Pusta kartka.

Przeczytałam Mit Normalności – opasłe dzieło autorstwa Gabora i Daniela Mate. Dla dociekliwych, a jednocześnie poszukujących nowych dróg zrozumienia ludzkiej natury – to prawie biblia.

Zważywszy niesłychane osiągnięcia współczesnej medycyny dziwi fakt, ile ciężkich, przewlekłych i śmiertelnych chorób trapi zachodnie społeczeństwo, a nie trapi na przykład dzikich plemion Amazonii biegających półnago po lesie i odpornych na dobrodziejstwa cywilizacji. Żyją i umierają zdrowi. Co nas ominęło? Co przeoczyliśmy w pogoni za postępem, doskonałością, czy wręcz nieśmiertelnością jako celem ostatecznym?

Na pewno własną duszę, z założenia nieśmiertelną. Dzikim plemionom ona przyświeca, nam nie bardzo. My chcemy mieć młode ciało, jeść frytki z keczupem i popijać colą. Ewentualną szkodliwość frytek równoważymy kosztowną suplementacją, a wywołaną nimi otyłość zwalczamy biegając z wywieszonym ozorem po specjalnie w tym celu wylanym asfalcie. To zaszło już za daleko, żeby wrócić do natury i do własnych, sprzężonych z nią mocy. Ludzkość wybrała najbardziej okrężną drogę do samej siebie. Etap, na jakim jesteśmy obecnie – wygląda nieciekawie. Niszczymy środowisko, wyrzucamy góry odpadów, nasze relacje sprowadzają się do klikania pod czyimś zdjęciem a zmasowany atak wirusów, mutacji i nowotworów uderza w nas z niespotykaną dotąd siłą. W związku z tym nowym utrapieniem produkujemy coraz więcej coraz bardziej wymyślnych leków mających uzupełnić postępujący brak równowagi w organizmie. Najnowocześniejsze aparaty diagnozują nasze obwody i systemy, a znalezioną nieprawidłowość usuwa się skalpelem albo truje chemią zanim ktokolwiek zdąży zapytać skąd się wzięła. Nazywamy to wczesnym wykrywaniem i uznajemy za najlepszy sposób na szybki powrót do formy. Tropimy choroby jak dziką zwierzynę i próbujemy je niszczyć za pomocą najnowszych technik. Wszystko brzmi świetnie i byłoby dowodem na samowystarczalność materii, ale lecząc jedno wywołujemy drugie, bo każda ingerencja ma swoją cenę. Wznowy, skutki uboczne, trwałe zmiany wymagające brania tabletek do końca życia. Wchodzimy w etap okresowych badań, bo organizm to zdradliwa bestia, szaleństwem byłoby mu zaufać. Sytuacja przypomina stary angielski dowcip o tym, jak to facet poszedł do krawca uszyć sobie garnitur, ale podczas przymiarki stwierdził, że mu się klapy rozjeżdżają. Panie – powiedział krawiec – stoisz pan wyprostowany jak struna, a normalnie człowiek jest bardziej skulony, pochyl się pan do przodu i klapy się ładnie ułożą. No dobra, klient się pochylił, ale wtedy spodnie podjechały do góry i zrobiły się za krótkie. Kolana pan zegnij i będzie idealnie – krawiec na to. Jak stanął pochylony ze zgiętymi kolanami to mu marynarka podeszła pod szyję. Ale szyję pan wyciągnij do przodu. No i teraz wróciła na miejsce. Facet machnął ręką i zapłacił za garnitur. Pamiętając o zaleceniach krawca wybrał się na eleganckie przyjęcie. Na jego widok ktoś rzucił uwagę – patrzcie, taki kaleka, a ma tak doskonale skrojony garnitur!

Wszyscy w jakiś sposób – polegając na zdobyczach cywilizacji i stosując się do jej reguł – przypominamy kaleki w doskonale skrojonych garniturach.

Mówiąc o chorobie i o zdrowiu zawsze mamy na myśli ciało. Obsesja zdrowego ciała jest oderwana od duszy właśnie dlatego, że dusza z założenia jest nieśmiertelna. Czyli zapewne nie choruje.

