakt, że dwie z moich najbliższych sąsiadek noszą bardzo rzadkie i podobne do siebie imiona – Teodozja i Teodora. Todzia i Tozia są czystym przeciwieństwem. Tozia ma osiemdziesiąt lat, z premedytacją nie nosi sztucznej szczęki twierdząc, że ją uwiera, porusza się zamaszyście, korzysta z telefonu komórkowego i z wykształcenia jest elektrykiem. Todzia, 60 letnia, posiadająca własne uzębienie, chodzi po lesie z kijem i w domu ma tylko telefon stacjonarny. Skończyła osiem klas, wierzy w duchy, diabły i siły nieczyste, boi się burzy, złodzieja, policji, syreny strażackiej, pożaru, ciemności, piekła i proboszcza. Często jeździ rowerem na cmentarz, zbiera chrust i donosi na sąsiadów, głównie na mnie, głównie na moje psy, głównie na Maksia. Tozia ma psa, którego kocha, karmi i nigdy nie zapina na łańcuch a Todzi psy się „zasuszyły”- nie przeżyły babeszjozy, bo nie wezwała lekarza. Dawała im słodzoną herbatkę, ale umarły jeden po drugim na niewydolność nerek. Tozia dzwoni do mnie co drugi dzień z zapytaniem, czy ją zabiorę do Szydłowca i zwykle ją zabieram. W całym aucie śmierdzi starą smażeniną, cebulą i wędzonką ale jakoś to znoszę. Tozia nie używa reklamówek, tylko starych, wytłuszczonych toreb z materiału takiego jak worki na owies. Ustawia je pod dworcem i dzwoni z komórki że już jest gotowa. Todzia nigdy by się nie poniżyła do tego, żeby mnie prosić o podwózkę. Dlatego jej psy umarły, a ja nie wiedziałam, że potrzebują pomocy. Tozia mnie kocha, Todzia nienawidzi. Z Tozią można porozmawiać o socjalistycznej Polsce i o Polsce przedwojennej. Z Todzią rozmowa, jeśli już do niej dojdzie – ogranicza się do kataklizmów i anomalii pogodowych – burze, trąby powietrzne, grad, susza, zniszczenia, dziki. Tozia ubiera się jak chłopczyca z lat siedemdziesiątych a Todzia jak ruska kołchoźnica -szary chałat, chustka na głowie, filcoki. W niedzielę wkłada czarne spodnie, kurtkę na zamek i beret. Zarówno Tozia jak i Todzia reprezentują starość w najokropniejszym wydaniu. Śmierdzą, straszą ponurością, są zrezygnowane, narzekające, zdziwaczałe. Co je czyni tak odrażającymi, co sprawia, że czuję niechęć i zniecierpliwienie? Ależ jeden człowiek to sprawia! Ojciec dyrektor! Obydwie słuchają Radia Maryja i wkręcone w machinę zabobonnej frustracji uznały swoje życie za stracone w obliczu powszechnego potępienia. Żadnej z nich nie widziałam nigdy uśmiechniętej! Faktycznie, sztuczna szczęka pozostaje w tym aspekcie bezużyteczna. Jakież piekło zgotował im mały przedmiot – radio. W ich duszach jest bezbrzeżna rozpacz nad złym światem, chociażby nie wiem ile razy Bóg w świętej księdze nazwał go dobrym. Bóg swoje, ojciec dyrektor swoje, a koszula bliższa ciału. Bóg jest za daleko żeby przebić ojca dyrektora. Te dusze zaprzysiężone rozpaczy zapewne nigdy nie trafią do raju, bo nie zniosą towarzystwa byłych grzeszników. Sama też bym tam nie chciała mieszkać, bo nie mają u mnie wybaczenia dręczyciele zwierząt. Bóg, który im wybacza jest zwyczajnym cieniasem. W ogóle nie lubię ludzkości jako zjawiska. Zupełnie zbzikowałam odkąd mam do czynienia z psami. Jestem nietolerancyjna, niemiła, mściwa, złośliwa i gówno mnie obchodzi co kto o tym pomyśli. Oto noc ducha na miarę Matki Teresy i innych początkowych entuzjastów ratowania świata. Świat jest nie do uratowania. Jedynym rajem, jaki istnieje jest psi raj, a ja w nim mieszkam. Lepiej już nie będzie. To w zasadzie jedyna różnica pomiędzy mną a Todzią i Tozią. One mają swoje piekło a ja mam swój raj. Reszta mogłaby już nareszcie pozostać milczeniem.
Ilustracja – Konrad Krzyżanowski, genialny polski malarz i portrecista. Obraz to Portret Pelagii Witosławskiej – można go zobaczyć w Muzeum Narodowym Warszawie. Poraża także wielkością. Jest ogromny.