Czarny Album cz.4

29.

W pewien sylwestrowy wieczór zobaczyłam ją całą we łzach wyszykowaną na bal plastyków, na który, rzecz jasna, on w ostatniej chwili zdecydował się pójść z żoną. Siedziała na skrzyni pod piecem z podkulonymi nogami, a śliskie atłasy jej sukienki w purpurowe i ogniste smugi wylewały się na podłogę, jakby płonęła na stosie.

Desperacka decyzja odwiedzenia Harta po to, by go zwyzywać ewentualnie czymś zabić dojrzewała powoli, scena po scenie, aż moja krew zupełnie wystygła.

Byłam chyba w piątej klasie szkoły podstawowej, kiedy postanowiłam pójść i pogadać z wałem. Wiedziałam, gdzie go znajdę. W zatęchłej norze nazywanej pracownią malarską odwiedzałyśmy go z matką kilkakrotnie. Ponure to było miejsce. Niedoświetlone i zagracone.  Wszędzie stały krzesła, sztalugi, brudne wiadra z farbami, wypchane koguty i gipsowe głowy na postumentach. Podłoga skrzypiała i trzeszczała pod butami, jak wysłużone klepisko, na ścianach była masa wyciętych z gazet artykułów i portretów ludzi, najczęściej starych, albo ciemnoskórych, był też Hemingway, Brigitte Bardot w samych majtkach i tańczące Tahitanki. W maleńkim schowku na zapleczu stało stare wyrko przykryte kraciastym, wełnianym kocem a na podwórku, do którego prowadziły skrzypiące drzwiczki – mieścił się niedomknięty wychodek.  Kran z wodą wystawał ze ściany, woda kapała do podstawionego wiaderka i nie dawała się zakręcić. Wszystko razem w samym centrum Krakowa, w podwórzu przedwojennych kamienic, gdzie zapewne warunki sanitarne też się od przed wojny nie zmieniły.  Był to niegdysiejszy warsztat albo drewutnia nieprzeznaczona do zamieszkania. Ogrzewał tę swoją kryjówkę piecykiem na węgiel, który niemiłosiernie kopcił i bez przerwy się zatykał. Nieustannie coś tam dokładał, dmuchał, zapalał papierzyska i ciosał drewienka na podpałkę fińskim nożem z rogową rączką. Mimo wszystkich starań i tak wiało chłodem, goście raczej nie zdejmowali kurtek.

Kiedy Hart udawał, że się rozwodzi – przeprowadzał się do swojej kryjówki i tam mieszkał. Spał pod kraciastym kocem, palił w piecyku i mył się wodą z kranu na podwórku. Kiedy miał ochotę zmienić skarpetki i wyprać gacie wracał do żony. Nigdy nie poznałam tej kobiety, ale wyobrażałam sobie, że jest wysoka, siwowłosa, ubrana w zgrzebną, ciemną spódnicę i bluzkę z żabotem. Skąd mi się ten żabot wziął? Nie wiem, ale przez całe życie nie miałam nigdy takiej bluzki. Matka też nie nosiła żabotów ani zgrzebnych spódnic. Jej spódnice przypominały spadochrony albo latawce w krzykliwych kolorach.

Spodziewałam się go zobaczyć, jak pracuje, ale nie pracował. Jak się później przekonałam, artyści w swoich pracowniach niewiele pracują. Zazwyczaj pozostają bezczynni i owa bezczynność staje się w końcu tak trudna do wytrzymania, że zabranie się do pracy jest odruchem ratującym życie. Artyści pracują, kiedy nic, oprócz pracy im nie pozostaje. Na taką chwilę trzeba sobie zasłużyć, jeden czeka rok, innemu wystarczy miesiąc, ale nikt nie przychodzi do pracowni i nie łapie za pędzle. Każdy przychodzi i siedzi. Albo chodzi, jak ten więzień, który myślał, że jak chodzi, to nie siedzi.

Tak więc siedział nad parującą herbatą w wyszczerbionym kubku i kiedy nagle stanęłam w drzwiach wyprostował się jak żołnierz na widok generała a ja się przestraszyłam, ale nie cofnęłam się ani o krok. Zostałam na progu, a próg był wysoki i dzięki temu czułam się wyższa, tak się zapewne czują kobiety na obcasach.

