Dawno, dawno temu, kiedy Kraków nie był w ogóle widoczny z Kopca Kościuszki z uwagi na czarny dym, który go zasłaniał – moja matka była królową Cyganów. Indian też. Nieważne, Cyganów czy Indian, ważne, że o każdej porze dnia i nocy można było do nas wpaść pogadać a co ważniejsze, także zjeść, bo nie samą poezją człowiek żyje. Mieszkanie w domu, w którym się drzwi nie zamykają mogłoby się komuś wydawać pasjonujące, w Krakowie było dużo takich domów jak najbardziej uznanych za wyjątkowe, a nawet „zasłużone dla kultury”, ale nie mógł być w nim szczęśliwy ktoś, kto już w wieku sześciu lat postanowił opuścić przedszkole i zostać pustelnikiem. Moja ucieczka z przedszkola wiele wyjaśnia zważywszy późniejsze życiowe decyzje, ale wtedy była po prostu rodzinnym wydarzeniem, tyleż trudnym do wytłumaczenia, co ekscytującym, bo w końcu nikt nas w tym przedszkolu nie bił a przedszkolanki wydawały się w miarę ogarnięte. Wszystko było w normie, ale nie w moim pojęciu, bo w moim pojęciu miałam tam za mało prywatności, kazano mi zasypiać w pomieszczeniu, gdzie było trzydzieścioro dzieci i generalnie wszędzie tych dzieci było za dużo. Uciekłam więc, czy też raczej wyszłam główną bramą i dopiero w połowie drogi zostałam namierzona. Odstawiono mnie do domu pod eskortą milicji. Obywatelskiej. Mimo atmosfery palpitacji, wstydu i stanów przedzawałowych, którymi ten incydent się zapisał w historii rodziny – ponawiałam próby ucieczki z miejsc i okoliczności w moim przekonaniu zbyt zaludnionych, a ostatecznie mi się to udało dopiero 50 lat później.
Wróćmy do mieszkania w zadymionym namiocie wodza w sześciu spódnicach i opasce na czole (dym ze smogu nie był jeszcze tak gryzący w porównaniu z dymem z płuc). Dzień się wyraźnie rozkręcał pod wieczór, co stało w sprzeczności z naturą, ale wtedy życie w zgodzie z naturą było nie halo. Zdrowo to się można było nawalić. Co ciekawe, moja matka nie piła. Była po prostu patologicznie towarzyska.
W tamtych dziwnych czasach, których nie zrozumie nikt, kto ich nie przeżył, praktykowano tak zwany obchód, czyli nocną rundę po domach odbywaną w celach poznawczych, kurtuazyjnych, intelektualnych, ale też czysto rozrywkowych, bo rozrywkę trzeba było sobie zapewniać samemu. Nie było prywatnych knajp, proszę pamiętać, a Cracow by night polegał na tym, że w niektórych oknach światło się świeciło do rana.. Obchód rozpoczynano około siódmej wieczorem, w pojedynkę lub grupowo, a kończył się on zazwyczaj z nastaniem świtu i nie zawsze w tym samym składzie. Adres naszego zamieszkania był zaiste wymarzony dla takich celów – centrum miasta, niedaleko Kleparz, tam możliwość uzupełnienia zapasów na melinie, blok z windą, żadnych stróżów na dole ani kulturalnych ciotek w pokoju obok. Matka witała przybyszów z wypisaną na twarzy gotowością wysłuchania opowieści zebranych z całej nocy, a nawet z całego życia, na stół stawiała kanapki z kiełbasą i ogórkiem, zaparzała rzeki herbaty. Na nocnej mapie miasta byłyśmy zaznaczone niegasnącym, zielonym światełkiem.
Cały ten przydługi wstęp zmierza do opisania niezwykłego wprost incydentu z pierścionkiem rodowym mojego szwagra.
