Wszelkie mniemanie dość ma siły, aby się mogło człowiekowi stać droższe niż życie – Michel Montaigne – Próby. Montaigne żył w czasach, kiedy ludzie dość często umierali za przekonania, tego rodzaju śmierć była trendy. Teraz życie, a nie śmierć jest trendy, ale umysłowy beton nadal jest w człowieku silny. Nad każdą zmianą myślenia pracują rzesze buntowników. Społeczeństwa są bogate, czasy pokoju i dobrobytu zdają się sprawiać wrażenie, jakoby śmierć zniknęła, znika też powoli kara śmierci. Teoretycznie nie musimy za nic umierać, ale to nie znaczy, że jesteśmy bardziej tolerancyjni. Przeciwnie, nic tak ludzi nie wkurwia jak brak kary za odmienność.
System wartości nie powinien wynikać z przekonań, lecz odwrotnie, dlatego jeśli już wyrabiamy sobie zdanie na temat kogoś lub czegoś niechże by ono wypływało z dobrych natchnień! No, ale nie wypływa. Dziwne, nie widzimy niczego złego w miłości, tolerancji, szacunku i empatii a tyle złego widzimy w drugim człowieku…Swoiste lenistwo w rozumieniu na rzecz łatwości osądzania jest skłonnością umysłu do podążania utartymi, znajomymi ścieżkami. Umysł lubi się oszczędzać a do myślenia trzeba go zmuszać. Myślenie abstrakcyjne, indywidualne, sprzeczne z logiką – nie jest jego mocną stroną. Jego mocną stroną jest dobrze wgrany program i sprawnie działający system. Umysł to leń i cykor, nie chce niczego zmieniać, żeby nie oberwać. W systemie może sobie funkcjonować na autopilocie, popijać drinki z palemką albo chodzić na kopalnię o piątej rano – nieważne jaki wybierzesz rodzaj rutyny – karuzela ma się kręcić. Wyskoczyć z niej można tylko przez nieuwagę lub przez napór tak silny, jak zagrożenie życia, ciężka choroba, wojna, miłość i inne dary losu, gdzieś, z głębiny ducha wydobyte na światło dzienne. Dzięki okolicznościom, w których cały ten mechanizm zatrzymuje się na chwilę, albo zawiesza – umysł wiotczeje i robi się elastyczny, beton się kruszy.
Czasem wystarczy precedens, dlatego podziękujmy precedensom! Precedens to wyjątek od reguły. Niemal każda reguła ma swój precedens i stąd już blisko do odkrycia, że nie ma reguł. Weźmy na przykład taki facebookowy profil pod tytułem – „Eugeniusz – po prostu świnia”. Świńskie raje powstają w opozycji do rozszalałej konsumpcji wieprzowiny i coraz śmielej domagają się uwagi. Ich posty w mediach społecznościowych wywołują skrajne reakcje. Pod zdjęciami ubłoconych świńskich ryjków wtulonych w swoich opiekunów trwa gorąca dyskusja zwolenników i przeciwników wegetarianizmu. Nie jest to jednak prawdziwy powód, dla którego emocje sięgają zenitu. Świnie nie są tak istotne jak ludzie, którzy wybrali życie pośród szczęśliwych świń.
Ich inność, lub choćby tylko bliskość relacji z podopiecznymi, ich próba uczynienia przyjaciół z potencjalnych schabów i szynek sprawia, że prośby o wsparcie, które są oczywiste w sytuacji opieki nad psami, kotami lub końmi -w tym konkretnym przypadku generują falę pogardy i agresji. Lub przeciwnie – zaciekłej obrony i hojnego wsparcia.
Ot klasyczna walka karnawału z postem, czyli przekonania ze zrozumieniem. Zrozumieniem siebie przede wszystkim. Pytanie- co mnie w nich tak wkurwia – jest tutaj kluczowe. Świnia w łóżku, świnia przyjaciel, świnia słodziak – dlaczego trudno na to patrzeć? Uporządkujmy źródła niechęci do tego rodzaju misjonarstwa, lub, jak wolą niektórzy – odchylenia od normy.
