21.
W dzieciństwie byłam przysadzista. Miałam ciężkie uda, krótką szyję i diastemię. Ona, w przeciwieństwie do mnie miała piękne nogi i jeszcze piękniejszy biust. Nie nosiła stanika, wtedy nikt nie nosił. Ale wiele lat później, kiedy już wszyscy nosili, dalej chodziła z sutkami widocznymi przez cienkie bluzki, te sutki były coraz niżej. Wstydziłam się z nią pokazywać.
Przez dobrych parę lat nie miałam pojęcia, że rodzice się rozwiedli. Jednak pewnego dnia zobaczyłam na ulicy własnego ojca idącego pod rękę z obcą kobietą. Byłam tak przerażona, że pobiegłam z powrotem do domu. Nie przyznałam się do tego odkrycia. Matka była pod ochroną. Nie chciałam jej martwić, unikałam wszystkiego, co mogłoby jej zepsuć humor. To utrzymywanie wszystkich dookoła w błogiej nieświadomości zawsze, niezależnie od rodzaju problemu weszło mi w krew do tego stopnia, że nawet sama sobie opowiadam historie ubrane w kolory. Postrzegano mnie jako dziecko szczęścia, a ja żywiłam przekonanie, że po prostu lepiej od innych znoszę złe nowiny. Ani jedno ani drugie nie było prawdą.
Nie chciałam jej martwić także z tego powodu, że szykowała się na wakacje z Hartem. Pojechali na Mazury, gdzie jego przyjaciel rzeźbiarz miał własną łódź o nazwie Kabała. Przygotowywała się na ten wyjazd jak na czerwony dywan. Na zdjęciach jest piękna i szczęśliwa w białej koszuli z grubego płótna, którą sama sobie uszyła, ma gładko zaczesane włosy i ciemne okulary. Grace Kelly. On w marynarskim podkoszulku w paski, nad nimi łopocze żagiel. Ponoć jednak większość nocy przepłakała, ale zdaje się, że nic szczęśliwszego niż tamten wyjazd już się jej potem nie przytrafiło. Byli ze sobą dobrych kilka lat, podczas których on cały czas był żonaty i nieszczęśliwy, ale nie na tyle, żeby się rozwieść.
Wracając do lipca na Kabale, mnie w tym czasie wysłano na wieś w towarzystwie całej masy kuzynów i kuzynek, nad którymi usiłowała zapanować moja niezmordowana babcia. Przeżyła dwie wojny, więc ośmioro dzieci w różnym wieku jej nie przerażało. Uwielbiałam ją, ale też trochę się jej bałam. Bałam się wszystkich dorosłych. Jedynym wyjątkiem był mój ojciec. To on się przede mną tłumaczył. Po tym, jak go zobaczyłam z inną kobietą wydawał się jeszcze bardziej przestraszony. Kiedy mnie odwiedzał lubiłam się nad nim pastwić, cieszyła mnie myśl, że mu nigdy nie wybaczę, chociaż byłam pewna, że więcej się z nią nie spotkał. W tamte wakacje z kuzynami dowiedziałam się całej prawdy o rozwodzie i o tym, że ta kobieta jest jego żoną. Kuzyni byli starsi ode mnie i rzecz jasna dobrze poinformowani. Postanowili mnie uświadomić znajdując w tym nieustanną rozrywkę. Od pierwszego do ostatniego dnia tych strasznych wakacji, gdzie głównie siedziałam na drzewie jak nie przymierzając najsłabsza małpa w stadzie – dokuczali mi z powodu zdrady i małżeństwa ojca. Spaliśmy wszyscy w jednym pokoju na składanych łóżkach i kiedy babcia gasiła światła i zamykała za sobą drzwi – zaczynały się opowieści o jego romansie i ślubie z sekretarką. Po tych wakacjach znienawidziłam ojca. Kiedy kolejny raz zdarzyło mi się ich zobaczyć razem minęłam go jakby był obcym człowiekiem.
22.
