10.
Żeby nie wiem z jak bardzo boskiego rozkazu umarła – wiadomo, że będę się czuła winna, będę się zastanawiać, czy jej nie zabiłam, nie dręczyłam. Tak jak się dręczę z powodu śmierci Holly, mojej suczki, która nie przeżyła operacji kręgosłupa. Znajduję tysiąc powodów, dla których mogłam z nią na ten zabieg nie pojechać, na czele z datą. Trzynasty i piątek, kto się decyduje na takie rzeczy w piątek trzynastego?
Niepokój, uporczywy, nawracający niepokój, że zrobiłam coś źle, że jestem winna tej śmierci, każdej, absolutnie każdej śmierci, z którą miałam do czynienia jestem winna ja. Ta myśl, choć wiem, że obsesyjna, że absurdalna, przychodzi nagle, żeby mi zatruć umysł, widzę ją już z daleka, uderza prosto w twarz jak wicher, tracę równowagę pod ciosem. Kulę się i czuję ściśnięte gardło, jednak nigdy nie płaczę. Biedny Bóg, uśmierca tyle istnień w każdej minucie.
Rozumiem ludzi, którzy boją się kochać właśnie dlatego. Przeżywamy tylko śmierć materii, im bardziej ktoś jest fizycznie niezastąpiony, im bardziej przyzwyczajamy się do jego CIELESNEJ obecności, im bardziej z nim wiążemy realne nasze życie, tym trudniejsza do zaakceptowania wydaje się strata. Czy płakałam po Szymborskiej? Albo po Brodskim? Po Nabokovie? Nie, ponieważ ich śmierć nic nie zmienia. Dla mnie oni nie umarli nigdy. Tymczasem bez przerwy płaczę z powodu Holly i szukam nocą koło siebie jej ciepłego brzuszka, jej futerka i łapek.
Jesteśmy tu po to, żeby pojąć sens śmierci, sens cierpienia i moc absolutu, a nie po to, żeby być bogatym i zadowolonym. Jesteśmy po to, żeby przenieść istotę szczęścia w rejony niezależne od materii, po to, żeby się od niej ostatecznie uwolnić i odkryć swoje indywidualne przeznaczenie sprzężone z całym kosmosem. Nic tak nie zmienia i nie poprawia optyki jak zderzenie ze śmiercią. Albo to pojmiesz, albo jest po tobie. Czuję się lepiej myśląc w ten sposób. Czuję się usprawiedliwiona, że cierpię, chociaż na dnie duszy drzemie pragnienie zrzucenia wszystkich ciężarów i poleżenia na słońcu bez poczucia winy.
11.
W letni, upalny wieczór, jakieś 55 lat temu pojawił się w jej życiu facet z czerwonym jabłkiem. Koleś od początku odstawał od towarzystwa, międlił jabłko jak piłeczkę treningową i gapił się na matkę, a ona, bardziej niż zwykle ożywiona i rozpromieniona szukała w jego świdrujących, wąskich oczach błysku uwielbienia. Dobrze znałam to zachowanie, ale tym razem naprawdę przeszła samą siebie skacząc przez ognisko w długiej kolorowej spódnicy. Poleciała masa iskier, wszyscy wstrzymali oddech a za chwilę bili brawo. W przeciwieństwie do mnie nowy gość wydawał się zachwycony. Potem sam schrupał jabłko, wrzucił ogryzek do ognia i czmychnął bez pożegnania. Matka wyraźnie zmarkotniała, zrobiło się rzewnie. Ale człowiek z jabłkiem powrócił następnego dnia w południe. Nowe, zielone i błyszczące położył na stole w kuchni i rozsiadł się, jakby zamierzał zostać na zawsze. Byłam przerażona. Ona przeciwnie, zachowywała się jakby wygrała konkurs piękności.
