24 grudnia, gwiazdka. Gwiazdka owszem, zima niestety nie. Kolejne święta bez śniegu. Niedługo puszka Pandory pęknie i wysypią się ze mnie wspomnienia. Może trzeba się spieszyć, bo wirus nas dziesiątkuje razem ze wspomnieniami. Pierwsze od wieków pokolenie bez wojny walczy z niewidzialnym wrogiem, usiłującym uratować planetę od nadmiaru istnień. Dotychczas ludzie znakomicie potrafili sami się wytłuc.
Dzień przed wigilią pojechałam do zajazdu Świerczek w miejscowości Świerczek pod Szydłowcem, żeby kupić mamie „normalne jedzenie” na świąteczny weekend. Rzeczy, których nie ugotuję, bo nie ugotuję zupy gulaszowej, pierogów z mięsem i innych rumsztyko – befsztyków, brizoli i kotletów pożarskich. Sam zapach przyprawia mnie o mdłości i nazywam go smrodem. Przestąpienie progu knajpy było jak podróż w czasie. W słabym świetle nieczynnej obecnie i niedogrzanej restauracyjnej sali stało kilku tubylców oczekujących na zamówione bigosy, schaby, zrazy, pierogi, śledzie i karpie. Pomyślałam o mojej kurtce i wszystkim, co miałam na sobie, pomyślałam, że muszę to od razu wyprać, bo woń polskiej kuchni właśnie mnie przenika i łatwo się jej nie pozbędę. Pomyślałam o kraju, w którym mieszkam, o prowincji tego kraju, zatopionej w galarecie razem z karpiem. Tutejszą panią domu poznałabym na końcu świata nie tylko po jadłospisie, ale także po lakierowanych dodatkach, nieodłącznych tipsach, nadwadze, dżinsach- legginsach do puchowej błyszczącej kurtki i po tym, że żaden element garderoby nie może istnieć bez świecidełek – łańcuszków, cyrkonii, naszywek, lampasów i srebrnych zamków. To już nie są, dawno nie są – kościeliskowe gaździny zalatujące oborą, które w święta kupowały w gieesie na Krzeptówkach ogromne chleby, co należało uznać za powitanie cywilizacji, bo ich same nie piekły. Bladym, wigilijnym świtem brnęły przez zaspy z dalekiego Cichego albo innego nieoznaczonego na mapie wierchu, opatulone wełnianą chustą, pod którą ukryte rumiane policzki miały barwę trwale wypaloną wiatrem, zimnem i słońcem. Orszak podobnych do siebie postaci o czerwonych twarzach gromadził się w milczeniu pod sklepem. Stały nieruchomo, nie przytupując z zimna, nie chuchając w dłonie, przyzwyczajone do lodowatego powietrza i zadymki. Jak konie na łące, kiedy im siecze po grzbietach deszcz – z pochylonymi głowami, pogodzone z żywiołem, w absolutnym bezruchu czekały aż sklepowa otworzy sklep. Pośród nich zapewne i nasza poczciwa Ludwina- wysoka, żylasta, w kapcach i tybetce, z nieodłącznym warkoczykiem zaplecionym wokół głowy. Nie nosiła rękawiczek, jej ręce były całkowicie odporne na lód. Ściskała w nich torbę na zakupy wielokrotnego użytku i steraną do niemożliwości portmonetkę, którą babcia nazywała „pulares”. W środku było kilka monet, bo chodziło tylko o chleb, resztę należało przygotować w domu z własnych plonów, baranów i owoców. Kto by się wtedy ośmielił kupować bigos albo ciasto! Wybierając opcję kupna gotowych potraw dla matki nosiłam w sobie poczucie winy i związany z tym dyskomfort. Ustawiłam się więc grzecznie w cebulowych spalinach pośród kobiet, którym porównanie z babami z Kościeliska – mogłoby się wydać obraźliwe. Ale przecież, pomimo rewolucyjnego wynalazku zwanego cateringiem, gusta pozostają te same. Mięcho, boczek wieprzowy, zasmażane kapuchy, białe z wody na śniadanie, śledzie z jajkiem, majonezy, ciasta z kremem i wóda. Na dobitkę święta różnią się od dnia powszedniego jedynie tym, że na co dzień je się wszystkiego dużo, a w święta podwójnie dużo tego samego. Dieta dla górnika. Dla Eskimosa pchającego sanie, dla oracza. Pierwsze symptomy nadwyżek widać już na biodrach trzydziestoletnich elegantek z mojej kolejki. Już się zaczynają wylewać z błyszczących kurtek a za 10 lat będą kupować wersje dla puszystych. Żarcie, żarcie, żarcie. Mnóstwo żarcia, coraz więcej. I coraz więcej się go marnuje. W sklepach i lodówkach. Dziki plądrują kubły na śmieci przy blokowiskach. Natura sprowadza je do miasta, a na marnotrawnych wypuszcza wirusa. Bez zbędnej selekcji, na kogo wypadnie, na tego bęc, byle przywrócić właściwe proporcje. Mniej ludzi, mniej mięsa, mniej rzeźni, mniej pieniędzy. Wszystkiego, wszystkiego mniej!
Jedyne, co się nie marnuje, to piosenka Erthy Kitt. Jakieś 55 lat temu ojciec kupił pierwszy w Krakowie adapter stereo. Musiał mieć zawsze wszystko pierwszy, bo był niepoprawnym snobem. Sprowadził z Londynu auto z podciętą szybą, prenumerował Playboya i ten adapter uznał za obowiązkowy. Mieliśmy płyty, tak zwane long-playe, pośród nich Erthę Kitt z zieloną okładką. Ertha śpiewała albo szeptała warcząc i prężąc biodra w obcisłej, srebrnej sukni. Teksty jak na tamten czas bardzo odważne, na czele z tym o Mikołaju, który wchodzi przez komin. Grzeczna dziewczynka oczekuje bardzo drogich prezentów. Marzą jej się wszelkie zbytki tego świata łącznie z choinką przystrojoną w drobiazgi od Tiffanyego. W jej piosenkach chodzi wyłącznie o kasę. Śpiewałam z Erthą całe dzieciństwo nie przypuszczając, że mnie odnajdzie pół wieku później w zajeździe Świerczek pod Szydłowcem, w Polsce kapitalistycznej, podczas Bożego Narodzenia, które – zmienione w targowisko próżności i festiwal podwójnego kotleta, w tym roku naznaczone jest piętnem zarazy. Śmierć czai się wszędzie, nie wyłączając Świerczka. „Im just an old faschion girl and I want old faschion multimilioner” – mruczała Ertha 55 lat temu w sukience przypominającej srebrną skórę węża. „Santa baby, I want a yacht and really that s not a lot” – mruczy 55 lat później w pustym zajeździe, pośród błyszczących kurtek i lakierowanych torebek z łańcuszkami prawie jak od Tiffanyego, o którym tutaj jednak nikt nie słyszał. Stoimy w maskach, zachowując dwa metry odległości, a wirus czai się po kątach.
Mutuje, żeby nas zdziesiątkować. Santa Baby, daj nam zdrowie. Nagle się okazało najdroższym prezentem. I też go marnujemy koncertowo.
Ilustracja – Taniec śmierci – obraz nieznanego autora, znajdujący się w kaplicy św. Anny w krakowskim kościele bernardynów