Kropla białej farby.

Czego pragniesz najbardziej? – pyta psycholog albo wróżka, albo redaktor z telewizji, a może słynny uzdrowiciel, czy też po prostu święty Mikołaj. Prawidłowa odpowiedź brzmi – zostać milionerem. Oj, bałabym się takiej odpowiedzi. Mnie wystarczy, żeby wróciła zima. I rzeczywiście – jest. Przyszła zapewne za sprawą Mikołaja, bo to jego działka. Kiedy jest tak pięknie, chciałoby się z tym coś zrobić. Najlepiej zjeść. Istotom z ciałem i żołądkiem głód myli się z zachwytem. Piękno od razu nasuwa skojarzenie z konsumpcją. Trudno patrzeć na pączka z lukrem i nie tknąwszy rozważać jego smakowitość. Nie kupuję pączków z lukrem, ale znam to uczucie. Identyczne właśnie mnie ogarnia na widok świata pokrytego białym puchem, wyciszonego, księżycowego, „bez śladów użytkowania”. Nie można tego tak zostawić, bo ciało domaga się doznań, domaga się objęć, ciało jest głodne. Nozdrza pracują, zęby się ostrzą. Niechże chociaż noga postanie i wgniecie w ziemię tę niewinność, niech ją naznaczy własnym śladem aż jęknie pod butem. Orła też można zrobić, zanurkować w zaspie i ugnieść ją kolanami, rozpirzyć wydmy usypane przez wiatr, postrącać czapy z gałęzi, zrobić kulkę, ulepić bałwana, dyszeć na czerwono ze zmęczenia. Otrzepać śnieg, wytrzeć nos, ogarnąć wzrokiem pobojowisko. Teraz lepiej. Od razu wiadomo, że był tu człowiek.

Wczoraj wieczorem zaśnieżoną drogą przejechało auto, pędziło o wiele za szybko. Za nim na długim sznurku mknęły dwie pary sanek z dziećmi. Sanki podskakiwały na wybojach, dzieci piszczały, kierowca mógł być pijany, a nieletni był na pewno. Za sankami rozpędzone psy, wieś tańczy i śpiewa. Że też się nie pozabijają. Od maleńkości tylko adrenalina jest coś warta w domach bez książek.

Czuję, że zima nas opuszcza. Nie tylko ja to czuję, wszystkie organizmy zanotowały jej nieobecność w kalendarzu. Każdy powrót powoduje powszechne podniecenie. Sanna, bałwany, zaspy, kuligi, dzwonki i księżyc, który świeci na niebiesko. Zima daje się we znaki – tak się mówiło, ale już się nie mówi. Zima nikomu nie daje się we znaki, zima zniknęła, prawdopodobnie poradziliśmy sobie z zimą. Topnieją lodowce, podwyższa się średnia temperatura, a to, co najstarsi ludzie pamiętają myli się z tym, co można zobaczyć tylko w filmie. Na przykład – Doktor Żywago. Zima tam panowała piękna i okrutna. Lodowata, z chodnikami wykopanymi w śniegu, obrazami na szybach i tym światłem, niepowtarzalnym, które nie oznacza wcale ciepła, ale może oznaczać życie.

Całe moje dzieciństwo wydarzyło się w zimie. W Kościelisku aż do kwietnia nie dało się rano otworzyć drzwi chałupy, bo śnieg zawadzał. Potrafił wszystko przywalić. Wciskał się do domu przez szpary w drzwiach, oblepiał framugi, zasypywał auta. Schody wyglądały jak zjeżdżalnia. Białe pola łatwo mogły oślepić, wiatr przenikał szczeliny pomiędzy kurtką i rękawiczką, szukał drogi w splotach wełny na czapce, przechodził przez szalik, oblepiał rzęsy masą mokrych płatków. W domu sprawy przybierały naturalny obrót, trzeba było palić w piecu i zamykać drzwi.  W sieni jeszcze ściskał mróz, buty zdjęte za progiem pozostawały ośnieżone. Na skarpetkach w rozgrzanej izbie wyrastały lodowe kulki. Zapach mokrej wełny zmieszany z wonią gorącego pieca i szumem czajnika, lodowatość oszronionych okien, cały ten żywioł- ogromnym wysiłkiem wyproszony za drzwi i czyhający za nimi – to obraz mojego dzieciństwa.

Ono odeszło razem z zimą. Zabrałam ją ze sobą ubrana w czapkę kominiarkę i sweter w norweskie wzory – prezent od chrzestnej matki z Londynu. Na nogach miałam góralskie, filcowe kapce na rzemyki a rękawiczki przemokły i pachniały jak zwierzę. Zima zamieszkała na zawsze w mojej głowie i w sercu, ukryłam ją tam i nie oddam. Ze dwa razy w dorosłym życiu moje serce stopniało, ale już po chwili szron malował na nim strzępiaste wzorki i nie czułam żadnego bólu.

Zimo dobra

Bielą otul nas

Bo każda nasza chwila przebudzenia czeka

Z dawnych smutków oczyść naszą twarz

Bo mamy jechać razem

A droga daleka

I niech się spełni złotej łaski czas.

Ten wiersz Miłosza jest moją modlitwą, jedyną, jaka mi przechodzi przez gardło nie powodując uczucia daremności wszystkich tego rodzaju praktyk. Może dlatego Pan Bóg mnie wysłuchał pogroziwszy palcem – „ale żeby mi to było ostatni raz.”  Wstał, sięgnął po pędzel i kapnął na pożegnanie kilka kropel białej farby na obraz i podobieństwo tamtych zim.

IlustracjaClaude Monet – Sroka – 1869 – obraz nieprzyjęty na Salon w Paryżu.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.