Niedługo po wyginięciu dinozaurów, w 48 roku ubiegłego wieku moi rodzice poznali się w Tatrach. I piękny byłby to początek miłości, gdyby nie demony, mroki wielu dusz, trauma biedy, okropności wojny, socjalizmu, ludzkich ułomności, kompleksów, niespokojnej inteligencji i panującej nad wszystkim ambicji. Ambicja to nie jest dobra cecha zwłaszcza, kiedy okazuje się jedyną wspólną. W Tatrach się spotkały dwa światy i niepotrzebnie to się stało. Lepiej by było dla mnie pozostać w sferze potencjalnej inteligencji i czystego ducha niż się począć z nich obojga i od tej chwili posiadać tak przeciwstawny zestaw narzędzi do życia. Na zawsze zdeterminowany kod genetyczny a w nim same sprzeczności. Ja się na świat na pewno nie prosiłam. Zostałam chamsko wydana.
Starzy nie byli sami w Tatrach, chociaż wtedy w Tatrach było pusto. Nie byli sami, bo ich było dwie a on jeden. Czasem lepszy tłum niż o jedną osobę za dużo. Siostra mojej matki, młodsza i uwieszona jej ramienia, eteryczna pianistka, która złamała palec grając na pianinie. Czy wielu pianistom się to przytrafia? Ja nie słyszałam o żadnym. Pianista nie stolarz, który prosi o 5 piw pokazując 3 palce, bo resztę palców uciął sobie na pile.
Nieistotne. W Tatrach był on i one dwie. Ela i Dana. Ela zawsze chciała mieć wszystko to, co Dana. Wliczając w to mojego ojca. Potem, kiedy ojca już nie było – chciała mieć Danę. I ją sobie zabrała.
Z całą pewnością nie patrzyłam na rodziców jak na ludzi. To byli rodzice. Mogli być równie dobrze hipopotamami albo dwugłowymi smokami, to bez znaczenia. Byli moimi rodzicami o bardzo określonych cechach przynależnych tylko im, ale nie byłabym w stanie ich postaci opisać w całości. Tylko pojedyncze wrażenia i emocje. Ojciec był duży, mógł więc z powodzeniem być dużym hipopotamem. Matka była zawsze blisko, gdzie się nie obejrzałam, dwugłowy smok tak właśnie potrafi. Ale kiedy się poznali byli jeszcze ludźmi, ludźmi ze zdjęć.
Nie wiem co o nich sądzić, o ludziach ze zdjęć, które przeglądam w albumach ze sztywnymi kartkami. Pomiędzy kartkami drżą poszargane przezroczyste bibułki. Niektóre zdjęcia ledwo się trzymają, najstarsze są zamocowane na specjalnie w tym celu zrobionych nacięciach. Wszystkie są czarno – białe albo w sepii. Na największym, zajmującym jedną czwartą strony ojciec w górach. Stoi w pozycji spocznij z ogromnym plecakiem, wokół plecaka ma zwiniętą taternicką linę a pod spodem zrolowany śpiwór. Ubrany w kraciastą koszulę, pumpy, pionierki i grube skarpety. Na głowie mały kapelusik. Szeroko się uśmiecha demonstrując diastemię, zlikwidował ją wiele lat później sprawny dentysta. Uśmiech bez szpary pomiędzy jedynkami już nie był nigdy tak radosny i szczery. Zgodnie z matki opisem, wtedy w Tatrach wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciu i do dzisiaj nie wiem, czy zapamiętała zdjęcie, czy człowieka.
Obraz jest walorowy, ale jest w nim słońce. Widziała go pod słońce, plecak sprawiał, że wyglądał jak olbrzym, kiedy go zobaczyła po raz pierwszy w drzwiach schroniska. Ja go pamiętam dojrzałego, około czterdziestoletniego, łysego, na chodniku w świetle naszej furtki. To wyobrażenie było już inne i dotyczyło realnego wspomnienia. Ważnym elementem stał się trencz i skuter, który stawiał pod jabłonką. Mój obraz stracił kolory, bo wspomnienia blakną naprawdę. Nie znikają, ale gasną.