Żeby sobie ułatwić życie wydałam czterdzieści cztery złote na kebaby – wegetariański dla mnie, dla niej z kurczakiem. Śmierdziało w całym aucie. Nie tknęła go. Niedobre – powiedziała. Przepraszam cię, ale tego nie zjem. Dla psów okazało się za ostre. Wyrzuciłam do śmieci. Tyle kosztuje nauka niejedzenia kebabów.
Uwielbia jeść, więc ten drobiowy musiał być naprawdę paskudny. Ja swojego jakoś przełknęłam, nie z oszczędności pieniędzy, lecz czasu. Za karę smażę sznycle, nie dla siebie, bo od wielu lat nie jem mięsa. Myślę z wyrzutem, że ten jeden raz mogła odpuścić i zjeść gotowca w imię wdzięczności za opiekę. Ale nie, to by było za wiele jak na nią. Przeprosiła i teraz czeka na sznycle.
Listonosz przyniósł wygrany na licytacji dzwonek, żeby nie musiała krzyczeć i wychodzić z łóżka przepychając się pomiędzy rozłożoną na środku bernardynką a niedotykalską Mrówką, która potrafi się odgryźć za potrącenie nogą. Na razie jednak nie chodzi wcale po kolejnym upadku. Kiedy moja babcia upadła wieku osiemdziesięciu pięciu lat to od razu złamała biodro i po dwóch miesiącach umarła na zakrzepicę. Z moją matką tak łatwo nie będzie. Od tamtego czasu upadła już kilka razy i oprócz stłuczenia nic poważnego się nie stało. Więc tym razem zapewne też nic. Lekarz wypisał skierowanie na rtg, zapewne z ciekawości, ale także z obowiązku – po kolejnym uderzeniu o podłogę wypada sprawdzić jak to możliwe, że kości są całe. Będzie transport medyczny pod dom.
Fakt, że głuchnie bardzo jej uprzykrza życie, ale okulary przestała nosić. Nie dlatego, że bez nich lepiej widzi, tylko dlatego, że świat rozmyty, pełen dziwnych kształtów i cieni – jest jej własnym, wydzielonym światem. Przez okno obserwuje ludzi, których nie ma. Potrafi ich dokładnie opisać – o, tam stoi wielki chłop w zielonych kaloszach, dziwne, że tylko ja to widzę – mówi i każe mi podejść bliżej i popatrzeć pod jakimś specjalnym kątem, wtedy tego chłopa ponoć nie da się nie zauważyć. Ale nie zauważam go. Po suficie chodzą wielkie pająki, gałęzie się układają w rodzinę z pieskiem. Co do piesków – widzi zawsze te, których nie ma. Zważywszy, że tych prawdziwych jest cała masa – rozbieżność pomiędzy jej obrazem rzeczywistości a moim – jest niemalże pozbawiona punktów stycznych.
23.
Koniec podstawówki i liceum to był czas codziennych awantur, które coraz trudniej było przewidzieć. Kiedy słyszałam, że klucz obraca się w drzwiach siedziałam w swoim pokoju i bałam się wyjść. Kiedy już nic nie potrafiła wymyślić, powodem było właśnie to, że nie wyszłam.
Bo powód zawsze był ten sam – ja nim byłam. Ona natomiast była ofiarą. Jej nieszczęściom winien był mój cynizm. Krzywdziłam ją. Kiedy na mnie krzyczała – wykrzykiwała swoją krzywdę. Nawet jeśli chodziło o zgubione pismo z urzędu, które leżało pod lustrem i zniknęło, powodem jego zniknięcia był mój lekceważący stosunek do tego, co dla niej ważne. Plama na spódnicy oznaczała brak szacunku dla jej rzeczy. List do ojca, którego jej nie dałam do przeczytania był równoznaczny ze zdradą. Zawiodłam ją. Oszukałam, okłamałam, skompromitowałam, ośmieszyłam. Nie spełniając jej oczekiwań sprawiałam jej ból. Dokładałam swoje okrucieństwo do jej nieszczęść. Do zdrad, samotności, niepewności jutra, zszarpanych nerwów. Nie dokładaj mi! – ryczała na widok bałaganu na stole i szerokim gestem zrzucała wszystko na podłogę. Tupała. Trzaskała drzwiami. Potem następowało załamanie. Płacz. Biegłam ją pocieszać, przepraszać, obiecywać poprawę. Ja, winna. Ja – sprawca. Ja – zła córka, egoistka, samolub i cynik. Zimna suka.