On też stał zmieszany i trochę chyba przestraszony. Wydał mi się zupełnie obcy, taki mi się wydawał zawsze. Czekałam, aż o coś zapyta, ale nie zapytał. Zrobił się przeciąg, zdmuchnęło rysunek ze stołu. Podniósł go. Koguty – powiedział. Walczące koguty. Nastroszone, nie wydaje ci się?

– Zrób coś, żeby mama się uspokoiła. 

– Mam tu czekoladę, lubisz czekoladę? – próbował uciec z tematem. – Zabłądziłaś? Co ty tu robisz sama? Zjedz czekoladę, odprowadzę cię do domu.

– Nie chcę czekolady, chcę żebyś porozmawiał z mamą. Od sylwestra bez przerwy płacze, specjalnie sobie uszyła sukienkę. Cały czas podchodzi do okna i pali papierosy. Musicie porozmawiać.

– Pewnie porozmawiamy. Wiesz po co człowiek wymyślił drzwi?

-Żeby je otwierać?

-Nie. Żeby je zamykać. Musiał jakoś wchodzić do domu, a drzwi zrobił po to, żeby je za sobą zamykać i żeby wiatr nie wpadał.

Wiedziałam, że to beznadziejne.

Nie znosiłam typa. Nie pozwoliłam się odprowadzić. Przyznałam się matce do swojego wyczynu.  Bałam się. Niepotrzebnie. Tym razem wydawała się zadowolona. Byli ze sobą jeszcze kilka lat, zanim się to ostatecznie rozpadło, ale tak naprawdę nie byli ze sobą nigdy.

30.

Dzisiaj ją wykąpałam, umyłam jej głowę, ciągle jeszcze ma dużo włosów. Brązowa plama na czole wydaje się coraz większa. Przywodzi na myśl drzewo przeznaczone do ścięcia. Puste piersi przyklejone do brzucha, z którego została zwisająca fałda skóry. Nogi przybrały kształt i obwód kości. Oczy rozwodnione, niewidzące. Jej zewnętrzna powłoka przypomina miejscami papier, jest cienka, tak cienka, że jej nie chroni. Boi się strumienia wody. Powoli nabiera zaufania, daje się namydlić i spłukać.  Wpisuję w google – „oznaki zbliżającej się śmierci” i wszystko się zgadza prócz tego, że ona nadal żyje.  Pozwoliła sobie obciąć paznokcie, ma strasznie niedokrwione, zimne stopy. Trawi ją pragnienie. Odkąd nie może chodzić godzinami leży wpatrzona w sufit a na nim widzi robaki, pająki, węże. Telewizor otwiera dopiero pod wieczór. Nie bardzo wie, co się z nią dzieje. Czasem mnie nachodzi szalona myśl, żeby ją wpuścić do siebie, połączyć nasze dusze, zobaczyć to, co ona widzi, przecież zasłona powoli się unosi, śmierć jest blisko a za nią już tylko miłość.

Ale nie potrafię nawet zapytać co czuje, nie chcę wiedzieć. Nie jestem ciekawa jej świata, jej wnętrza, jej tajemnic, są jak dżin z wielkim trudem zamknięty w butelce. Drżę na myśl co będzie, kiedy wystrzeli korek. Nie mam pewności czy butelka jest dobrze zakręcona. Czasem słyszę, jak coś z niej uchodzi, syczy, przenika materię i cenzuruje moje myśli. 

Znajduję listy Harta w pudełkach z Krakowa.  Pokręcone, miłosne wyznania. Kartki pożółkłe, pismo staranne, słowa wyszukane. Stosy listów, całe wielkie pudło wypełnione po brzegi. Na pozór pozostają w sprzeczności z tym, jak ją potraktował. Mój dziadek ponoć takie właśnie listy wysyłał do babci. Poza tym ćpał, nie pracował, trwonił pieniądze na morfinę, szlajał się po Krakowie z całą przedwojenną bohemą i był, jak to babcia napisała – diabelnie inteligentny. Wystawał pod jej oknem i krzyczał, że kocha. Recytował Tuwima i mówił, że sam to napisał dla niej. Zginął w obozie, zgarnęli go z ulicy. Do tego czasu zdążył jej zniszczyć życie i psychikę. Reszty dokonała wojna. Dzieci go zapamiętały jako poetę. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu moja matka pokochała Harta.