Nie wyobrażam sobie, jak można było się z nim rozwieść. Chociaż, oczywiście, nie był moim mężem, lecz ojcem. Ale to był człowiek niemalże bez wad i wielkiego umysłu, miał też cięty dowcip. Był najlepszym możliwym produktem polskiej przedwojennej inteligencji, nic go nie było w stanie zepsuć. I na ten idealny zestaw genów nałożyły się odloty i szaleństwa przedwojennej bohemy zmagazynowane w komórkach mojej matki. Musiało być gorąco w łańcuchu DNA, zrobiło się tam od razu piekło. I całe to piekło jest we mnie.
2.
I oto mamy rok 2021, styczniowy, różowy poranek, po piętnastu latach błogosławionej rozłąki wiozę matkę na zawsze do siebie. Ja wiem, że to na zawsze, ona przeciwnie – traktuje ten wyjazd wyłącznie jako okazję do podreparowania zdrowia. Ma 92 lata i nie odpuszcza. Zabrała zimowe rzeczy, bo po letnie wróci. Nie wróci. Nigdy więcej nie zobaczy swojego mieszkania, bo je przepisałam na wnuki, a wnuki już dybią za rogiem ze śmieciarą i pękiem kluczy. Nieźle się zagraciła, ciężko odróżnić cenny przedmiot od jarmarku. Koguciki z odpustu, biżuteria ze straganów, laleczki z targu staroci, misie w mundurkach z pudła po prababci, parapet zastawiony doniczkami. Przerośnięte drzewka szczęścia udekorowała ozdobami – a to bombki a to pisanki – pomieszanie z poplątaniem. Na ścianach obrazki walczą między sobą o centymetry przestrzeni. Zdjęcia rodzinne, widoczki i pejzażyki, wielkie obrazy jej autorstwa – tu tryptyk tam dyptyk, szydełkowe tkaniny z motylkami, drewniane anioły a na ich różowych palcach koraliki, wstążeczki, perełeczki. W kuchni skład ceramiki, głównie z Pepco, ale zdarzają się zabytki. Stare ludowe, malowane talerze, posrebrzane, tłuste z brudu wielkie sztućce skądeś odziedziczone i nigdy nie czyszczone, w szufladach setki zakrętek, gumek, otwieraczy. Wszędzie koszyki a w nich zbiory pustych reklamówek, papierzanych toreb, starannie poskładanych kolorowych papierków spod choinki, Chryste…Kto to ogarnie? Kto się zabawi w Kopciuszka i oddzieli chłam od kosztowności? Antyczną, przeszkloną bibliotekę wykleiła od środka tapetą w kwiatki… Niewiele tam książek, za to serwis z cienkiej porcelany, strasznie pożółkły, ale do odratowania. Kazałam zostawić.
Ufam, że zostawią. Wszystkim zawsze ufam, mam to po niej.
Na razie jednak podróżujemy przez Polskę, ona wygodnie rozłożona na fotelu pasażera podziwia widoki, zupełnie jakby niedawno odzyskała wzrok. Różowe obłoczki nad horyzontem, wrony na zaszronionych łąkach, nagie drzewa – te samotne i te rosnące szpalerami – wszystko ją zachwyca. Ach jaka mgła nad polami, jak z moich obrazów! Zaiste, od lat maluje mgły, zmałpowała je ode mnie i uczyniła swoim znakiem firmowym. Gdybym jej to teraz wypomniała – byłaby szczerze oburzona. Lepiej nie drażnić lwa, nawet takiego, który wie, że błędem byłoby pożreć swojego wybawcę. Póki co jestem pod ochroną. Na stacji benzynowej chce hot doga i nie może się go doczekać, jak dziecko. Uwielbia niezdrowe jedzenie.