No nie choruje, bo odzwierciedla nasz platoński ideał, wzór doskonałości, z którego jednak nie korzystamy, żeby się ponaprawiać. Zamiast tego fantazjujemy o maszynie do skanowania ciała – wjeżdżasz chory a za chwilę szast prast wylatujesz drugą stroną z wymienioną wątrobą albo żołądkiem. I znowu możesz pić colę i jeść frytki z keczupem. Na razie jednak pozostajemy przy suplementach, tomografii, rezonansie, kroplówkach, wycinaniu chorych organów, przeszczepach i botoksie. Oraz zajmujemy się pozyskiwaniem nowych źródeł energii, dzięki którym to wszystko ma szanse działać i być nieustannie włączone.

Ale, jak to bywa w historii ludzkości, co jakiś czas pojawia się śmiałek czy też szaleniec pragnący wystawić głowę z jaskini. Widzi światło i w zasadzie nic więcej nie musi widzieć, żeby odkryć, że to światło nie ma źródła, bo samo jest źródłem. Źródłem tak zwanej mocy. Mamy je w sobie.

Ostatnio przeczytałam masę odjechanych lektur dotyczących uzdrowienia, czakr, oddychania, medytacji, przekazów istot pozaziemskich, zbiorowej podświadomości, starożytnych modeli wszechświata, znaczenia mitów, reinkarnacji, traumy rodowej, chirurgii fantomowej, usuwania blokad energetycznych, dobrodziejstwa ziół i psychodelików, śmierci klinicznej, hipnozy i Bóg wie czego jeszcze, co w połączeniu z najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej, epigenetyki, psychiatrii i neurobiologii tworzy zadziwiająco spójną całość.  Mieszankę wszystkich możliwych aspektów istnienia przenika owo światło, które pozwala sądzić, że nie jesteśmy tylko ciałem, ani nawet swoimi myślami, a tym bardziej swoim mózgiem, jesteśmy przede wszystkim duchem, pamięcią wszechświata, energią, świadomością, mikro i makro kosmosem. Każdy z tych elementów ma istotne znaczenie. Jesteśmy wiecznością, nieskończonością, matematyką, życiem naszych komórek, doskonałością naszych systemów, wszystkim naraz. Nie da się niczego rozpatrywać ani naprawiać pojedynczo i w oderwaniu od całości zjawisk, które nas tworzą. Jesteśmy także zaprojektowani by cieszyć – identycznie jak telewizor Samsung. Mamy wszystko, czego nam trzeba, przede wszystkim dostęp do energii zwanej życiem. Energia ta jest napędową siłą wszechświata, który gdzieś zmierza i nie jest to katastrofa, wbrew temu, co mówią liczby, pomiary, stopień wypalenia słońca i partia Jarosława Kaczyńskiego.

Nie istnieje hierarchia ważności względem czasu, rozmiaru, znaczenia zjawisk, zasięgu faktów i wydarzeń. Istnieje natomiast aspekt wedle którego każda chwila, każde cierpienie, każda linijka wiersza, obraz, zachwyt, dylemat, przejaw życia, wolności, buntu czy rozpaczy jest ważny. Po prostu ważny. Nie idzie na marne. W przeciwieństwie do całej masy rzeczy całkowicie nieistotnych a uchodzących za pomniki ludzkiej dominacji we wszechświecie.

To były rzecz jasna moje prywatne przemyślenia w związku z lekturą Mate, a także innymi lekturami uchodzącymi za „paranaukowe” albo wręcz „nawiedzone”. Nic z tego, co mi chodzi po głowie nie daje się udowodnić ani przedstawić za pomocą przyjętych modeli, których wzorzec znajduje się w Instytucie Miar i Wag w Sevres pod Paryżem.

Dlatego dzisiejszy wpis może dla wielu osób wyglądać jak pusta kartka.

To nie Uczynki będą naszą miarą,

Gdy się dokona Zamiar i Działanie

Lecz to – co każdy z nas mógłby uczynić

Gdyby był bardziej Bogiem – Jego zdaniem

Emily Dickinson.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.