Być z tobą to nie odczuwać ciężaru codzienności, powolnego mijania godzin, nie wiedzieć, kiedy zaczyna się dzień, kiedy kończy. Jest w tym byciu jakaś przykuwająca ciągłość, jak tętno krwi, które wypełnia ciało nieustannym życiem. Gdyby nie koszmar potęgującej się na pewien czas niedoli mojego życia rodzinnego i wszystkie tego konsekwencje uznałbym życie za dar, którym można się cieszyć ogromnie.

 Ech, poeci, poeci”… Czytała to zapewne z przejęciem godnym lepszej sprawy i czuła, że ta fala jest za wysoka. Po sprzedaży ostatniego domu należącego do rodziny zgarnęła swoją część spadku podzielonego na setki kuzynów i kuzynek, zostawiła mnie z ciotką i wyjechała na wycieczkę do Paryża, ale ją ścigał listami.

Chwilami wydaje mi się, że wyjechałaś tak daleko, żeby już nigdy nie musieć do mnie pisać ani mówić a to dlatego, że nasza miłość musi wydawać się tobie z takiej odległości nierealna w ogóle, bez celu, bez przyszłości i coraz większa. Że nie można jej unieść bezkarnie pośród tak wielu ludzi, sytuacji i przeszkód, już widocznie chcesz zacząć zapominać, ale przecież i wtedy powinnaś napisać, jak się czujesz i potem więcej nie napisać. Zdarzenia, których nie rozumiem napawają mnie trwogą, niepokój jest tak duży, że drżą mi ręce.

Nic mu nie było, po prostu pięknie kłamał. Po powrocie zupełnie się poddała, a on ciągnął swój wyimaginowany dramat. Od samego początku, przez cały trwający blisko dziesięć lat burzliwy związek zdradzał moją matkę najpierw oficjalnie, z żoną, a potem po kryjomu z pewną czarnowłosą cizią z Supraśla. Jeździł tam regularnie pod pretekstem plenerów i prac rzeźbiarskich w niedalekiej Hajnówce i stamtąd, na chwilę uwolniony z ramion kochanki słał nieszczęsnej matce przesycone dramatem miłosnym egzaltowane listy.

Kochałem cię zawsze najbardziej ze wszystkiego, ale teraz ostatnio od dłuższego czasu zajęty jestem moim powolnym umieraniem i udawaniem życia i nie chciałbym cię w tę otchłań wciągać.

Kolejny raz desperacko próbowała uciec. Bardzo jej w tym pomagał pewien brodacz z Wybrzeża, którego natychmiast polubiłam, bo szczery i dobry był z niego chłop a przy tym wielki i silny. Prawie się udało, kiedy ją dopadły macki Harta. Rzucił Supraśl z Hajnówką i przyleciał jak na skrzydłach oszalały z zazdrości, już sobie wyobrażam te sceny. Kiedy ogarnął temat i obsikał teren wokół naszego domu wrócił na swoje rzeźbiarskie plenery i pisał kolejne nawiedzone listy.

Ten kwiat od ciebie jakby zastygł, nie rozwija się ani nie ginie. Jest sztuczny, prawie wszystko w tej trudnej, intensywnie tętniącej maszynerii zdarzeń ostatnich tygodni pozornie jakby zastygło w dziwnym niespodziewanym bezruchu. Czuję się, jak dom otwarty z którego ktoś wyszedł, dom zastygły. Bezruch może być spoczynkiem, rezygnacją lub nicością. Stałaś się najistotniejszym czynnikiem ruchu w konstelacji mojego świata.

Za każdym razem, kiedy zebrała siły, żeby go pogonić przysięgał odejść od żony pomijając tę trzecią, o której nie miała pojęcia. Powtarzające się nieobecności tłumaczył głębią swojej niespokojnej duszy, załamaniem nerwowym, konceptualną pustką w dziele tworzenia wielkich artystycznych przedsięwzięć, atakami korzonków i chorobą kręgosłupa. Fakt – korzonki miał krótkie i łamliwe a kręgosłupa nie miał wcale.