Był czas, że ważyła sto kilo. Obżerała się ciastkami, potrafiła zjeść trzy kremówki i nie zwymiotować. Teraz zapewne wmieszałby się w to psycholog, tak oczywista to była reakcja na stres, ale w tamtych czasach nie dostrzegano związku pomiędzy tyciem a życiem.. Dzisiaj do stwierdzenia depresji wystarczy jedna kremówka, ale przez całe wieki aż do niedawna ludzie musieli żyć ze swoimi dramatami, jakby nic się nie stało. I tak właśnie żyła, a jeśli jej się zdarzało zapłakać – zwoływała koleżanki na specjalne przedstawienie z masą ciastek i słodkiego wina albo równie słodkiej kawusi. Nic się nie mogło zmarnować w samotności. Na szczęście jednak mnie owe seanse ominęły.
Kochałam ją. Boże, jak ja ją kochałam. Prawie jak anioła, nadprzyrodzoną doskonałość, idolkę. Podobało mi się w niej wszystko – opadnięte kąciki oczu, sposób odrzucania włosów, chód i leciutko krzywy zgryz. Miała najlepsze ręce, stopy i paznokcie, chciałam dotykać jej ubrań i podziwiałam każdy przedmiot, który jej się podobał. Mówi się na to, że ktoś jest całym twoim światem. Ona była moim. Chciałam być nią i blisko niej. Cała ludzkość nie miała znaczenia, liczyła się tylko ona i ja, starannie odtworzony klon i doskonała matryca. Jej twarz musiała być pierwszą, którą widziałam po przebudzeniu. Czesała się w koński ogon na czubku głowy, lubiła swetry z golfem i wąskie spódnice. Pamiętam każdą jej kurtkę, każdą parę butów. Kiedy mnie wołała biegłam jak szalona, bo wiedziałam, że spotka mnie coś dobrego. Moje imię ma brzmienie jej głosu. Czekałam na nią z nosem przylepionym do okna. Tęskniłam, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi.
Jest takie zdjęcie, na którym widać, że ją kocham. Kochałam. Bo potem przestałam. Zrobiła wszystko, żebym przestała, naprawdę się postarała i można powiedzieć to, co się zazwyczaj mówi w takich okolicznościach – „między nami skończone”. Na tym czarno białym zdjęciu z ozdobną falbanką ona siedzi na łące a ja siedzę na niej okrakiem. Przyciskam twarz do jej policzka z miną pod tytułem – jesteś moja, nikomu cię nie oddam, jesteś tylko moja na zawsze. Teraz marzę o tym, żeby ją gdzieś, komuś oddać. Ale komu, gdzie, za co? Jest człowiekiem bezużytecznym, nic już nie ma do zaoferowania, prócz spróchniałych kości i tego ognia w oczach, który potrafi jeszcze bardzo parzyć.
3.
Matka i ojciec nigdy się nie przytulali, nie całowali, nie trzymali się za ręce, nie patrzyli sobie w oczy, nie porozumiewali się wzrokiem, czasem się śmiali z tego samego. Czy tak wygląda małżeństwo? Moja pamięć nie sięga czasu, kiedy byli zakochani, ale podobno byli. To smutne – pamiętać rodziców jako obcych sobie ludzi. Na szczęście nie miałam pojęcia, że mam się tym martwić, że może, a nawet powinno być inaczej. Pamiętam tylko jedną scenę z tygrysią skórą. Tygrysia skóra miała olbrzymi łeb i szklane, pomarańczowe oczy. Leżała na środku pokoju, na wypastowanym parkiecie. Matka siedziała na tej skórze w granatowej sukience a ojciec leżał na łóżku z odłożoną książką. Ona miała głowę ukrytą w ramionach opartych o łóżko ojca i chyba płakała. Nic dobrego to nie wróżyło i rzeczywiście, niedługo potem on się wyprowadził. Scena z tygrysią skórą była jedyną, która mogła sugerować, że łączy ich coś więcej niż śniadanie, obiad i kolacja. Coś intymnego, bliskość, prywatność zastrzeżona wyłącznie dla nich. Bo poza tą jedną chwilą, kiedy ona płakała a on patrzył w sufit a nie w książkę i miał twarz zamyśloną a nie neutralną – zachowywali się jak dobrzy znajomi. Którzy mogą się rozstać w każdej chwili bez płaczu, załamanych rąk, zwyczajne pa pa.. Dziwić się, że nie miałam pojęcia o seksie ani skąd się biorą dzieci. Ale jeśli dziecko powstaje z połączenia rodziców, to ja musiałam powstać z czego innego. Z przepisu pewnie. Z równania. Z reakcji chemicznej. Wykrzesano mnie za pomocą specjalnego przyrządu. Uznali, że nie potrzebuję ich obojga, bo nie zrobili mnie razem. Mogłam zostać z ojcem, ale trafiło na matkę. I zostawił mnie z nią i nigdy już po mnie nie wrócił.