Taka byłam, taka się stałam, miała zupełną rację. Cudze rany mnie nie obchodziły. Patrzyłam na nią przy śniadaniu, przyglądałam się bez żadnego współczucia tej twarzy, do której sobie przykleiła wczorajszy smutek i ból. Krzywdziłam ją. Pod koniec liceum miałam już za sobą kilka lat znęcania się nad własną matką! Broniła się. Rzucała we mnie torebką, butem dopiero co zdjętym z nogi, szturchała, krzyczała, odkręcała gaz, wybiegała na ulicę z zapakowaną walizką, z której się wysypywały naprędce zgarnięte z szafy sukienki razem z wieszakami.
Wracała, a ja zbierałam rzeczy z chodnika. Zapalała papierosa z twarzą ściętą jak mięsna galareta, która ani nie drgnie po wyjęciu z lodówki. To oznaczało, że ją zabiłam, że jest martwa za sprawą mojego milczenia, lub mojej odpowiedzi. Nieważne. Ważne, że morderca był wśród nas.
Przysięgałam sobie milczeć, ale haczyk wbijał się w skórę. W końcu mówiłam, że jej nienawidzę. Mówiłam to za każdym razem.
24.
Nienawiść czai się wszędzie, za drzwiami pokoju, w którym teraz leży i woła, woła co 10 minut a ja zbiegam ze schodów, żeby jej poprawić poduszkę. Ustawić telewizor. Wygładzić koc. Wszystko, mamo? Bo chcę iść na górę, a ty mnie bez przerwy wołasz. Idź, jasne, już wszystko, mówi, a za pięć minut słyszę – Gdzie ty jesteś, bo telewizor jest za cicho! Kiedy jej zostawiam pilota z pasją przyciska przypadkowe guziki i wszystko przestawia. Kiedy go chowam – desperacko szuka. Tak czy tak muszę zejść. Jest zła, bo nic nie działa, bo nie słyszy, nie rozumie co mówią. Nie słyszy, bo jest prawie głucha. Dręczy mnie pytaniami o aparat słuchowy. Rok temu, kiedy jeszcze mogła wyjść z samochodu o własnych siłach zawiozłam ją na badanie laryngologiczne. Przymierzyła aparat, ale jej problemem nie jest głuchota, a zniekształcone słyszenie. Aparat sprawiał, że ryk w uszach był nie do zniesienia, a słowa pozostawały niewyraźne. Oświadczyła, że nie chce aparatu. Wściekała się, że jej założyli zepsuty. Teraz o wszystkim zapomniała, nie pamięta już tej wizyty. I wszystko od początku – zabierz mnie na kontrolę, niech mi założą aparat, bo zaraz całkiem ogłuchnę, nie mogę być głucha, trzeba się spieszyć, a ten telewizor i tak jest ciągle jest za cicho. Ten, który miałam w Krakowie był dobry. To jest coś z telewizorem! Coś z aparatem, z lekarzem, ale nie z uchem. Z nią jest zawsze wszystko jak trzeba. Słuchaj mnie, muszę mieć aparat! Uderza pięścią w kołdrę, jest rozjuszona, żąda. Wtedy znowu marzę, żeby umarła, żeby się to wszystko skończyło. Czuję drganie powiek, zmęczenie od rana, permanentną senność. Od tygodni usiłuję coś zrobić od początku do końca, cokolwiek – prasowanie, papiery, maile, nie mogę. Cały czas biegam po schodach. Kiedy chodzi, muszę pilnować, żeby nie upadła, kiedy leży, woła mnie co dziesięć minut. Dzisiaj na rondzie nie zauważyłam baby i strzeliłam w nią, ma zarysowane drzwi, ja też.
25.