Chciałbym zatrzymać czas na tak długo, ile by go trzeba na wyrąbanie od przystani przez całą wyspę szerokiego pasa, w którym drzewa zamieniłbym na pionowe rzeźby. Gdyby mnie tam zastała śmierć miałbym na twarzy uśmiech. Pozdrów te wyspę niech będzie błogosławiona.

Co ten człowiek miał w głowie? Zapewne siebie, ogromnego siebie.

Święta, Sylwester i Nowy Rok to był czas dla mojej matki traumatyczny. Wtedy pan jej zmasakrowanego serca znikał w dziwnych okolicznościach.

Wybacz, nie chcę spędzić tych świąt na wewnętrznej szamotaninie, zamierzam przechować się do 3 stycznia za murami tynieckiego klasztoru. Przepraszam więc stokrotnie, ale inaczej nie mogę, tęsknię za tobą, wszędzie cię widzę – twój Hart.

Sprawa się rypła dopiero kiedy dostał nową pracownię od miasta, taką, w której mógł nareszcie zamieszkać w ludzkich warunkach. Niewiele myśląc, bo myślenie nie sprzyja romansom – Supraśl wprowadził mu się do domu. Najwyraźniej czekała tylko na klucze. Z mojej matki niewiele zostało po tych dziesięciu latach. Była psychicznym wrakiem, jeszcze na koniec usunęła ciążę, której nie potrafiła odżałować i o której rzecz jasna mu nie powiedziała, żeby go nie dobijać…Stałam się oczywistą ofiarą jej załamania nerwowego, choć przecież nie byłam jego przyczyną. Patrzę na te listy pożółkłe i wyblakłe, choć powinna z nich kapać krew, bo to opis powolnego morderstwa i zaczynam doceniać dzisiejszą modę na terapie i gotowy do skoku tłum różnej maści uzdrowicieli czyhających na nasze zarobki. Każde pieniądze były warte wyzwolenia z otchłani manipulacji, poradzenia sobie z emocjonalnym wampirem. Nie miała gdzie z tym pójść. Miałam mgliste pojęcie o jej cierpieniu, ale ono do mnie musiało docierać, skoro w wieku jedenastu lat próbowałam pertraktować z katem. Niewiele mi to dało prócz nienawiści, nienawiści do wszystkiego – do mężczyzn, do związków, do kobiet i do świata. Oraz nienawiści do niej. Po ostatecznym rozstaniu, czyli po tym, jak zamieszkał z tą trzecią – nigdy więcej go nie zobaczyła. Rzuciła się w wir społecznej pracy, odpuściła sobie wygląd, jadła bez opamiętania. Poszła w jarmarki, cygańskie spódnice, drewniane koraliki. Po roku ważyła prawie sto kilo. I zatruwała mi życie skupiwszy całą uwagę na tym, żeby i mnie nie stracić. Co rzecz jasna przyniosło efekt odwrotny, robiłam wszystko, żeby się od niej na zawsze uwolnić.  On natomiast miał się bardzo dobrze, żył długo i nie chorował. Ponoć osobą, która się nim troskliwie zajmowała na starość – była jego ślubna żona, ta w zgrzebnej spódnicy i bluzce z żabotem. Umarł w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat.

Chciałabym ją pokochać, ale nie mogę. Nie zniszczyła tych listów, bo nigdy go nie wyrzuciła ani z serca, ani z umysłu. Tkwił tam jak pasożyt i żywił się jej życiem. Czai się nawet teraz w tej siwej, naznaczonej brązową plamą głowie ogarniętej demencją.  Śnił mi się parokrotnie, zawsze jako milcząca, ponura zjawa. Stoi z boku podobny do własnej rzeźby wystruganej z twardego drzewa. Stoi i sączy truciznę.  

Tymczasem jednak słyszę, że ona wychodzi z łóżka i otwiera szafę. Oho – będzie się pakować do wyjazdu. Zrzuca z wieszaka zimową kurtkę i woła – gdzie są wszystkie moje rzeczy??