4.
„Jak mi się to stanie?” – pytała podobno Święta Maryja Panna mając na myśli zapłodnienie bez bzykania. A ja pytam o to samo w kontekście zbliżającej się śmierci w moim pokoju, bo ona przecież tutaj umrze. Wiozę ją do siebie na zawsze. Jej ciało powoli wyparowuje, znika, zmniejsza się, kurczy, tężeje, stygnie. Od wielu miesięcy ma zimne stopy i ręce. Skórę jak papier. Wzrusza mnie. Nigdy wcześniej mnie nie wzruszała. Prawdę powiedziawszy mało co mnie wzrusza. Przywołuję satyra i on potrafi wszystko obśmiać. Co za ulga.
5.
Skuter ojca był jasnoniebieski. Włoska Lambretta, w tamtych czasach krzyk mody. Ojciec słuchał tych krzyków uważnie, bo nie miał gustu. Pochodził z tak dobrej rodziny, że w zasadzie nie musiał go mieć, ale tak zwanej wrodzonej elegancji i poczucia stylu nie odziedziczył, dlatego pilnie podążał za trendami traktując je jako niezawodny środek do „podrywania babek”, jak to się wtedy mówiło. Skuter był pewniakiem, gwarantował sukces towarzyski i przyćmiewał każde niedociągnięcie. Stał zazwyczaj na podjeździe pod rajską jabłonką. Nie wiedziałam, dlaczego jest rajska, ale nie wątpiłam w to ani przez chwilę. Jabłuszka były słodkawe i cierpkie, smak, którego próżno szukać po świecie. Mieszkaliśmy w ogromnym domu na końcu ślepej ulicy. „Ślepa” brzmiało przejmująco. Dopiero co położyli asfalt, dawniej była to podobno czarna, żwirowana droga. „Dawniej” mogło oznaczać czasy, kiedy nie istniałam i dlatego wydawały mi się straszne. Gdyby zapytać przeciętnego człowieka w jakiej epoce chciałby się urodzić, zazwyczaj odpowiada, że w tej, w której żyje. Wszystko się okazuje gorsze od tego, co znamy, żeby nawet to co znamy – było najgorsze.
W dzieciństwie świat sprowadza się do najbliższego otoczenia, a przyszłość to kwestia kilku godzin. Dzisiaj wieczór, ewentualnie jutro rano. Cała reszta to czasy tak odległe, że oczekiwanie, aż nadejdą wydaje się absurdem. Oznaczałoby to, że cokolwiek robimy, robimy tylko po to, żeby nam się nie dłużyło. A wtedy, jak wiadomo, dłuży się jeszcze bardziej.
Życie małych dzieci nie ma konkretnego celu i nigdzie nie zmierza.
Potem niepostrzeżenie zaczynamy liczyć kroki.