Popołudniami zazwyczaj uciekałam do „swojego pokoju”, który matka wydzieliła z części pokoju ojca po jego wyprowadzce, zyskawszy dodatkowy mały przedpokój. W ten sposób odgrodzone od reszty wielkiego domu miałyśmy już całe osobne mieszkanie. Ścianka działowa została wykonana z pilśni obitej materiałem tapicerskim, a drzwi, małe drzwi z odzysku (ukradzione z wychodka – tak zawsze żartowała) były zatrzaskiwane na metalową kulkę, miały gałkę zamiast klamki i nie można ich było zamknąć na klucz. Więc to jednak nie mógł być wychodek. W każdym razie tymi drzwiami, zważywszy na mechanizm zamykania – można było wyłącznie trzaskać. Na domiar złego na pilśniowej ścianie powiesiła kolekcję drewnianych ptaszków z Cepelii. Mocne trzaśnięcie wywoływało drżenie i większość z nich traciła przyczepność. Spadały z dużej wysokości na łóżko, w którym leżałam przykryta kołdrą. Lubiła trzasnąć, kiedy była wściekła a grad drewnianych pocisków cieszył ją do tego stopnia, że nawet w paroksyzmie gniewu wybuchała upiornym śmiechem. Po naszym domu latały więc drewniane ptaszki. Inność, w której byłam uwięziona przez lata – obejmowała każdy detal rzeczywistości, niczym porządna scenografia. W filmie „Krzyżacy” kilku poległych pod Grunwaldem miało na sobie trampki a czasem i biały ślad zegarka na opalonym nadgarstku. W świecie będącym dziełem mojej matki artystki – nie zanotowałam podobnych wpadek. Wyłamać się z niego było niepodobieństwem.
26.
Nie będzie chodzić co najmniej przez tydzień. Tak stwierdził lekarz. Chciałabym mu wierzyć. Jej przemieszczanie się po domu oznacza całodobową czujność, tymczasem jednak pozostaje w łóżku. Tydzień urlopu, nawet bez wyjeżdżania na wakacje to zawsze tydzień urlopu. Głównie od sprzątania łazienki. Utrzymanie tego miejsca w czystości to stracona energia, ale się nie poddaję. Pędzę tam za każdym razem, kiedy ona wychodzi i od progu czuję ostrą woń amoniaku. Wciąż jeszcze ją czuję, ale za chwilę mój nos się podda i przestanie mi wysyłać rozpaczliwe ostrzeżenia. Na razie węszę jak pies, znajduję ociekające moczem podpaski, które, w ramach sprzątania za sobą wrzuca do pralki razem z majtkami albo wciska do kieszeni mojego szlafroka a czasem po prostu zostawia na podłodze. Podnoszę, pakuję do worka, już nawet nie wkładam rękawiczek. Idę z tym do kubła za domem, zatykam nos, otwieram klapę, zatrzaskuję, wracam, spryskuję łazienkę płynami, szlafrok daję do prania i za godzinę znowu słyszę balkonik. Cała operacja od początku. Pomóc ci? Nie, nie, radzę sobie, jeszcze sobie jakoś radzę. Znowu muszę wszystko zmienić. Ciekawe, czemu ja nic nie czuję, kiedy sikam? Bo masz nieczynną nerkę – mówię. Jedną. Z nieczynnej jak leci, to nie czujesz, a z czynnej masz kontrolę – zmyślam, bo prawdą jest tylko to, że jedna nerka rzeczywiście nie działa. Nie działa już podobno od paru lat. Aha – mówi. Ty jesteś mądra, czemu ja tego nie wiedziałam? Bo to i tak nic nie zmienia – mówię. I do końca życia już będę te podpaski zakładać? Na to wygląda – odpowiadam i myślę – kiedy ten koniec? Nie panuję nad takim myśleniem, jak ona nad oddawaniem moczu.