Czyli koniec urlopu. Kolejny raz wstała z mar, wstała i ozdrowiała. Stukanie balkonika, wołanie co z telewizorem, czemu tak cicho i którego dzisiaj mamy?

Gównianego, jak co dzień.

31.

Kiedyś kochałam Boże Narodzenie. Mało ludzi ma wspomnienia żywcem wyjęte z filmu Fanny i Aleksander. Te stroje choinkowe przygotowywane na wiele tygodni przed Gwiazdką, szeleszczące, cienkie bibuły, kilometrowe łańcuchy, na które trzeba było całych stert kolorowego papieru pociętego w drobne paseczki, zapach kleju zmieszany z zapachem pierniczków, złota farba do malowania orzechów, cukierki pakowane w sreberka… To się działo naprawdę w wielkim, profesorskim domu, gdzie wysokie sufity pozwalały na wstawienie choinki, którą się ubierało z drabiny. Świeczki płonęły żywym ogniem, ale jakoś nigdy nie zdarzył się pożar. Stół rozsuwano i wstawiano w środek specjalne deski, żeby pomieścił dwanaście osób a nawet więcej. Postacie z mojego dzieciństwa starczą za komplet literackich bohaterów wszelkiego gatunku – tych komediowych i tych tragicznych. Trochę Witkacego, trochę Gombrowicza a Iwaszkiewiczem przetykane. Te ciotki kulturalne, leciwe, niespełnione, trochę szurnięte, wujowie z wąsami, chichoczące w kuchni góralskie służące, ale także ojciec chrzestny mojej kuzynki – Jasiek z Cichego – najprzystojniejszy facet, jakiego w życiu widziałam. Taka prawdziwa hollywoodzka uroda. Ubrany w serdak i gunię z parzenicami, białe zdobione spodnie i góralską pelerynę w kwiaty plus rzecz jasna kapelusz ze sznurem muszelek – przyjeżdżał zawsze z baraniną na świąteczny obiad a przy wigilii grał na skrzypcach. Ciotki go wypijały wzrokiem.  Malczewski na ścianach i srebrne sztućce na specjalnych podpórkach. Haftowany biały obrus. Prezenty w kolorowych papierkach przywiezione z Londynu przez moją chrzestną – bogatą okulistkę żydowskiego pochodzenia. W ogóle co to były za prezenty! Nigdy potem takich nie dostawałam. Wełniane swetry od Harrodsa, miękkie czapki i szaliki, rękawiczki w norweskie wzory, przysmaki o jakich w Polsce nikt nie marzył, bo o nich nawet nie wiedział. Masło orzechowe, migdały w czekoladzie, śliwki kalifornijskie, daktyle. Potem jeszcze przez dwa tygodnie jedliśmy to wszystko i śpiewaliśmy kolędy przy choince, którą także obżeraliśmy z pierniczków i cukierków.

Ale ją ciągnęło do rudery ze sztalugami i węglowym piecykiem. Ciągnęło ją tam jak wilka do lasu, nie chciała polskiego domu z profesorską patyną. Teraz to nawet rozumiem, choć żal ściska z tęsknoty za życiem, które mi odebrała a podarowała lafiryndzie w futrze. To wszystko będzie moje – rzekła ponoć tamta przyszedłszy pod rękę z moim ojcem na pierwszą oficjalną wizytę. Było się na co ostrzyć. Matka jednak wolała czerwone jabłko i pokręcone listy miłosne a ojciec skorzystał i czmychnął na zawsze. Dostał co chciał i był szczęśliwy, choć zniewolony. Do końca życia mył naczynia. Mawiał, że mają w kuchni zabytkową zmywarkę – rocznik dwudziesty piąty..

Na pierwsze osobne święta pojechałyśmy do ciotki i babci. Dziwne to były imprezy, choć niewątpliwie jedyne w swoim rodzaju zważywszy okoliczności. Świętami ich jednak nazwać nie można, świętości były tam bezlitośnie szargane w obliczu ateizmu, emancypacji i artystycznych skłonności od pokoleń. Miało to pewien urok i w przeciwieństwie do krakowskiego, rodzinnego teatru – było rozbrajająco szczere. Ja jednak cierpiałam na widok mikrodrzewka  z drewnianymi ptaszkami i niepoważnych, byle jakich prezentów opatrzonych wesołymi dedykacjami. Nie było czekania na gwiazdkę, tylko papieroski i winko od progu. Należało więc wydorośleć i wejść do gry ze świadomością osoby całkowicie pozbawionej złudzeń na temat nieba i aniołów. Moje dzieciństwo właśnie się skończyło.

