Data 28 października pozostanie w mojej pamięci na zawsze. W tym dniu w moim rodzinnym domu w Krakowie odbywały się co roku huczne imieniny wuja Tadeusza. Dzisiaj nie obchodzi się już imienin, a nawet jeśli jeszcze ktoś o tym archaicznym kalendarzu świętych nie zapomniał, to doczeka się może kilku telefonów od najstarszych przyjaciół, pod warunkiem, że sam jest odpowiednio stary. Zamerykanizowana ludzkość obchodzi teraz urodziny, które face book świętuje od świtu, zanim ktokolwiek zdąży wstać z łóżka. Część odbywaną w realu organizuje się zazwyczaj poza domem. Dzieci balują w Mac Donaldzie, a dorośli udają się do pubów pić piwo i pogryzać słone orzeszki. Bogatsi wybierają knajpę z kolacją i winem. Staruszkowie natomiast – po przejściu okresu nijakiego, (kiedy nie są jeszcze tak starzy, żeby to robiło wrażenie, ale już nie na tyle młodzi, żeby się upijać) – wchodzą nareszcie w oczekiwaną fazę imponowania metryką. W sieci krążą ich zdjęcia nad tortem z liczbą zaczynającą się na dziewięć. Nie wszyscy są świadomi swojej obecności w publicznych mediach ani tego, że stanowią swoistą osobliwość poddaną odliczaniu. Czy to ostatni tort, czy jest szansa, że dociągną do następnego? Sztuczna Inteligencja nie ma skrupułów w dodawaniu lat, na torcie jest 98, a w dokumentach, których nikt przecież nie sprawdzi – 89. Zwykłe odwrócenie cyferek a jakże skutecznie podgrzewa emocje w wyścigu do mety.
Wracam więc z sentymentem równym młodemu Soplicy, który pociągał za sznurek, do słynnych niegdyś w Krakowie imienin wuja Tadeusza. Przygotowania trwały wiele tygodni, tyle z tym było zamieszania. Dom, który na co dzień służył jako dom, pełen mebli i przedmiotów codziennego użytku – miał się na jeden wieczór zamienić w salę bankietową zdolną pomieścić około dwustu osób. Służące sprowadzone z Podhala systematycznie wynosiły na strych co cenniejsze lub bardziej zbędne rzeczy, czyli w zasadzie wszystko prócz stołów i krzeseł. W spokoju pozostawiano gigantyczny kredens, obrazy na ścianach i serwantkę z porcelaną a także ogromne regały pełne książek. Reszta miała wylot zgodnie z zasadą „co na drodze to wróg”. Wszędzie, jak pamiętam – „musiało być miejsce dla gości”. Taszczono więc po schodach małe stoliczki, walizki ukryte za szafą, letnią odzież, koce, zawartość biurek, żeby na nich postawić półmiski i talerze, odłożone rzeczy dla biednych, rzeczy do naprawy i rzeczy do tak zwanego przejrzenia. Cokolwiek stało na wierzchu mogło się spodziewać zsyłki na strych i, co za tym idzie – wiecznego zapomnienia. Bo jest oczywistym, że połowa tych rekwizytów nigdy nie wracała na dół, albowiem zastępowano je czymś nowym. Zupełnie jak w czasie przeprowadzki – niektórych pudeł już się nigdy nie odpakuje, jeśli mogą pozostać zamknięte. Strych co roku zasilała więc spora ilość różnorakich sprzętów i drobiazgów, a dom po imprezie wydawał się pustawy, co prowokowało do inwestycji. Sam wuj odnosił się do tego pospolitego ruszenia ze sporym dystansem, nie pomagał, starał się jednak nie przeszkadzać. Zamknięty w swoim gabinecie, do którego nikt nie miał wstępu nie tylko podczas imienin, ale w ogóle nigdy – spędzał dnie na redagowaniu prac naukowych z zakresu orientalistyki, tłumaczył na polski Bajki z Tysiąca i Jednej Nocy, a po kolacji samotnie zasiadał na kanapie i otwierał szafkę, w której miał ukryty nie barek, lecz telewizor. Po obejrzeniu wieczornego filmu zamykał telewizor na klucz i szedł spać. Drzwi gabinetu były obite głuszącym materiałem, co zapewniało absolutny spokój do pracy i do odpoczynku. Kiedy główny zainteresowany wyjeżdżał na kilka dni służące z Podhala w towarzystwie ciotki przypuszczały atak na bezbronne sanktuarium. Myły okna, pastowały podłogę, ścierały kurz. Po zakończeniu akcji ciotka z największą starannością odtwarzała bałagan zastany w miejscu zbrodni – układała teczki i zapisane maczkiem świstki starając się zachować ten sam chaotyczny układ, jaki zastała po wyjeździe wuja, ale wraz z jego powrotem karczemna awantura była nieunikniona. Ależ Haneczko, ja niczego nie jestem w stanie znaleźć! Co się tutaj działo na Boga!!! Wygląda, jakby huragan przeszedł, co ja teraz pocznę!!! Jak to posprzątane! Nic nie jest na swoim miejscu!!! Kto mi to zrobił!