Nie polubiłam go i nie zamierzałam polubić. Wydał mi się nieszczery a jego ubrania były szorstkie w dotyku. Nosił gruby, wełniany sweter i spodnie w prążek, tak zwane spodnie sztuczkowe. Był wysoki, ale coś mu dolegało w proporcjach. Ostrzyżony na jeża, z wielkim, płaskim nosem, który najwyraźniej utrudniał mu oddychanie, bo pofukiwał co jakiś czas usiłując go przetkać. Wszystko razem odstręczające, czekałam aż sobie pójdzie.
Nazywał się Gienek albo Mietek, albo równie okropnie, miał wiejskie imię. Ale ona mu wymyśliła inne i został Hartem. Razem z pretensjonalnym imieniem dołożyła jeszcze rozmaite, niezwykłe cechy, których nie posiadał, bo nie był księciem z bajki. Nikt nie jest. Domniemane perły intelektu i przymioty charakteru tkwiły zapewne gdzieś głęboko pod gryzącym swetrem. Należało je tylko wydostać na światło dzienne i sprawić, by magia zadziałała. Pochłonięta owym dziełem wszelkie niepowodzenia przypisywała swojej przeciążonej odpowiedzialności za mnie, za bałagan w domu, który nagle zaczął jej przeszkadzać, za mój cynizm, który „hodowałam” – (to było jej ulubione określenie) i „rażący brak uczuć” z mojej strony. Chodziła podenerwowana, zaczęła palić dużo papierosów i piekliła się o każdą nieumytą szklankę.
12.
Wydaje nam się oczywiste kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i co jest dla nas ważne. I nagle na koniec życia się okazuje, że to tylko informacje zapisane w mózgu. Mogą nagle zniknąć, nie są chronione. Delete i kosz opróżniony. Nic nie wiesz, nikogo nie znasz, nie pamiętasz, gdzie jesteś ani jak się nazywasz. Nie rozpoznajesz nikogo ani niczego, jakbyś dostał mapę obcego świata jeszcze bardziej szaloną niż u Tolkiena. To, co widzisz, próbujesz ułożyć w całość bez uprzedniej wiedzy. A może właśnie widzisz prawdę? Spod hałdy informacji wyłania się niezakłócony obraz, czyste istnienie, twoje własne, bo to ty sam nareszcie je odkrywasz. Ty nieznający świata zaraz po narodzinach, albo ty bez pamięci, którą zabrała starość.
A może wszystko jest odwrotnie? Na pewno jest. Może od dnia narodzin TRACIMY tożsamość?
Ucząc się otoczenia zapominamy skąd przychodzimy i gdzie zmierzamy. Tworzymy obraz rzeczywistości zgodnie z tym, jak ją widzą inni, używamy języka, którym mówią i nazywamy rzeczy imionami, które powszechnie obowiązują. Prawdziwy cel i sens blednie do reszty wraz z nauką czytania i szkołą, potem go zasłania małżeństwo, dążenie do sukcesu, stabilizacja, rodzicielstwo. Napływ informacji, czyli tak zwana wiedza o świecie tworzy skorupę, którą rozbije dopiero śmierć. Ona umiera. Za chwilę będzie wiedzieć więcej ode mnie. Jej obecny stan coraz bardziej ją odgradza od rzeczywistości, ale pytanie brzmi, czy ta rzeczywistość jest jedyną prawdziwą? Czy w ogóle jest prawdziwa, skoro wyparowana z mózgu przestaje istnieć?
13.