32.

Od pewnego czasu ma obsesję świąt, może dlatego, że jest poza domem. Na święta się przecież gdzieś wyjeżdżało. Zlepek informacji pozostałych w mózgu pustoszonym demencją tworzy zupełnie nowe fakty. Bo dla niej te wyimaginowane święta właśnie się dzieją! Widzi ludzi, przygotowania, widzi także mnie, którą przez całe lata miała szanse zobaczyć tylko dzięki tym strasznym świętom, których nie cierpię. Wszystko się zgadza, oprócz tego, że ja zaprzeczam. Zwariowałam, najwyraźniej zwariowałam. I to właśnie w święta!

-Obudziłaś się?

-Tak. Która jest godzina?

– Dziewiąta prawie. Wcześnie.

– Wcześnie? Cały dzień przespałam!

-Dziewiąta rano.

– Rano? Acha… to co dzisiaj robimy?

-????

-No bo przecież ta wigilia dzisiaj, trzeba się ubrać, przygotować.

– Mamo, jest maj. Popatrz za okno.

– No właśnie dlatego to takie dziwne z tą wigilią. Może mi się pomyliło. Może Wielkanoc.

– Wielkanoc już była.

–  I jesteśmy same?  Kiedy oni przyjadą?

-Nikt nie przyjedzie.

-No tak, ty przecież lubisz być sama na święta.

-Mamo nie ma żadnych świąt.

-Ale i tak muszę się jakoś ubrać, jak będę ze wszystkimi przy stole.

-Nie ma nikogo.

-Jak to nie ma, widzę, że ludzie na podwórku jacyś. Te dziewczyny ci pomagają? Kręcą jakieś ciasta w garnku, skąd ty masz takie wielkie garnki? Takim zamaszystym ruchem w tym garnku kręcą i kręcą.

-Mamo chodź do łazienki, umyjesz się trochę, pomogę ci.

– A łazienka wolna?

-No raczej.

-No to trzeba się pospieszyć, zanim będzie zajęta. Ale zaraz, chwilę. Muszę ci złożyć życzenia.

-Później mama, teraz idziemy się myć.

-Muszę sobie wszystko uporządkować w głowie. Czyli jakie to są święta?

-Nie ma świąt.

-To po co ja tu przyjechałam. Odwieź mnie do Krakowa.

–  Jak chcesz to wracaj.

– Nie kpij sobie. Tyle jedzenia się zmarnuje.

-Mamo, nic się nie zmarnuje, psy zjedzą.

-Musimy porozmawiać. Bo ja muszę nareszcie wiedzieć, gdzie ja jestem i co ze mną będzie, jak długo tu posiedzę, co z moim życiem w ogóle. I gdzie są wszystkie moje obrazy?

– Ciągle ci powtarzam, że masz 95 lat i nic poza starością ci nie dolega. Ale nie możesz być sama, więc mieszkasz u mnie. Obrazy są bezpieczne, nic się nie martw. (Tym razem powiedziałam prawdę).

– No to już nareszcie wiem. Czyli nigdzie nie jadę dzisiaj, nikt mnie nie zabiera, nic mi nie będą robić, żadnej operacji ani zabiegu?

-Nic.

– I tak już tylko będę leżeć i patrzeć w okno?

-Na to wychodzi, ale przecież jesteś w domu, ze mną, dostajesz dobre jedzenie, wstajesz o której chcesz, psy cię kochają. Nie możesz być sama, bo jesteś już bardzo niedołężna. Niewiele rozumiesz, mało słyszysz, musisz zażywać leki na nadciśnienie, takie rzeczy.

-Acha. No to ja już nareszcie wszystko wiem. Trzeba mi było od razu wytłumaczyć jaka jest sytuacja.

-No to ci wytłumaczyłam. A teraz idę zrobić śniadanie.

– Świąteczne?

33.