W mojej głowie kalendarz układał się pionowo i swój punkt najwyższy osiągał w lipcu, wtedy mam urodziny. Sierpień był obok, na tej samej wysokości i sklejony z lipcem, a wrzesień pod sierpniem. Aż do grudnia miesiące schodziły w dół. Styczeń rozpoczynał ponowne wznoszenie. Kalendarz był małym zaznaczonym szlaczkiem w pustym bezkresie nieskończoności. Miałam ten bezkres gdzieś z tyłu głowy. Odkąd pojawiła się świadomość własnej osoby, czyli od wczesnego dzieciństwa bałam się ciemności, bo wtedy świat znikał i pozostawała nieskończona przestrzeń złożona z czarnych cząsteczek nocy. Moje życie wyznaczała cienka wstążka z nazwami miesięcy. Jej początek i koniec się rozmywał.
Myślałam o dorosłości jak o miejscu dość odległym na szlaku wyznaczonym przez daty, potem na horyzoncie majaczyła starość, teraz śmierć. Myślałam o dorosłości, o małżeństwie, o dzieciach, które kiedyś urodzę, jak o życiu na nieznanym lądzie, niewidocznym z tej strony oceanu. Były to męczące myśli, nie lubiłam ich.
Jasnoniebieski skuter zniknął razem z ojcem, kiedy miałam sześć lat. Zauważyłam to dopiero po jakimś czasie.
Zazdrościłam dzieciom, które mieszkały w bloku. Dosięgały do klamek i miały telewizory. Ja musiałam stawać na krzesełku, żeby otworzyć drzwi i nigdy nie oglądałam na dobranoc Bolka i Lolka. Chciałam mieszkać na osiedlu, mieć mały pokój z kaloryferem, jeździć windą i zamykać się w ubikacji. Chciałam nosić podkolanówki cały rok. Chciałam mieć zdjęcie z profilu, bo byłam bardzo ciekawa jak wyglądam z profilu i lalkę z oczami, które nie są namalowane. Kiedy się ją kładzie – oczy się zamykają. Tak. To były moje najważniejsze marzenia, kiedy miałam sześć i siedem lat.
Czasem po szkole przychodziła do mnie Marta i bawiłyśmy się, że jesteśmy dorosłe. Ja zawsze byłam artystką, bo moja matka była artystką, wszystkie moje ciotki prawdziwe i przyszywane były artystkami, więc nic innego nie przychodziło mi do głowy. Matka Marty była matką, więc Marta też była z zawodu matką. Jako matka bawiła się, że robi zakupy, gotuje obiad, rozstawia wszystkich po kątach i jest zmęczona. Jako artystka rysowałam portrety lalkom i wrzeszczałam na nie, żeby się nie kręciły. Na mnie nikt nie krzyczał, kiedy raz jeden pozowałam do portretu, ale uważałam, że ma do tego prawo i z niego nie korzysta.
Portret był z profilu.
Na wakacje jeździłyśmy do Kazimierza, zawsze z matką i ciotką Elą, która mnie potem wydziedziczyła w porozumieniu z resztą rodziny. Wtedy jednak postanowiła przywłaszczyć sobie Danę z przychówkiem. Mówiła, że mnie kocha i byłam skłonna jej wierzyć. Obie były ładne, zgrabne, malowały sobie kreski na powiekach, miały sukienki, które z powodzeniem można by teraz nosić jako najmodniejsze, bo moda przecież wraca, nikt nic nowego nie potrafi wymyślić, a jak wymyśli, to się tego nie da nosić. Takie sukienki prosto cięte, dopasowane, w duże kwiaty albo geometryczne wzory ubierało się do płaskich bucików, na które dzisiaj mówi się baleriny, a wtedy się mówiło trumniaki. No i one w tych trumniakach z kreskami na powiekach zadawały szyku przy studni na Rynku, a ja się wlokłam za nimi objuczona lalkami i nie wiem, czy mi to wszystko sprawiało przyjemność, chyba nie. Zawsze wolałam być sama, lalki były jedynym towarzystwem, które mi nie przeszkadzało. Dom Potworowskich w Kazimierzu był jeszcze wyższy niż nasz w Krakowie i miał więcej pięter z przodu niż z tyłu, bo stał na wysokiej, prawie pionowej skarpie. Nie lubiłam wakacji, ale wszystko było lepsze niż kolonie letnie. Myśl o koloniach z kupą obcych dzieci powodowała u mnie panikę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy ojciec zaczął przyjeżdżać tylko w odwiedziny. Byłam zbyt zajęta lalką z mrugającymi oczami, którą mi przywiózł z Włoch. Nazwałam ją Silvana. Silvana leży w szafie owinięta płótnem, jak mumia i zapakowana w pudełko. W tym roku skończyła sześćdziesiąt lat. Jedno oko jej się nie domyka.