Albowiem w powszechnym mniemaniu misjonarz to ktoś, kto się poświęca w imię wyższych, niematerialnych celów. Postać z założenia tragiczna, uosobienie martyrologii i szlachetnych wyrzeczeń, powtórka z Matki Teresy ( swoją drogą Matka Teresa w odczuciu części społeczeństwa stała się raczej ikoną hipokryzji niż dobroczynności). Jakby nie patrzeć misja ratowania świata niesie w sobie gorzki smak męczeństwa i upodlenia. A tymczasem w najbardziej medialnym świńskim zakątku baba przebrana za wróżkę, wytatuowana od stóp do głów, z paznokciami typu wampirzyca pląsa radośnie w obłoconych gumiakach pośród stada kwiczących wieprzy. Nie udaje szczególnie biednej (stać ją na paznokcie) a zbiera kasę, która komuś może się wydawać ogromna. (Ludzie nie mają pojęcia ile kosztuje utrzymanie zwierząt). Takie zachowanie w połączeniu z podejrzaną estetyką prosi się o łomot. Zanim jednak rzucisz kamieniem pomyśl człowieku nad dobrodziejstwem precedensu, bo oto masz go w czystej postaci. A więc po pierwsze – skalany tatuażami, dobrym samopoczuciem i wygłupami wizerunek misjonarza.
Po drugie – sprawa świni. Powszechny jest pogląd, że świni nie da się uratować przed jej przeznaczeniem. Świnia już tak ma i musi się z tym pogodzić, świnia to nie maltańczyk, nie jest do kochania, tylko do hodowania na mięso. A to sztuczny podział z punktu widzenia świń, równie niesprawiedliwy i absurdalny – jak dzielenie psów na łańcuchowe i kanapowe. Zupełnie jakby te łańcuchowe same sobie odmówiły domowego ciepełka i wybrały zimne więzienie. Ze świniami jest podobnie. Każda woli żyć na wolności, być głaskana i dostawać gruszki na deser niż tkwić w ciasnej klatce z perspektywą smutnego końca. Ale MY uważamy inaczej. My im odmawiamy prawa do wypowiedzi w tej kwestii i zakładamy, że pokornie godzą się na chów przemysłowy i rzeźnię. Świńskie raje to długo wyczekiwany precedens. Generują wyrzuty sumienia, których dotąd nie mieliśmy i nagle zaczynamy mieć. To dopiero jest wkurwiające, dobierają nam się do sumień! Nawet nie świnie, tylko ludzie, którzy je kochają. Tymczasem nie chodzi o sumienie, tylko o świadomość. Mamy precedens i łapmy się tego precedensu jak tonący brzytwy!
To przez takie „wariatki” jak baba w stroju wróżki i ta druga, śpiąca w towarzystwie wielkiej lochy – chwieje się status zwierząt hodowlanych. Chwieje się w naszym umyśle i czujemy, jak pęka betonowy pancerz. Słowo „hodowlane” równoznaczne z „pogodzone z przeznaczeniem” okazuje się wymysłem na użytek przemysłu mięsnego po to, żeby masowe zabijanie świń, jednych z najinteligentniejszych zwierząt, wyprzedzonych w tym rankingu jedynie przez delfina i szympansa – nie sprawiało problemów emocjonalnych konsumentom wieprzowiny. Zwłaszcza, że nam do świni niedaleko i wystarczyłaby drobna, naprawdę kosmetyczna zmiana DNA żebyśmy się urodzili z zakręconym ogonkiem i uszami do przodu. Lekarze pracują nad pozyskaniem serca świni do przeszczepu. Zbiorowa podświadomość świń z całą pewnością ciągnie w dół ludzką, zważywszy los większości z nich.