Ciskała przedmiotami nie gorzej niż pijak, chociaż nie piła. Nie wiedziałam co ją nagle rozjuszy, ale nauczyłam się czytać z jej twarzy, jak szczur, który widzi nad sobą pochylone oblicze laboranta. Jedyne, co może zrobić, to udaremnić wynik eksperymentu pozostając nieczułym. Wtedy dociekliwy badacz podkręca napięcie. Istnieje jednak granica, której nie może przekroczyć, bo szczur naprawdę straci czucie. Na to liczyłam. Na wieczne znieczulenie. Nie miałam gdzie się schować ani zamknąć, nigdzie nie byłam bezpieczna. Otwierała nie tylko mój pokój, ale także szuflady, tornister, listy, pamiętniki. Podsłuchiwała rozmowy, wyciągała informacje od swoich koleżanek, tych dorosłych koleżanek, którym w zaufaniu nieopatrznie się zwierzyłam. Od ciotki, która mnie broniła. Wszędzie węszyła nielojalność, nienawiść, oszustwo. Wszystko, czego jej nie chciałam powiedzieć było zdradą naszej miłości, jej miłości do mnie. Sprawdzała kieszenie, pytała kto dzwonił, dlaczego mam smutną minę, co się stało. Co się stało?! Bo przecież widzę, że coś się stało. Nic? Nie kłam, po cholerę kłamiesz? Ciągle mnie okłamujesz! Nie powiesz? To po co ja ci w ogóle jestem? Najlepiej się wyprowadź do Marty (Lilki, Jadzi, Iwony), która cię lepiej ode mnie rozumie. Słyszałam, co wygadujesz. Po co ja się szarpię, jak ci tutaj tak źle ze mną. Egoistka. Franca. Cyniczka zimna, podła, zabij mnie najlepiej, zadźgaj, bo to przeze mnie cierpisz, tak, dowal mi jeszcze, powiedz jaka jestem okropna, jak ci zatruwam życie, tak, wychodź sobie teraz, pewnie, wychodź i nie wracaj, hotel sobie wynajmij, zostaw mnie tu samą, mam noże, mam gaz, co cię to obchodzi co ze sobą zrobię.
Czasem płakałam, leżałam w ciemności, ale płakałam bardzo głośno, żeby przyszła, żeby przeprosiła. Nigdy mnie nie przeprosiła, przeciwnie, czekała aż ja przeproszę. To jej się bardzo długo udawało. Zamykam oczy i słyszę to swoje ciche „przepraszam”. Takie pokorne, bełkotliwe, łzawe, straszne, wyrwane z gardła, nieprawdziwe, odegrane wbrew woli, pełne rezygnacji i żalu „przepraszam”. Upokorzenie. Klęska. Poddanie. Przegrana. Broń, którą jej znowu dostarczam. Żeby miała czyste sumienie, w końcu ten przeprasza, kto zawinił.
Nie czułam się winna, ale ją przepraszałam, czasami nawet nie bardzo wiedziałam za co, bo zaczynało się od nieumytej szklanki, a potem było zawsze to samo – że jestem bezczelna. Że szklanka nie jest już ważna, tylko sposób, w jaki się odzywam. Odzywanie się w sposób, jakiego sobie nie życzyła, było przestępstwem. Przestań na mnie wrzeszczeć – tak się odzywałam i uruchamiałam przycisk – enter. Awantura się nakręcała.
14.
Myślę, że zawsze miała obawy, czy nie zhardziałam, nie dojrzałam, nie urosłam. Nie urosłam. Nadszedł jednak czas, że ona zmalała. Skurczyła się, zwiotczała, stała się krucha i słaba, jest nareszcie mniejsza ode mnie. Mogę ją przewrócić jednym palcem.
Czasem wystarczy grymas twarzy, znajomy gest, intonacja, słowo nasuwające złe skojarzenia i wraca nienawiść. Nie pomoże choroba, niesprawność, widok wynędzniałej staruszki potykającej się o własne nogi, widok zazwyczaj wywołujący współczucie, odruch udzielenia pomocy, we mnie zamiast litości wzbiera agresja. Nagle pyta co z mieszkaniem w Krakowie, gdzie są jej rzeczy, kiedy ją tam zawiozę, jest coraz bardziej natarczywa, bo czuje, że coś jest nie tak, że coś ukrywam, że decyzje zapadły bez jej zgody, nie chce być tutaj na zawsze, nie odpowiada jej to, bo nie jest pewna naszej relacji, coś tam jednak pamięta.