6.
Zawsze chciałam mieszkać osobno. Nadzieja na to, że się wyprowadzę pojawiła się już w czasach, kiedy zaczynałam studia. Najpierw za pieniądze od ojca wynajęłam pracownię bez bieżącej wody, potem już zawsze coś wynajmowałam. W końcu znalazłam sobie męża z mieszkaniem, ale było bardzo blisko mieszkania matki. Kiedy kupiliśmy zrujnowany dom na drugim końcu Polski, ochoczo z nim wyjechałam. A jednak splot zdarzeń sprawiał, że wracałam, nigdy mi się nie udało uciec od niej na dobre. Że też mnie to nie zastanowiło.
Teraz owszem, zaczęło zastanawiać. Ma prawie 92 lata, więc drugi brzeg widać jak na dłoni. Jednak myślę z niepokojem o zjawisku długowieczności. Oby jej nie dotyczyło. Boję się wspólnego mieszkania, chociaż mam ją w garści, jest staruszeczką, sama sobie nie poradzi, musi uznać moje zwierzchnictwo. To nawet kuszące, gdybym jej nie znała. Szykuje się wojna, nie mam złudzeń. Co więc mną powoduje?? Czy mnie poniosła słabość do niej pomimo niechęci do niej? Posłuszeństwo wobec niej, mimo tak ciężko wypracowanej niezależności od niej? Syndrom kata i ofiary? (Jest coś takiego, brzmi strasznie.) A może chciałam zostać bohaterem? Coś sobie udowodnić, na przykład odporność na życie. Wydaje mi się, że już nie jest groźna, mam w sobie siłę, o której ona nie ma pojęcia. Odprowadzę ją na tamten świat koncertowo, odprawię z poczuciem spełnionego obowiązku. Tym samym pokażę dzieciom, że jestem dobrą matką, jaką ona nie była. Oddam im wszystko. Ona niczego nie dopilnowała, o nic nie zawalczyła, pozwoliła mnie wydziedziczyć. Dlatego ją zabrałam tak jak stała i wręczyłam wnukom klucze od mieszkania pełnego jej mebli, ubrań, książek, zdjęć, listów…Z tych wszystkich rzeczy ważne są tylko klucze. Dzięki kluczom, które dostały – nie podzielę jej losu. Obejdą się ze mną jak przystało na wdzięczne dzieci. Przyśpieszony spadek po babci, którą jeszcze żywą usuwam z inwentarza to jest coś! Wolna, rodzinna nieruchomość w prezencie! Dowód na to, że można być dobrym rodzicem. Ja nim jestem. Słowem masa argumentów nie do odparcia.
Przygotowałam dla niej sypialnię, wydzieliłam połowę szafy i pożegnałam się chwilowo z moim cudownym, samotnym życiem myśląc o tym w kategoriach sytuacji przejściowej. Nikt nie wie, ile czasu pozostało, ale przecież niewiele. Ma nadciśnienie, osteoporozę, nieczynną nerkę, sztuczne biodro i zaleczonego raka, ma wszystko, co szanujący się dziewięćdziesięciolatek mieć powinien, aby odejść w rozsądnym terminie.