Po upadku jest unieruchomiona, ale się nie poddaje. Siada na łóżku. Mocuje się z zapieczętowaną paczką podpasek, sękatą dłonią wyciąga jedną z ciasno upakowanej warstwy i walczy ze spodniami od pidżamy. Mama, czemu się tak bronisz przed pampersem? Bo nie chcę pieluch! Nie rób ze mnie niepoczytalnej babci! Jeszcze nie umieram! Jak czuję, że mam mokro, to zmieniam. Zmienia, fakt. Mamy całą infrastrukturę wiaderek. Osobne na brudne majtki, osobne na podpaski. Koszyczki na duże i małe podkłady. Dobiera większy pod spód, na to jeszcze wąski, długi, przykleja do majtek, ma ich około sześćdziesiąt par, spranych do niemożliwości majtek różnego rodzaju i rożnej wielkości. Bierze jak leci ze stosu, który uzupełniam po praniu, ale nie da się ich w takim tempie wygotować, a tylko pranie na 90 stopni odniosłoby skutek. Nie wiem co robić. Nie nadążam. Czasem z rozpaczy wyrzucam majtki do kubła razem z zawartością. Potem nie wystarcza na zmianę. Kup mi koniecznie jakieś najzwyklejsze majtki, nie wiem co się stało, tyle ich miałam! Na liście zakupów obowiązkowo także papierosy i rożnego rodzaju podpaski. Dziś brakuje tych dużych, wczoraj dokupiłam długie wąskie. System musi funkcjonować – zmiana co dwie godziny, pranie dwa razy dziennie, teraz już wszystko wrzucam z moimi rzeczami uprzednio namoczone w płynach, żeby oszczędzić wodę. Szambo trzeba wywozić co dwa tygodnie. Po namoczeniu wyciągam z ohydnej zupy, wykręcam, płuczę, nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Pakuję do pralki. Dokupiłam kubeł na śmieci, a i tak cały dom zalatuje moczem. Kiedy idzie zmienić podpaskę bierze do kieszeni papierosy i zapalniczkę. Ładuje wszystko do torby, ma tam już zapasowe majtki, podkłady, chusteczki higieniczne, cukierki, papierosy, zapalniczkę. Cała wyprawa. Torbę przewiesza przez poręcz balkonika i rozpoczyna wędrówkę po domu przekraczając psy, pokonując masę zakrętów, zaginając i przydeptując rogi dywanów, omijając ostre kąty w kuchni i mocując się z drzwiami. Idę sikać i palić! Radzę sobie! -woła głośno a po wyjściu z łazienki kieruje się do altany, balkonik uderza o kamienną podłogę, potem następuje cisza. Trzaskanie zapalniczki. Siada w fotelu i pali jednego za drugim. Kiedy kończę walkę z amoniakiem czuję papierosową chmurę wdzierającą się do przedpokoju. Winston długie light.
27.
Towarzyskość to była jej mocna strona. Można było do nas wbijać o każdej porze dnia i nocy, wytrzeźwieć lub przeciwnie – zamroczyć się bez ryzyka.
Ona sama bardzo rzadko coś piła, za to robiła kanapki, z perspektywy czasu widzę, że te kanapki były kunsztowne zważywszy warunki PRL – u. Prócz kanapek podawała śledzie ze słoika, do których dokrawała cebulę i dolewała śmietanę, czasem ucierała jabłko. Bywały też jajka na twardo z majonezem i inne przystawki „socjalistyczne w smaku i narodowe w formie” – jak lubiła żartować. Podczas wojny uczyła się w szkole gastronomicznej. Tylko po to, żeby mieć papiery uczennicy, bo czego oni ją tam mogli nauczyć, kiedy nie było co jeść? Zbierać pokrzywy na tort z pokrzyw? Teraz takie rzeczy są w dobrym tonie. Ale nie, ona nigdy nie miała ekologicznych upodobań. Warzywa na końcu. Schabowy, śledź w śmietanie, golonka, zasmażana kapusta. Kanapki z kiszonym ogórkiem. Ekstrawagancją było leczo z kiełbasą, risotto z kiełbasą i makaron z kiełbasą. Stół potrafiła