Dlatego wstaje, otwiera szafę, próbuje się pakować, szydzę z niej, pytam, czy ją zawieźć na dworzec. Rzuca torebką, tłucze balkonikiem o podłogę. Sięga po wypróbowane metody. Najpierw szantaż, potem samobiczowanie – a to mnie wyrzuć na bruk, zamorduj, utnij mi głowę siekierą. Co ona oglądała? Co czytała? Skąd ma w głowie takie potworności? Z poprzednich wcieleń? Była katem, inkwizytorem, gangsterem, psychopatą, Kubą rozpruwaczem? Odpowiedź numer dwa – z filmów, do których najwyraźniej miała jakąś niezdrową namiętność. Odpowiedź numer trzy – nie wiem.
I nie chcę wiedzieć.
15.
Nasz dom był wielki i ciemny, w korytarzach stał chłód. W części mieszkalnej grzały piece kaflowe, reszta pomieszczeń łącznie z łazienką i klozetem – pozostawała zimna. Sufity tonęły w mroku, coś po nich chodziło, coś mieszkało w zakamarkach nad szafami, dlatego wolałam nie patrzeć w górę. Miałyśmy dwa ogromne pokoje i wielką kuchnię wyłożoną linoleum. W pokoju frontowym sufit był pomalowany w kwiaty. Wstydziłam się tych kwiatów na suficie, ale udawałam, że są wyjątkowe. Pamiętam, jak stała na drabinie z zadartą głową a po twarzy spływały jej kolorowe strugi trujących farb, różowe i zielone. Okna wychodziły na zachwaszczony ogród i płot, za którym była ślepa ulica. Żadna z nas nie miała pasji do hodowania roślin, w trawie zamiast bratków i róż było sporo pożółkłych niedopałków, bo wieczorami życie towarzyskie odbywało się w ogrodzie. W ogóle życie bez przymiotnika „towarzyskie” było dla matki pozbawione sensu. Miała mnóstwo przyjaciół i chciała, żebym i ja do nich należała. Ale ja nie chciałam należeć. Nie chciałam być jej „siostrą”, ani „małą przyjaciółką”, a w głębi duszy nie chciałam także być artystką. A gdybym została konduktorem? W tramwaju konduktor jechał wygodnie, odgrodzony od stłoczonych pasażerów, w przeciwieństwie do nich zawsze miał miejsce siedzące i sprzedawał albo dziurkował bilety. Wydawał mi się bardziej uprzywilejowany niż wszyscy artyści razem wzięci. Ale nigdy głośno nie powiedziałam, że chciałabym zostać konduktorem.
16.
Dzisiaj prowokuję wypadek. Chcę, żeby sobie coś złego zrobiła, żeby nie mogła chodzić. Chcę, żeby poharcowała, aż gruchnie betami o podłogę. Pęknie któraś stara, spróchniała kość, albo nieszczęsne biodro. Chcę ją unieruchomić, żeby przestała grasować po domu, stukać kopytkami jak złośliwy faun, łapać przedmioty, wylewać płyny, wkładać do pralki przesikane podpaski. Ale nic z tego, ma mocne papiery na życie, skąd? Nie mam pojęcia czemu jest aż tak pancerna. Przeżyła już zawał, ma popalone jelita po radioterapii, co tu się nie działo, co miało ją zaraz zabrać do aniołków. Aniołki uciekły z podkulonymi skrzydłami. Zostałam tylko ja, zepchnięta w ciemność jej świata, który się zalęgł w moim własnym, tak ciężko zdobytym kawałku przestrzeni. Ciągle widzi pająki na suficie, robaki na ścianach, jaszczurki pod stołem. Halucynacje miała zawsze. Kiedy byłam w podstawówce wielokrotnie do niej biegłam w nocy. Zapalała wszystkie światła, krzyczała, że jakiś człowiek wszedł do pokoju i usiadł przy pianinie. Że ogromny wąż wypełza z sufitu. Mieszkam teraz z jej koszmarami. Sprowadziła je tutaj, ale to na nią polują.
