W nocy z czwartku na piątek usłyszałam łomot jakby drzewo spadło na stajnię. Wybiegłam przed dom w skarpetkach i szlafroku, panowała cisza. W tej ciszy usłyszałam kolejne uderzenie i już wiedziałam, że to ona. Leżała w poprzek boksu i bezskutecznie próbowała się podnieść… Podrywała głowę i szyję, ale ciało jej nie słuchało. Rak już ją pożerał od środka. Usiadłam przy niej, wiedziałam, że musi wytrzymać do czasu przyjazdu lekarza, który ją uśpi. Była przestraszona. Kopytem zahaczyła o kosz z sianem i walcząc o wyswobodzenie -rozkrwawiła sobie nogę, przecięła pęcinę. Było mi potwornie zimno, wróciłam do niej za kilkanaście minut ubrana w dresy i w chodakach. Okazało się, że jednak wstała. Wyszła na środek stodoły. Próbowałam ją wprowadzić z powrotem do boksu, ale dosłownie wrosła w ziemię. Założyłam jej derkę i zapięłam pod brzuchem i szyją. Zostawiłam otwarty boks, zamknęłam stodołę, żeby psy nie weszły. W łóżku czekałam na świt i co 15 minut wychodziłam sprawdzić, czy żyje. Żyła. Noc nie chciała się skończyć a ona stała chwiejnie, walcząc o utrzymanie równowagi. Pierwszy lekarz nie odebrał telefonu, drugi powiedział, że może przyjechać koło południa. Trzeci doradził, żebym poczekała, może sama padnie, szkoda płacić za narkozę. Dopiero Magda zgodziła się przyjechać od razu, ale Magda leczy małe zwierzęta, nigdy w życiu nie usypiała konia. Zanim przyjechała, Szaklana upadła po raz drugi. Co jakiś czas próbowała się podnieść, ale już nie była w stanie. Głaskałam ją po głowie, mówiłam, że zaraz nadejdzie pomoc, mając na myśli śmierć. Magda – malutka, drobna, z nieodłączną czerwoną torbą, przyjechała z pięcioma nabitymi strzykawkami. Chwilę trwało, zanim znalazła żyłę. Po pierwszej dawce Szaklana nagle odwróciła się na plecy, szyją przygniotła pozostałe strzykawki a kopytem zawadziła lekarkę, która nie miała gdzie uskoczyć, bo stodoła była zamknięta. Spokojnie – nic się nie stało -powiedziała pani doktor, ale widziałam, że ręce jej się trzęsły a uderzenie było mocne. Zaczęła podawać narkozę w kolejnych dawkach, ładowała ją jak nakręcona, żeby zdążyć przed kolejnym wierzgnięciem, które jednak już nie nastąpiło. Koń nie żył. Nieruchome oko nie reagowało na dotyk, ale serce jeszcze biło. Dołożyłyśmy ostatnią dawkę. Nakryłam martwą głowę kawałkiem kołdry, na której leżała. Zamknęłam stodołę. Odprowadziłam Magdę do furtki. Podziękowałam jej za odwagę. To się mogło skończyć dużo gorzej. Koń ma potworną siłę.
Kolejny dzień i noc Szaklana przeleżała w stodole w swojej pięknej, niebieskiej derce. Nie wchodziliśmy tam. Rano następnego dnia przyjechała po nią ogromna ciężarówka. Ta sama, która zabierała El Greco. I ten sam gburowaty facet kazał nam wyciągnąć zwłoki na środek podwórka. Dobrze, że było na miejscu auto z hakiem i lina. Związaliśmy mocno przednie nogi. Auto ruszyło, Szaklana przejechała kilka metrów i odwróciła się na tyle, że mogłam odpiąć i zdjąć derkę. Wyglądała jak atrapa z pracowni dekoracji filmowych. Imitacje martwych koni do scen bitewnych są sztywne i lekkie. Ale ona była ciężka jak skała. Kiedy już leżała na środku placu gość wsiadł do szoferki i zaczął manewrować dźwigiem. Sprawnie oplótł jej brzuch za pomocą ogromnych żelaznych szczypiec i podniósł całą jak piórko. Ogon falował na wietrze, reszta była wyprostowana, jak u koni z papier mache… Szaklana wędrowała w górę, przypominała teraz małą kukiełkę na tle niebieskiego nieba.. W końcu zniknęła w czeluściach ogromnej skrzyni… Matka championów, córka gwiazd, moja piękna Laleczka z białej porcelany. Jej grób bezimienny, jak grób Mozarta. Symfonia życia cmentarzom zostawia ciała. Prawdziwa muzyka gra w naszych duszach po wsze czasy.
Ilustracja – Theodore Gericoult