A kiedy już nic nie zostało z mojej dawnej matki – rasowej profesorowej, kiedy toksyczny kochanek wyssał z niej życie – postanowiła zająć umysł czymś, co sprawi, że nie będzie miała ani chwili na rozpamiętywanie zdrady. Działanie, które zastępuje myślenie – stara szkoła i niejednemu pomogła przetrwać. Związek Plastyków stanowił idealne antidotum na każdy inny nieudany związek. W ramach tego nowego związku organizowała co tylko się dało zorganizować – plenery, konkursy, przydziały farb i pracowni. Wystawała po urzędach, pisała pisma i petycje, porzuciła też swoją architekturę wnętrz. Postanowiła uprawiać tkactwo i malować obrazy, co się łączyło ze zmianą towarzystwa i zajęć. Wnętrza, które dotychczas projektowała źle jej się kojarzyły. Przez długie lata miała monopol na wiejskie urzędy stanu cywilnego. Jeden po drugim powstawały w podkrakowskich miejscowościach, zazwyczaj była to pojedyncza sala w paskudnym budynku jakiejś rady gminy, którą potrafiła ją przemienić w swoistą osobliwość. Meble na motywach starych, wiejskich, rzeźbionych zydli miały oparcia w kształcie koniczyny i kolorowe poduszki. Na ścianach malowała wieńce z polnych kwiatów, wszystko razem stanowiło całkowity odlot, ale trzymało się kupy i dostawała za to niezłe pieniądze. Było bowiem, jak te kanapki z kiełbasą i ogórkiem kiszonym – socjalistyczne w formie i ludowe w treści czy też odwrotnie, ważne, że się mieściło w kategoriach ogólnie uznanych za właściwe.

Niepostrzeżenie od minimalistycznych foteli w amerykańskim stylu, które teraz wracają szturmem na rynki meblarskie, przeszła do jarmarków i sztuki prymitywnej. Zaczęła zbierać drewniane łyżki, malowane talerze, kogutki, lalki w strojach ludowych, koraliki, kubeczki, chusty, kilimy, obrazki malowane na szkle, haftowane serwetki, sztuczne kwiaty, świątki, dzwoneczki. Namiętność do gromadzenia tego rodzaju przedmiotów sprawiła, że jej mieszkanie w krótkim czasie zamieniło się w indiański namiot a ona sama nie ruszała się z domu bez przepaski na czole.

34.

Kiedy otworzyłam drzwi łazienki zapytała, gdzie jest Agnieszka. Przeszedł mnie dreszcz. Dziwne uczucie, jakbym sama siebie nie poznawała. Bo skoro nie jest moją matką, kto nią jest do cholery? Obłęd to najbardziej zaraźliwa choroba ludzkości. A przecież ja też jej nie poznaję, wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Już od wielu lat jej nie poznaję. Czy można tak wymienić komórki, tak, żeby nie pozostał nawet ślad dawnego człowieka? Wszystko wskazuje na to, że można.

Jestem Agnieszka – próbuję się przedstawić. No tak, ty jesteś Agnieszka – odpowiada, ale chyba chce być uprzejma.

Prowadzę ją do altany, chce tam zjeść śniadanie. Świąteczne czy nie, podaję jej grubo posmarowane masłem kawałki białej bułki, parówki i trzy różne sery, rzodkiewkę i pomidor obrany ze skórki. Zyskuję czas, żeby posprzątać ciuchy wywleczone z szafy, wyprowadzka, wyjazd, ewakuacja – to są nasze nowe tematy tabu, mogące wywołać burzę.

Przez lata nagromadziło się między nami sporo takich tematów, cała kolekcja zamkniętych szczelnie puszek, których lepiej nie otwierać. Tamte zjadła rdza, ale oto narodziły się nowe  – kiedy wrócę do Krakowa, co z moimi obrazami, moim mieszkaniem, moim życiem. Dlaczego mnie tu więzisz.

Chciała lody na deser po tym ogromnym śniadaniu. Na szczęście miałam jeszcze trochę w zamrażarce. Zjadła jakby to był ostatni posiłek w życiu, ale nie ma się co podniecać, tylko końcówki stóp zbielały jej nagle, jakby krew odpłynęła. Przyniosłam wełniane skarpety.