zastawić w dziesięć minut. Był to ciężki, dębowy stół zaprojektowany przez nią na wzór starych, ludowych mebli, jednak w przeciwieństwie do starych, ludowych mebli -chwiał się i huśtał za każdym razem, kiedy ktoś oparł łokieć o blat. W związku z tym po każdej kolacji obrus był zalany herbatą i winem, a pomysły z podkładaniem złożonej gazety tylko pogarszały sprawę. Kiedy goście już wyszli zdarzało się jej walić w niego pięścią i cukierniczka skakała jak hiphopowiec przy dźwiękach perkusji granej przez łyżeczki i noże. Co ty sobie do cholery myślałaś, że ja się nie dowiem? – ryczała jak zraniony bawół, a chodziło zazwyczaj o jakąś zdradę. Czyli o to, że kolejna dorosła koleżanka próbowała „rozmawiać z nią w mojej sprawie”, albo że znalazła w szufladzie biurka zapiski, w których ją nazywałam sekutnicą, wiedźmą i potworem. Dopóki trwała impreza miała świetny humor, żeby nie wiem jakie doszły do niej informacje o moich skargach. Nie dlatego, że mogły się okazać kompromitujące, po prostu w towarzystwie była szczęśliwa. Kiedy ludzie się rozchodzili zostawałyśmy same. Samotność wydawała jej się równoznaczna z poczuciem klęski. Człowiek, którego kochała odwiedzał nas niezwykle rzadko, ich związek był tajemnicą, źle to znosiła. Podobnie jak zdradę. Ta moja była zawsze pod ręką.
28.
Dwóch panów w pomarańczowych kamizelkach wzięło ją na nosze i zawiozło na badanie rentgenowskie, bo doktor nie był do końca pewien, czy biodro jest złamane, czy nie. Na zdjęciu okazało się, że biodra prawie nie ma, jest dym. Nie ma też złamania. Próchno – oto co rzekł młody ortopeda dziwiąc się, że w ogóle dotychczas chodziła. Niech się pan nie obawia doktorze, moja mama potrafi chodzić bez biodra. Jak tylko przestanie ją boleć zerwie się z łóżka i popędzi na papierosa. Kręcił głową z niedowierzaniem. Nie zna jej. Nikt jej nie zna na dobrą sprawę. Ani jej przyjaciółki ani kuzynki, ani doktorzy. Tylko ja ją znam, chociaż tak bardzo czasem nie chcę jej znać.
Po powrocie była półżywa ze zmęczenia, ucieszyła się, że może poleżeć. Da Bóg parę dni poleży. Boli ją, kiedy wstaje i zamierza robić swoje szalone wycieczki w urojonych celach, więc się kładzie z powrotem pełna rezygnacji. Kiedy ja będę normalnie chodzić?
Mam nadzieję, że nigdy. Nie wyobrażam jej sobie biegającej po całym domu, zaglądającej na piętro, gdzie na środku leżą przygotowane do przejrzenia albumy, zdjęcia, pudełka pełne jej rzeczy z Krakowa. Gdyby to odkryła byłoby po mnie. Nie przeżyłabym awantury rozpętanej w obliczu takiego oszustwa.
-A w tym moim mieszkaniu wszystko jest na swoim miejscu? Ktoś podlewa kwiatki? W lodówce chyba się wszystko zepsuło!
-Nic się nie martw, jest w porządku, dzieci tam były.
-Dzieci były? To czemu nic nie mówiłaś. Mogły chociaż jedzenie z lodówki zabrać. Masło miałam w zamrażalniku.
– Pewnie zabrały.
– A kwiatki podlewają?
– Tak, nie martw się. Zabrały masło i podlały kwiatki. Lodówkę na pewno umyły.
-Coś nie wierzę, żeby umyły. Mogę zadzwonić zapytać co tam zastały?
– Możesz, pewnie – mówię, bo kłamiemy wszyscy. Kłamie cały świat, kłamią jej koleżanki i sąsiadka. Na szczęście za chwilę nie pamięta, że miała zadzwonić, ale czuję, że mi nie wierzy. Codziennie pyta o to masło i patrzy co powiem. A ja odpowiadam to samo – były, znalazły masło, podlały kwiatki, zabrały jedzenie i umyły lodówkę. Już ci mówiłam.