W opozycji do wesołego miasteczka, które mi uczyniono z życia po wyprowadzce ojca, czyli po jego słynnej ucieczce w połowie wigilii – dom, w którym przez jakiś czas miałam komplet rodziców pozostanie dla mnie miejscem świętym. Z perspektywy czasu widzę, że do świętości w sensie personalnym daleko mu było, bo po pierwsze sami ateiści, po drugie – rozwodnicy, a po trzecie, kto zostawia żonę w wigilię? Zanim jednak pierwszy rozwód dopadł także i moje pokolenie, pozyskałam szwagra – bułgarskiego arystokratę – Dymitra. Ów Dymitr, dzięki któremu skłonna byłam zmienić zdanie o całej Bułgarii, tak godnie i czarująco ją reprezentował – to był chłopak nadprzeciętnie zdolny, miał tytuł profesora w wieku dwudziestu kilku lat, (czyli jeszcze wcześniej niż onegdaj go uzyskał mój wiarołomny papa), a przy tym umiał i lubił się zabawić. Teraz już wiadomo, dlaczego taką sympatią i oddaniem darzył moją matkę. Kiedy czuł, że się dusi w oparach wiedzy i nauki mknął na obchód za zielonym światełkiem.
Wśród stałych bywalców nocnych rozmów o płycie z ciszą albo o filmach z Delonem była cała masa ludzi wartych opisania, co być może kiedyś powinnam uczynić w ramach pokuty za swoją niegdysiejszą, jawną pogardę dla lekkości bytu (zazwyczaj podczas takich imprez siedziałam w drugim pokoju usiłując się skupić nad jakimś intelektualnym tekstem ubrana jak zakonnica). Byli więc malarze na różnych etapach twórczych zmagań, muzycy jazzowi i niepoważni, był jeden pianista z Brazylii biegle mówiący po polsku, jeden konsul ze słabością do bohemy, scenografka usiłująca zmylić tropy podążających za jej biustem i blond grzywką znanych aktorów, byli moi koledzy z roku, w tym dwóch późniejszych samobójców, ceniony dziś wokalista jazzowy, wtedy jeszcze grafik, weterynarz dysydent, który później zrobił polityczną karierę i -uwaga – kilku tak zwanych biżuterników. Do nich zmierzam.
Biżuternicy rekrutowali się głównie z grupy rzeźbiarzy a to za sprawą kurczącego się rynku na pomniki Lenina i bohaterów Związku Radzieckiego. Przez wiele lat gigantyczne sylwetki dłuta polskich następców Dunikowskiego i Laszczki straszyły na skrzyżowaniach, placach i skwerach w każdym niemal polskim mieście, zapewniając w miarę stabilne utrzymanie ich wykonawcom. W końcu jednak zaczęło brakować wolnego miejsca. Dzisiaj rolę zapychacza przestrzeni przejął Jan Paweł Drugi w granicie, brązie a nawet drewnie, z krzyżem i głową zakończoną szpicem jak czub choinki. Miła odmiana po czapce Lenina. Swoją drogą kto by pomyślał, że się zawali komuna? Nikt. A kto by potem pomyślał, że z papieża zostaną kremówki? Też nikt. Wniosek z tego, że nie ma pewniaka w pomnikowym biznesie, czasem i po stu latach noga się potrafi powinąć, nawet ze spiżu. Ale istnieją przecież mniej widoczne, a bardziej stabilne ryneczki, w które zręczny rzeźbiarz może zainwestować bez ryzyka, że się zmieni koniunktura– na przykład damskie błyskotki. Za komuny nie było wielu ozdób, bo w ogóle niczego nie było. Ale srebro i bursztyn dało się pozyskać w miarę tanio. Stąd nagły wysyp specjalistów od kolczyków, bransoletek i pierścionków.