Ale skupmy się na razie na Eugeniuszu. Zakładając, że świat jest lustrem, a jest – to zadowolony, wolny i ze smakiem pochłaniający gruszkę Eugeniusz- po prostu świnia – stanowi odbicie naszej pozytywnej strony, unaocznia tęsknoty ducha. Duch nie musi jeść, cała reszta człowieka musi. Umiejscowienie ducha w ciele skazuje nas na dotkliwą rozterkę pomiędzy sercem a żołądkiem. I wcale nie o to chodzi, żeby zrezygnować z mięsa, tylko sobie uświadomić szokujący w sumie fakt, że niemal wszystko, co się nadaje do jedzenia jest w jakiś sposób żywe. Nie jemy kamieni, żwiru, skał, (wg AI materia nieożywiona to ziemia, skały, woda i powietrze, a także przedmioty stworzone przez człowieka, jak budynki i pojazdy) – tego nie jemy, a wyjątkiem wydaje się sól. Natomiast to, co sobie pakujemy do brzucha, do krwi i mięśni, bo stanowi nasz budulec – zazwyczaj żyło zanim się znalazło na talerzu. Więc rzecz jasna, chociaż cierpienie marchewki nie jest porównywalne z przeżyciami zwierząt w rzeźni, każda bez wyjątku egzystencja na tym globie stanowi pokarm. Jakby tak zebrać do kupy wszystkie kraje i kultury okaże się, że ludzie potrafią jeść dosłownie wszystko – owies, tygrysy, papugi, jabłka, liście, glony, krewetki, psy, konie, śledzie, pokrzywy, mrówki, kraby, kury i dziki. Żebyśmy nie wyszli na tych najgorszych, co jedzą a nie są jedzeni – przypominam, że nas też atakują wirusy, grzyby, bakterie i drobnoustroje, wysysają nas pijawki i trują jadowite węże. Napadają niedźwiedzie, rozszarpują wilki, krokodyle i rekiny. I tylko świadomość tego faktu, zdanie sobie sprawy z okrutnego pomysłu na ożywioną materię, gdzie wszyscy się nawzajem zabijamy żeby przeżyć – różni nas od reszty istot zamieszkujących planetę Ziemia. Różni nas problem etyczny, który mamy jako jedyni. Jest smutna perwersja w tym, że empatię i altruizm – ów boski pierwiastek odkrywa w sobie istota, która, jak cała reszta – żywi się cudzym życiem i pada ofiarą żywych organizmów. Świadomość tej makabrycznej zależności jest naszym przekleństwem i zarazem sprawia, że, też jako jedyni – czujemy się powołani do szacunku dla naszych żywicieli. Do tego, żeby ich nie uprzedmiotawiać, bo wtedy sami zniżamy się do poziomu bycia czyimś pokarmem. Na przykład wirusów, komarów albo lwów.
Dylemat pomiędzy jedzeniem a zabijaniem to pierwszy stopień wtajemniczenia na drodze do wyjścia z matriksa, bo, co zabawne, przychodzimy tu głównie po to, żeby znaleźć wyjście. Przejrzeć system i wyłamać się z niego. Zhakować własny umysł.
Umysł nie jest z kosmosu, jest z mięsa. Broni naszej mięsnej substancji jak niepodległości i nadzoruje polowanie. Z poziomu umysłu świński raj jest zagrożeniem. Zamknięty umysł dopuszczony do głosu nigdy nie będzie popierał duchowych potrzeb, nie będzie współczuł. . Żeby to się zdarzyło – musi zostać podporządkowany duchowi a to potrafi tylko świadomość. Podporządkować nie znaczy wyłączyć. Życie to stąpanie po kruchym lodzie. Bo misjonarstwo też potrafi zryć beret i doprowadzić do załamania nerwowego stając się taką samą karuzelą, z której trudno wyskoczyć. I wtedy precedensem jest ktoś, kto kocha siebie i mówi, że to wystarczy, żeby wszystkich dookoła zbawić.. Szukajmy więc na swojej drodze odmienności, doceniajmy wagę precedensów, żeby nie stracić czujności, żeby mieć ruch, żeby iskrzyło na stykach. Odmienności są na razie najlepszym sposobem na wypunktowanie umysłu, także tego stworzonego sztucznie. Jeszcze go odróżniamy od naszego, ale ta różnica zniknie. Będzie nam jeszcze trudniej, zamiast żeby było łatwiej. Nie ma się na co cieszyć, to ostatnia chwila, żeby dać lajka Eugeniuszowi i kupić mu gruszkę na deser.