Zapominając o tym, czym jest pasja, determinacja i ochota na życie w wydaniu mojej matki, pełna wzniosłych myśli na własny temat– zapłaciłam na stacji benzynowej za kanapkę z tuńczykiem dla siebie a dla niej kupiłam hot doga z sosem „Tysiąc wysp”. Zjadła łapczywie, ze smakiem. Nie przejmuje się żadną dietą, uwielbia masło, ciasteczka z czekoladą i boczek.
Radioterapię skończyła dawno temu, była zaledwie po osiemdziesiątce. Zamierzchłe czasy! Teraz czuje się zupełnie zdrowa, rak żałuje swojej decyzji a ona, w długiej, kolorowej spódnicy i szmacianych bucikach w kwiatuszki, z indiańską przepaską na czole podziwia zachód słońca na E7.
7.
Przestraszyłam się chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej. Miałam brzydkie pismo, tak już zostało. Ona przyszła do domu nie w sosie, obładowana jakimiś projektami, które rzuciła gestem bardzo gwałtownym na tapczan a potem podeszła do biurka, na którym leżał otwarty zeszyt z podkreślonymi na czerwono kulfonami. Co to jest!!??? To jest zeszyt??? Zeszyt na brudno, czy zeszyt na czysto???
Ogarnął mnie dziwny paraliż, ale także bezgraniczne zdumienie. Do końca liczyłam, że to są żarty, nigdy na mnie nie krzyczała, nie interesowała się szkołą, nie musiała, bo zazwyczaj przynosiłam piątki. Nudne świadectwo? – pytała co roku po zakończeniu szkoły. Tak – nudne – same bardzo dobre. Zeszyt z kulfonami nie miał na to żadnego wpływu. Przestałam starannie pisać, bo po pierwsze – zaczęłam się skupiać na treści a po drugie zaczęłam się zakochiwać w każdym po kolei wartym uwagi koledze z klasy. Uchodziłam za inteligentną i atrakcyjną, chociaż miałam do siebie sporo zastrzeżeń, ale to były MOJE zastrzeżenia, nie wpływające na obniżenie pozycji. Bez żalu pozostawiałam nic nieznaczącym koleżankom nieliczących się w rankingach chłopców bez twarzy. Ale w naszej szkole przeważał pierwiastek męski i w dobrym gatunku. Stąd masa energii, którą musiało pochłonąć zdiagnozowanie materiału pod kątem kwalifikacji na narzeczonego. Funkcjonowałam na bardzo wysokich obrotach. Krzywe litery w zeszycie nie miały nic wspólnego z moim poziomem intelektualnym, o czym nauczycielka polskiego doskonale wiedziała. Ale moja matka zdawała się nie wiedzieć.
Zeszyt poleciał lotem koszącym, jak zestrzelony ptak – na podłogę. Za chwilę siedziałam nad świeżą kartką i przepisywałam wszystko od początku. A ona nade mną, pięściami oparta o blat przyszpilała wzrokiem litery tak, że krzywiły się jeszcze bardziej. Chwiały się biedne jak źdźbła, na których zaraz wyląduje helikopter. Co to jest??? –To jest „A” ? Pisz prosto!!! Nie! Jeszcze raz! Później się wysikasz, teraz pisz! Pisz to A! Do dupy! Jeszcze raz! – ryczała i tłukła w moje przerażone biureczko. Zaczęłam płakać, ale to ją tylko rozjuszyło. Przestań się mazać! Natychmiast przestań! Z nosa kapały mi łzy, wytarła je takim ruchem, jakby to były obłocone czubki butów. Pisz! -powtarzała i mięła mokrą chusteczkę szukając miejsca, gdzie można by ją wcisnąć. Dalej. Jeszcze raz, źle. Będziesz tak pisać do rana, aż będzie równo. Źle, jeszcze raz, źle, źle, źle, jeszcze raz, aż będzie równo…