Pamiętam naprawdę piękne przedmioty, mistrzowsko wykonane, całkowicie autorskie i unikatowe małe arcydzieła sprzedawane bez faktury i bez pośredników. Szkoda, że nigdy nic nie kupiłam, mogłam poluzować ze stylizacją na pustelnicę. Dyskretny sygnecik nikomu jeszcze hańby nie przyniósł a w trumnie zawsze można sobie przydać stosownego majestatu.
I tu, po przydługim wstępie – dochodzimy do incydentu z pierścionkiem. Otóż profesor imprezowicz, czyli mój bułgarski szwagier spotkał się którejś z wesołych nocek przy stole (tym samym, nieśmiertelnym, dębowym stole, który za mną jeździ z miejsca na miejsce) z jednym z biżuterników, niejakim Fąfrem. Fąfer to była ciekawa postać. Miał masę dzieci, na które musiał płacić i był tak zdesperowany tym faktem, że zgodził się zostać narzeczonym pewnej zdziwaczałej artystki, której obłęd postępował w związku ze zdiagnozowaną bezpłodnością. Decyzji Fąfra trudno było odmówić przezorności, chociaż nieco po fakcie, zważywszy to, co już zdążył napłodzić, ale związek mimo tego nie był wolny od napięć. W chwilach kryzysu każde z osobna przychodziło do mojej matki około czwartej nad ranem wylewać żale. Jedno nad brakiem, drugie nad nadmiarem ciąż w życiorysie. Razu pewnego obchód Dymitra zbiegł się w czasie z frustracją Fąfra i tak oboje spotkali się nad herbatą z prądem i sałatką ze śledziem przy słynnym dębowym stole. Od słowa do słowa zeszło na pierścionki i biżuterię. Okazało się, że rodowy sygnet Dymitra zaliczył jakąś trudną do sprecyzowania wpadkę z grawitacją, w efekcie czego wypadło mu oczko. Jak temu misiu. Jednooki ze swej natury pierścionek z pustym oczodołem nie prezentuje się chwalebnie, oczko uznano za bezpowrotnie utracone. Zostało jednak onegdaj uwiecznione na zdjęciu i można je odtworzyć! Dobry biżuternik poradzi sobie z takim wyzwaniem śpiewająco. Pijany Fąfer nie był jednak na tyle nieodpowiedzialny, żeby skarb rodowy Karpaczewów ciągać po spelunach, do których – posilony śledziem zamierzał jeszcze tej nocy wdepnąć. Powierzył go więc mojej matce – strażniczce wielorakich skarbów, z prośbą o zabezpieczenie do czasu rozpoczęcia prac renowacyjnych i zapakowawszy z należną czcią w białą chusteczkę higieniczną, położył na stole. Następnie pożegnał się szarmancko i odprowadzony do drzwi zniknął w windzie.
Mniej więcej tydzień po tym wydarzeniu matka nagle w biały dzień wydała okrzyk rozdzierający powietrze, o ile można tak było nazwać to, czym oddychaliśmy na co dzień. Jezus Maria!!!! Gdzie jest pierścionek Dymitra!!! Niestety ślad urywał się na zapakowaniu go w chusteczkę higieniczną tamtej, pamiętnej nocy. Wszystko wskazywało na to, że dołączył do zaginionego oczka i zniknął na zawsze w odmętach historii. Stół posprzątałyśmy po wyjściu gości i biedak, zamotany w ligninę nie miał szans zabłysnąć. Wylądował zapewne w wiaderku pod zlewem razem z masą niedopałków i resztką śledzia. Wiaderko od tego czasu opróżniałam ze trzy razy, bo to był mój ustawowy obowiązek, niezbyt ciężki, bo droga ze śmieciami wiodła przez drzwi na klatkę schodową do zsypu, który był między piętrami. Parę kroków i wyniesione.