– Na pewno? Czy bujasz, żebym się uspokoiła.
-Nie bujam, naprawdę zabrały jedzenie. Może z tym masłem nie do końca jestem pewna.
Podejrzewa, że kłamię, ale nie może mi niczego dowieść.
Bo gdyby mogła, urządziłaby piekło, jakiego świat nie widział. Nie ma znaczenia, że ledwo chodzi, głos ma wciąż donośny a i siłę w rękach. W zasięgu żelazne figurki, świecznik, miedziany dzbanek, jest czym rzucić o ścianę. Patrzę na nią jak na smoka, który może mnie nagle unicestwić ostatnim tchnieniem. Nie powinnam tak patrzeć, powinnam ją zrozumieć, zostawiła wszystko jak stała, nie przyjechała tutaj umierać, wcale tak nie myśli, nie ma w niej zgody na koniec życia. Powie, że ją tu podstępnie zwabiłam, uwięziłam po to, żeby wynająć mieszkanie. Poniekąd ma rację, myli się tylko co do jednej rzeczy – wcale tego nie chciałam. Miałam do wyboru – mieć ją u siebie albo mieć ją na sumieniu.
Ale to nie jest człowiek, któremu można cokolwiek wytłumaczyć, zwłaszcza koniec samodzielnego życia. Powiedzieć mu otwarcie -zabierz wszystko, co byś chciała mieć ze sobą i wiedz, że tutaj już nie wrócisz. Nie stać nas na całodobową opiekę, zostaniesz u mnie na zawsze. To nie jest człowiek, któremu można zaufać. Człowiek świadomy swojego wieku i niesprawności. Człowiek pogodzony z losem, wdzięczny, że nie zostanie sam na starość. Gotów na przeprowadzkę, na rezygnację z jakichś rzeczy czy mebli. Nie przyjmie takiego rozwiązania. Nie przyjmie prawdy, woli słuchać kłamstw. Będziemy więc sobie kłamać prosto w oczy.
Być może powodem jest przywiązanie do przedmiotów. Dają jej poczucie przynależności do świata żywych. Wielu ludzi w taki właśnie sposób próbuje oszukać śmierć. Na czele z każdym królem, bogaczem, faraonem, czy innym strażnikiem skarbów. Nie ma znaczenia, czy to złoty pałac, czy dwa pokoje wypełnione tysiącami rzeczy zbieranymi przez całe życie. Własność jest jak łańcuch na nodze – przykuwa nas do miejsc i obszarów zapełnionych dzięki naszej obecności. Zrastamy się z materią, jakby była naszym rozbudowanym ciałem. Robimy się więksi, trudniej nas stąd ruszyć. Zniechęcona tym Ostateczność sięgnie najpierw po kogoś lżejszego, kogo można sprzątnąć jednym ruchem.
Kiedy ostatnie przedmioty, których nie wywiozła śmieciara – dojechały do mnie do stodoły i dziki tłum chętnych bombardował ogłoszenie o wynajmie dwóch pokoi w Nowej Hucie, kiedy nic już nie przypominało jej zagraconego gniazdka, pachniały świeżo malowane ściany, lśniła czystością pusta kuchnia i wszędzie docierało słońce – moje kłamstwa domagały się dowodu. Historia ma się toczyć, żeby była wiarygodna, ciekawość musi zostać nakarmiona i uśpiona czujność. Zaczęłam od tego, że nocuje u niej córka mojej kuzynki. Nie była tym zachwycona, ale po jakimś czasie zamąciłam zupę stwierdziwszy z niezadowoleniem, że już nie może nocować i że ktoś tam jednak nocować powinien. Połknęła haczyk, kiedy jej obiecałam, że szukamy kogoś zaufanego. Bo to jednak parter, bo złodziej przyjdzie a domofon czasem nie działa i drzwi na oścież od klatki cały dzień otwarte. Musi ktoś nocować. W ten sposób pojawiły się w wirtualnym świecie dwie baśniowe studentki, dla wzmocnienia efektu koleżanki mojego syna, którego ona nota bene kocha miłością beznadziejną i nieodwzajemnioną.