W końcu było równo. Tak równo, że sama nie mogłam w to uwierzyć. Miałam poczucie zwycięstwa w nieswojej bitwie. Potrafiłam już ładnie pisać, ale nie miałam zamiaru z tego korzystać. Nie o to chodziło w pisaniu. Później umiałam też ładnie rysować, ale nic poza pewnością ręki mi to nie przyniosło. Nie otarło się nawet o ducha. Mój duch chodził głodny, chociaż w wyniku terroru, ćwiczeń podobnych do tego z kaligrafii, które już potem sama sobie zadawałam, lub wymuszało je życie– zostałam perfekcjonistką. Świetnie się uczyłam, świetnie myłam naczynie, szorowałam wannę, pastowałam podłogę. Równie znakomicie rysowałam portrety. Znałam angielski i francuski, jeździłam na nartach, na rowerze i konno, byłam dobrym kierowcą, egzamin teoretyczny z prawa jazdy zdałam wyuczywszy się na pamięć całej książki pytań i odpowiedzi. Była to książka, z której nie rozumiałam ani słowa. Ignorowałam mój wewnętrzny brak zainteresowania, a czasem nawet wstręt, pokonywałam wszelką niechęć wobec konieczności opanowania kolejnej, trudnej dziedziny życia, z którą przyszło mi się zmierzyć a następnie wychodziłam z tej walki zwycięsko, bo tak trzeba. Zawsze zaczynałam od najtrudniejszego etapu, najbardziej przyrośnięty garnek lądował w zlewie na samym początku zmywania. Byłam dla siebie bezlitosna i wygrywałam. Jeśli chodzi o smak zwycięstwa, to moje zwycięstwa nie miały smaku.
8.
Ja wypakowuję torby, ona pali. Papierosy to jej fetysz, uważa się za wtajemniczoną w społeczność nałogowych palaczy, a wtajemniczenie przydaje godności. Tak pewnie myśli, chociaż godność to pokora wobec wyroków losu, czego u niej nigdy nie zauważyłam. Z wyrokami zawzięcie dyskutuje, bywa, że dochodzi do rękoczynów.
Zaczęła palić po czterdziestce. Ja skończyłam przed trzydziestką. Minęłyśmy się. Jednak paliłam na tyle długo, że mogę się nazwać klasycznym neofitą. Mam uczulenie na dym. Wyczuwam go na pół kilometra, po przyjeździe z jej mieszkania wszystko wrzucałam do pralki. Teraz mam palarnię w altanie a w domu jej rzeczy przesiąknięte zastarzałym odorem nikotyny.
9.
Strasznie cierpiała w dniu rozwodu z ojcem. Nie z powodu utraty męża, lecz zęba. Miała zapalenie okostnej, najpierw ją rąbał ząb, a potem dziura po zębie. Siedziała na fotelu, który sama zaprojektowała i tylko jej było w nim wygodnie. Przykładała do policzka zimny okład z kuchennej ścierki, jej oczy wyrażały udrękę. Nic nie mówiła, bo wtedy bolało. Zastrzyk w dziąsło też bolał. Patrzyłam na nią i uznałam, że świetnie wygląda, jak zawsze. Boleść jej nie szpeciła. O tym, że to był ostatni dzień małżeństwa dowiedziałam się kilka lat później.
Zataiła przede mną fakt, że rozwód nie był wyłącznie z winy ojca. O tym, że pierwszą rozprawę zerwał. Wybiegł z budynku sądu, potem poszli nad Wisłę, pogodzili się. Powtarzał potem wielokrotnie, że rozwód, który opóźnił o rok, był najtrudniejszą decyzją w jego życiu. Ona mówiła tylko, że nas zostawił. Mnie zostawił. Zostawił nas w wigilię dla lafiryndy w futrze. Nigdy nie chciałam mieć futra. Cruella Demon miała futro z dalmatyńczyków. To mi zupełnie wystarczyło. Nie wiem, z czego było futro lafiryndy.
I nie chcę wiedzieć.