Mnie nie ruszają, kiedy już szczęśliwie zasnę. Od jakiegoś czasu nie boję się niczego, prócz cierpienia zwierząt. W moim domu zwierzęta nie cierpią. Śpię przy zgaszonym świetle, mogę chodzić nocą po lesie. Ona się boi swoich przywidzeń. Prześladują ją, jak pamięć rzeczy, o których wolałaby zapomnieć. Człowiek nie ma władzy nad pamięcią, lecz pamięć nad człowiekiem tak.
17.
Zawsze lubiłam siedzieć za biurkiem. Pokój ojca był magicznym miejscem właśnie dlatego, że stało tam biurko. Pachniał atrament, a plamy z atramentu nigdy nie wydawały mi się brudne. Siadałam na krześle przy biurku i wyobrażałam sobie, że jestem urzędnikiem. Sortuję papiery, przybijam pieczątki, przeglądam teczki, składam podpisy, sprawdzam tabelki. Właściwie dopiero w dniu, kiedy biurko zniknęło zrozumiałam, że ojciec nie wróci. Utratę biurka przeżywałam bardziej niż utratę ojca. Czas bez ojca, ale z możliwością siedzenia przy jego biurku – wspominam dobrze. Kiedyś, postanowiłam, będę miała męża z takim biurkiem. Mój mąż będzie pisarzem, a ja urzędniczką. ( W tym czasie konduktorów zastąpiły kasowniki). Matce nigdy bym się nie przyznała do takich postanowień. Byłam z artystycznej rodziny. W jej pojęciu celem mogły być tylko wielkie wystawy, wielkie wernisaże i wielkie nagrody. Słowo „wernisaż” było tak samo obecne w moim życiu jak u innych dzieci „huśtawka” albo „kino”.
W zasadzie miałam prawo uważać, że bycie artystą to jedyne zajęcie godne człowieka. Dzieci zazwyczaj najpierw rysują potem piszą, zgodnie z tym naturalnym porządkiem zgodziłam się zostać artystą, a potem zmienić zawód na taki, w którym biurko jest nieodzownym rekwizytem.
18.
W moich domach była zawsze masa gości. Wszystko przez to, że te domy nie były tylko moje. Goście też nie byli do końca moi. Mówiłam wtedy, zamykając się w pokoju, że wolę po nich sprzątać niż rozmawiać z nimi. Albo żartowałam– deser i zamykamy. Teraz szukam kogoś do pomocy przy matce, szukam i nie szukam jednocześnie. Bo to oznacza kosztowną obecność jakiejś obcej baby, co wszystko wie lepiej albo komentuje mój niewyrośnięty placek z morelami. Albo próbuje być miła i gada byle co. Albo częstuje matkę papierosem, a ona potem pali różne inne rzeczy myśląc, że to papieros. Albo mówi do niej na ty, jak salowe w szpitalu mówią do pacjentów, którzy kiedyś byli poważnymi ludźmi a teraz słyszą – podnieś babcia nogi, to ci pieluchę podłożę.
19.
Ciotka, która mnie kiedyś broniła a potem wydziedziczyła została starą panną. Dzisiaj nie ma już starych panien. Są singielki. Singielki nie godzą się na obsługiwanie angielskiego króla, a jest nim każdy facet uchodzący za prawdziwego faceta. To problem o tyle nie do rozwiązania, że męskość potrzebuje kilku pokoleń by osiągnąć poziom zadowalający obie strony. Samowystarczalność jest na tę chwilę jedynym wyjściem dla wymagających.
W przeciwieństwie do matki Elżunia była chorowitą mimozą. Nie umiała gotować, bała się owadów i płakała o byle co. Obrażała się też o byle co i wtedy paliła jednego papierosa za drugim, odmawiała jedzenia i nie odzywała się do nikogo. Nawet przez kilka tygodni. Nigdy nie widziałam, żeby się godziły, bo matka była uparta, ale po jakimś czasie temat umierał.