Zaiste trudno się dziwić, że nieszczęsny naukowiec bał się porządków jak ognia, skoro każdego roku cała masa przedmiotów bezpowrotnie znikała z domu. A nie ma rzeczy trudniejszych do odtworzenia niż zapiski uczonych. Podobna rozpacz ogarnia dzisiaj tych, którzy wskutek awarii prądu, lub ataku wirusa komputerowego utracili drogocenne pliki.
Wracając jednak do samych imienin, zbliżały się nieuchronnie, a dom powoli zaczynał pustoszeć. Strych pękał w szwach, na dole za to lśniły froterowane parkiety, kuchnia pracowała na dwie zmiany, pachniały ciasta, dymiły pieczenie, lodówka nie chciała się domknąć, w piwnicy chłodziły się sałatki śledziowe i macerowały w ziołach różne baraniny od Kubosków albo Karpielów.
Goście proszeni byli zazwyczaj na szóstą lub siódmą wieczorem, a nadejście owej godziny zwiastowały spore gromadki osób na przystanku tramwajowym w pobliżu naszego domu. W trosce o solenizanta, który, chcąc każdego z osobna powitać musiałby spędzić całe imieniny na przeciągu przy drzwiach wejściowych – obowiązywała cicha umowa wejść grupowych. Kiedy przed furtką zebrało się kilkanaście osób naciskano dzwonek i tak utworzony oddział wkraczał do sieni, gdzie czekał wuj. Po odbyciu ceremonii powitania i wręczenia kwiatów lub innych prezentów – zdejmowano futra, palta, wełniane płaszcze i kapelusze oraz, bywało – liczne, ociekające deszczem parasole. Po jakimś czasie antyczny wieszak nie mieścił już żadnego okrycia więcej, a wtedy Marysia czy Ludwina zabierały całe naręcza odzieży na łóżko w pokoju babci, który to pokój w narożniku domu był, podobnie jak gabinet wuja – wyłączony z imprezy. Może dzięki temu zachowało się sporo cennych pamiątek, szczęśliwie ocalałych z dorocznej selekcji.
Jakich by jednak nie dołożyć starań – zorganizowana logistyka tego wydarzenia była w zasadzie niemożliwa i koniec końców goście, którzy się stawili jako pierwsi zaczynali wychodzić mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przybywali ostatni zaproszeni. Poszukiwania płaszczy trwały wieki. Nie wszyscy byli w stanie dopchać się do wuja z życzeniami i prezentem. A i przeciwnie, zdarzało się wujostwu witać osobę, której jako żywo nigdy wcześniej nie widzieli i nie mieli bladego pojęcia kto zacz. Mimo to nigdy nie zanotowano żadnej kradzieży pamiątkowej papierośnicy ani nie roztrząsano sprawy z futrem, które w przedziwny sposób wyszło na nieswoim grzbiecie. Jedynym, co zasługiwało na miano incydentu, a co w ogólnym rozgardiaszu uchodziło uwadze uczestników – była obecność dwóch pijanych dziewczynek w wieku pomiędzy 6 a 8 lat przemykających się w odświętnych sukieneczkach na wysokości nieco powyżej stołów. Jak się łatwo domyślić – teraz, bo wtedy nikt się nie domyślał – imieniny wuja były dla mnie i mojej siostry wymarzoną okazją do spróbowania zakazanych trunków, pozyskanych jako tak zwane zlewki. Udając dobrze wychowane profesorskie dzieci – pod pretekstem pomocy przy zbieraniu naczyń polowałyśmy na niedopite kieliszki, a zawartość pozostałą na dnie zlewałyśmy do kubka. Tak otrzymaną miksturą raczyłyśmy się przez cały czas trwania imprezy. Ten z piekła rodem kompocik lałyśmy w gardła nie zważając na fatalne w skutkach, postępujące upojenie. I słusznie, bo nasze hałaśliwe zachowanie, wybuchy śmiechu i tarzanie się pod stołem stanowiły daleki drugi plan wobec niezwykłych towarzyskich brylowań znanych z ciętego języka i barwnych anegdot przedstawicieli krakowskiej elity. Dopóki żadna z nas nie tańczyła nago na stole, a to się przecież nie wydarzyło – fakt zamroczenia alkoholowego w wieku niewiele ponad przedszkolnym – nie został nigdy wykryty i napiętnowany. Nie przyniosłyśmy wstydu rodzinie, nie spotkała nas zasłużona kara i, co istotne – nie zostałyśmy alkoholikami. Niezatarte wspomnienie tej imprezy obecne w naszych głowach przeczy powszechnie panującemu przekonaniu, jakoby alkohol powodował dziury w pamięci. Jednym słowem – dobrze się pije w miłym towarzystwie.
Tak się oto się bawiono w dawnym Krakowie, nie wiem jak inni uczestnicy opisanego tutaj wydarzenia, ale my z siostrą uważamy facebookowe wpisy i kinderbale w Mac Donaldzie za nudne, nieatrakcyjne i wieszczące upadek epoki.
Pozostawiam Państwa z tym niewesołym wnioskiem życząc jednocześnie październikowym solenizantom – udanych imienin. Chociaż, biorąc pod uwagę okoliczności – łatwo nie będzie.