Taki podręczny zsyp to był luksus. Otwierało się bardzo ciężką klapę i manewrowało wiadrem tak, żeby zawartością trafić w przepaść. Odpadki spadały z dziewiątego piętra czyniąc straszliwy hałas, ponieważ A – nie istniało segregowanie śmieci, B- nie istniały worki na śmieci, C – ściany były tak obrośnięte wieloletnią warstwą lepkich odpadów, że było o co zahaczyć po drodze. Butelki, puszki i inne ciężkie przedmioty obijały się o skalne występy, kulturalnie było nie wynosić podczas tak zwanej ciszy nocnej, bo łomot powstawał nieopisany. Wewnętrzna strona żelaznej klapy też miała tendencję do obrastania płynną lub lepką zawartością, więc nasz sąsiad, wzorowy społeczniak – zainwestował w zmiotkę, wiszącą usłużnie na specjalnie wkręconym haczyku w ścianie. Zmiotka prezentowała się wspaniale, ponieważ z zasady nikt jej nie używał, zamiast tego każdy walił bez opamiętania klapą w zsyp, żeby to, co się przykleiło – nie wytrzymało wstrząsów i spadło z dziewiątego piętra zgodnie ze swoim przeznaczeniem. I tu dochodzimy do finału.
Zdając sobie sprawę z absurdu tego co robię, bo minął tydzień a odgłos tłuczenia klapą w metalową ramę słyszałam wielokrotnie – w odruchu czynienia czegokolwiek, byle nie stać w miejscu i nie musieć oglądać całego przedstawienia pod tytułem – „Ja nieszczęsna” – wyszłam z mieszkania i udałam się na półpiętro celem – o święta naiwności – sprawdzenia powierzchni klapy. Ostrożnie ją uchyliłam, bardzo ostrożnie, jakby nikt przede mną tego nie robił bezceremonialnie i po wielekroć. Smród był jak zwykle i widok jak zwykle. Ohyda. Jednak w tej ohydzie, pośród przyklejonych glutów, których pochodzenia wolałam nie roztrząsać dojrzałam coś co mogło być kiedyś białe, a obecnie przypominało bury wacik wielokrotnego użytku. Dotknęłam z obrzydzeniem tego elementu i poczułam pod palcem twarde kółeczko….
Opisałam cud odnalezienia sygnetu, który, jak sobie potem usiłowałam wyobrazić, z desperacją wartą lepszej sprawy walczył o życie nad przepaścią, trzymał się mocno pazurkami (pazurkami? co ja gadam?) nieprzyjaznych, kruchych narośli mając pod sobą czarną otchłań dziewięciu pięter, kiedy kolejny wstrząs targał nim jak wicher łódeczką na wzburzonym oceanie a on się nie poddawał, trwał w nadziei, że ktoś sobie coś przypomni, że pojmie straszliwą pomyłkę i przybieży ratować. Minęły długie dni i godziny grozy zanim mój upragniony palec wymacał go nareszcie pogrzebanego żywcem w bagnistym szlamie. Koszmar dobiegł końca. Opisałam wszystko uczciwie nie zataiwszy niczego, pokonując wstyd i zmieszanie, albowiem profanacja czyjejś rodowej biżuterii nie ma precedensu. Historycznie może zostać usprawiedliwiona tylko w wypadku powstań niewolników, buntu chłopów pańszczyźnianych bądź rewolucji proletariatu, ale tutaj nie daje się tych czynników użyć jako linii obrony. Dlatego wyszorowałam sygnet szczotką do garnków, spłukałam pod kranem, wysuszyłam i schowałam do pudełka po zegarku. Przyszedł Fąfer, dorobił oczko, Dymitr zapłacił i wszystko było, jak trzeba. Nikt nigdy słowem nie pisnął o wojnie nerwów i cudzie w śmietniku. Jednak każdy cud wart jest odnotowania choćby po to, żeby zakpić z determinizmu i przywrócić ludziom wiarę. W co? Generalnie we wszystko, co sprzeczne z grawitacją.
Wielka jest moc amuletów.