Kiedy byłyśmy we trójkę w Bułgarii (wtedy to była jedyna opcja na ciepłe kraje) – kłóciły się bez przerwy, ale matka ustępowała. W drodze powrotnej jednak i w niej się coś przelało na fochy Elżuni a trzeba wiedzieć, że podróż koleją do Neseberu w owych dziwnych czasach przypominała raczej przymusową deportację niż wyjazd na wymarzone wczasy. Powrót zaś pozwalał na zawsze zapomnieć o przyjemnościach wakacji. Pociąg był niemiłosiernie brudny, podczas przesiadki w Rumunii spędziłyśmy pół nocy na jakimś straszliwym dworcu z pchłami i kurami w klatkach, do dziś pamiętam mdlący smród tamtej poczekalni. Nad ranem, taszcząc ogromne walizy biegłyśmy przez torowisko, żeby zdążyć na inny pociąg – komunikaty po rumuńsku były całkowicie niezrozumiałe. Zamiast opłaconych kuszetek brudne kanapy. Jakże się to różniło od niedawnej mojej wyprawy nad Morze Czarne z ojcem i jego klubem płetwonurków. Wtedy jechałam z sześcioma lalkami na tylnym siedzeniu nowego, angielskiego Forda, rozbiliśmy obóz na pięknym półwyspie, towarzystwo było tak zacne, że w zasadzie chyba wszyscy dzisiaj mają długi wpis na Wikipedii, morze jak kryształ, dookoła żywego ducha, nauczyłam się pływać w dwa dni. Wszyscy skakali do wody z wysokiej skarpy, pod którą morze było dostatecznie głębokie. Na zakończenie turnusu zrzucili stamtąd gotowego na wyjazd do Polski niejakiego Grotowskiego – brata słynnego Jerzego. Poza urodą a raczej jej brakiem – Grot był całkowitym przeciwieństwem humorzastego reżysera.. Nadawał się idealnie do takich akcji, bo nigdy się nie obrażał. Do dzisiaj pamiętam zdjęcia zrobione na plaży po wynurzeniu, śmiechy, docinki i odgłos mlaskających pionierek.
Wracając do koszmaru drogi powrotnej przez Rumunię dwa lata później – matka nie wytrzymała męczeństwa Elki i mocno jej pocisnęła. W efekcie, jak przystało na ofiarę – sfrustrowana ciotka wysiadła na pierwszej polskiej stacji i nie odzywały się do siebie przez parę tygodni. W końcu i ten temat umarł, jak to bywa pomiędzy ludźmi, którzy sobie nawzajem dostarczają dowodów na własną wyjątkowość. Nigdy się nie dowiedziałam, jak jej się udało dotrzeć do Wrocławia z zapadłej pipidówy, gdzie wylądowała bladym świtem w strumieniach deszczu, samiuteńka, objuczona bagażem i wyzywająco opalona na brąz. O tym, jak poważny był to krach siostrzanych uczuć świadczy fakt, że powyższy epizod został na zawsze wycięty z rodzinnego albumu.
20.
Matka rano znowu fiknęła kozła, ile razy można padać na ziemię w wieku 92 lat? Ale ona nie odpuszcza. Stwierdziła, że musi robić gimnastykę, musi mieć siłę na powrót do domu. Na razie jednak nie ma nawet siły wstać. Nie dam rady jej pozbierać z podłogi. Przyjechał sąsiad żartowniś i pyta, czemu się babci spadochron nie otworzył… Potem przyszedł lekarz, zrobił obdukcję i stwierdził, że jest cała. Poobijana, ale cała. Płakała, że wszędzie boli. Kupiłam jej chrust na pocieszenie. Połowę zjadłam w samochodzie. To dlatego kucharki są grube. Brzuch kortyzolowy, jest coś takiego. Robi się ludziom ze stresu i z mąki. Za dużo mąki i stresu to mój przypadek.