Rozmowy o śmierci też zamknęłam w puszce. Z napisem – pod żadnym pozorem nie otwierać!

35.

W liceum miałam chłopaka, mieszkał w bloku trzy przystanki od naszego domu. Kiedy lekcje zaczynały się o dziesiątej, mówiłam, że idę na ósmą, jechałam do niego i przez dwie godziny nie wychodziliśmy z łóżka. Potem nie mogłam się skupić na zadaniach z matematyki, chciało mi się spać. On siedział w zupełnie innym rzędzie w ostatniej ławce i też walczył ze snem. To była chyba najszczęśliwsza miłość w moim życiu, po niej już same dramaty.

Lubiła go i to mnie wkurzało, ta idylla wszechogarniająca. Lubiła go, chociaż nie wiedziała, że z nim sypiam, albo nie chciała wiedzieć a on powtarzał, że jest fajna. Nigdy od niej nie usłyszałam o antykoncepcji, w ogóle o tym, na czym polega seks, prokreacja i różnica płci. Byliśmy jak dzieci, które brzydko się bawią, bo są ciekawe życia, ale w związku z tym cała ta zabawa jest naprawdę niewinna.  Rzecz jasna miałam mnóstwo szczęścia, bo o zabezpieczeniu nie pomyślałam ani razu. Przeszli na ty i dużo dyskutowali o sztuce. Moja przyszłość była jasna i piękna z nim, z Akademią i z  matką przyjaciółką moich przyjaciół. Nic nie wiedzieli o awanturach, trzaskaniu drzwiami, o nieustannych rewizjach w moich szufladach, w kieszeniach ubrań, plecakach, torebkach. I tego też nikt nie wiedział, że jej kradłam pieniądze. Kupowałam za nie ciuchy – na tandecie albo od bogatych koleżanek. Miałam nowe, zagraniczne płyty a ona nigdy się nie domyśliła, że jestem złodziejem. Byłam egoistką, cyniczką, bezczelną, okrutną i złą córką, według mnie bycie złodziejem nie robiło już żadnej różnicy. Zaczęłam palić i kupowałam papierosy dużo lepsze od tych, które ona paliła. Kiedy pytała skąd mam nowy sweter albo buty, bo na płytach się nie znała – mówiłam, że się wymieniłam z koleżanką na jakiś czas, a w ostateczności, że dostałam pieniądze od ojca. W ostateczności, bo to także był temat z puszki.  

36.

Dzisiaj wstała jak nowa, ogląda filmy, wędruje do łazienki na dwóch nogach, ona nigdy nie umrze. Nie kocham jej i dlatego będzie żyła wiecznie. Wszyscy, których pokochałam – umierają. Moja miłość sieje śmierć.

Upaliła się jednym papierosem, leży w łóżku i śpiewa kolędy. Na szaleństwo nie poradzisz.

Mogłam jej nie zabierać do siebie. Nie mogłam, ale mogłam. Mogłam, ale nie mogłam. Zrobiłam to dla świętego spokoju, ale tym samym święty spokój utraciłam. Na co mi to było?  Moja wiara w wyższy cel wszystkiego, co nam się wydarza… Bez tej wiary umarłabym przed nią. Z najgorszego kieratu potrafię na sekundę wyskoczyć, żeby złapać dystans. Tak miało być – myślę, ale nie wiem, dlaczego tak miało być, bo nie chciałam być męczennicą i nie uważałam, że Pan Bóg tego chce. Uwolnił mnie od służby, może i brutalnie, ale uwolnił. Trzeci raz za mąż nie wyjdę, dzieci już mieć nie mogę, a tu masz babo placek – matka do ogarnięcia. Przez to wszystko czuję się jak Kmicic, który chciał do Oleńki a tu jeszcze jedna bitwa, jeszcze raz ojczyzna wzywa. I konia biedak zawracał i leciał się bić. Jedyna bitwa, jaka by mnie przekonała to ta o samą siebie. Do siebie tak się spieszę i nie mogę dotrzeć. Czy rzeczywiście tędy droga? Przez kolejną chorobę i śmierć?

Zdjęcie – Ingmar Bergman na planie filmu Fanny i Aleksander.

 

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.