– Mamy dwie dziewczyny, sprawdzone, uczciwe – oznajmiłam w sposób, który sugerował, że to one czynią nam uprzejmość nieodpłatnie zajmując jej łóżko. To chyba dobrze – powiedziała. Tylko niech ich ktoś przypilnuje. Niech niczego nie ruszają. I żeby miały swoją pościel.
– Niczego nie ruszają, mają swoją pościel. Tylko tam nocują. I podlewają kwiatki.
„Nocują” – było doskonałym określeniem, do tego mogła się przychylić. Kiedy miała kota, nocowała u niej sąsiadka. Argument z tym, że mieszkanie nie powinno stać puste był nie do podważenia. Nie powinno, chociaż określenie „puste” było w tym przypadku daleko idącą przenośnią, bo brak człowieka nie oznaczał w żadnym razie wolnej przestrzeni. Nie było tam ani kawałka wolnej przestrzeni. Ilość pudeł wynoszonych podczas jego opróżniania mogła świadczyć o ewakuacji pierwszych trzech pięter a nie przygotowania pod wynajem jednej małej klitki z ciemną kuchnią. Kiedy czasem zaglądam do hangaru ze starzyzną (kupuję tam dywany dla psów a trafiają się naprawdę zacne, wełniane i w dobrym stanie) – czuję się jak z wizytą u matki.
Od dnia, kiedy sobie zakodowała obecność studentek w swoim pokoju codziennie od samego rana kontynuuje przesłuchanie. Po śniadaniu woła mnie na rozmowę, którą zaczyna zawsze od tego samego pytania.
– A co to za dziewczyny, jakieś porządne?
– No chyba nie zapytasz, czy palą… – próbuję na wesoło.
– Nie, no, niech palą, tylko żeby czegoś nie podpaliły. I z tą lodówką, żeby masło z zamrażarki zjadły, bo się w końcu się zepsuje.
– Mówiłam im już, żeby zjadły.
-I co, zjadły?
-Tak, było jeszcze zupełnie dobre. Masło w zamrażarce może leżeć i rok. A lodówkę umyły.
-To się narobiły, bo tam było niesprzątane, i słoiki mogły wybuchnąć. Miałam tam jakieś ogórki, ale ogórki się nie psują.
– Nic się nie zepsuło, nie martw się, one są grzeczne i uczynne. Jeszcze ci wysprzątają, okna wymyją.
Ona wie, że kłamię, ale nie wie, co chcę ukryć. Dlatego wciąż pyta, czy nie nabrudziły i czy mają swoją pościel. I czy kwiatki podlały. Czy zauważyły, że nie działa zapalarka w kuchence. Czy nie zepsuły odkurzacza. Czy potrafią piecyk gazowy w łazience uruchomić. I co studiują. Jak się nazywają. Czy może do nich zadzwonić. Próbuje mnie zapędzić pod ścianę, jak kiedyś. Ale czuje, że sama jest pod ścianą.
Czego się nie dowie nigdy? Tego, że jedynym miejscem, które jej zostało po całym, długim życiu jest łóżko na pilota z wypożyczalni sprzętu medycznego w Radomiu a całym majątkiem kilka nocnych koszul, stos spranych majtek, szlafrok i dwie bluzy dresowe z Pepko. Para bucików w kwiatki. Torebka z dokumentami, zegarek z urwanym paskiem, kosmetyczka z resztką perfum i nożyczki do paznokci.
Mieszkanie należy do jej wnuków. Nie ma tam już nic, co mogłaby rozpoznać jako swoje. Mieszkają w nim obcy ludzie. Mosty zostały spalone, rzeczy wyrzucone lub rozdane. Reszta wylądowała w kilku pudełkach opisanych przeze mnie jako „listy” pamiątki” „zdjęcia” . Drewniany, zabytkowy anioł czeka w stodole zapakowany w folię. Czeka, aż ona umrze, wtedy go zabiorę go do domu. Łóżko oddam na końcu i oddadzą mi 100 złotych kaucji. Śmierć w jej przypadku to będzie czysta formalność.