Anglia jest wieczna.

14 sierpień 2021 – Sobota, godzina 8.15 – jednooka Delta wyrusza z Orońska do Manchesteru. Ma przed sobą prawie 3000 km drogi do domu. Do towarzystwa – równie jak ona poschizowaną byłą dzikuskę z fundacji Psom na Pomoc. Z pewnością ich podróż stanowi precedens. To jedna z tych adopcji, które wywracają do góry nogami utrwalone schematy na temat tego, w co warto inwestować. To czyn całkowicie pozbawiony logiki i korzyści. A więc boży w czystej postaci. On, znany skądinąd jako Bóg –  ma w dupie logikę i korzyści. Pani Ewa z Manchesteru, która opłaciła transport i ofiarowała suczkom dom – okazała się więc kolejnym bogiem.

Delta była u nas 3 lata. Odłowiona w gminie Bliżyn z wybitym okiem wylądowała najpierw w hotelowym kojcu. Resztki oka trzeba było usunąć, bo łzawiło pod słońce. Przez pierwsze 3 miesiące nie wychodziła z budy, panicznie bała się ludzi. Potem mieszkała rok w stodole u Uli, pozwalając się dotknąć tylko w czasie burzy, bo burza była jeszcze gorsza niż ludzka ręka. Nareszcie pewnego dnia przewieźliśmy ją do domowego hotelu z resocjalizacją, gdzie za 450 zł miesięcznie  – uczyła się prawidłowych relacji z człowiekiem. A po roku wypatrzyła ją na naszej stronie www – Pani Ewa i postanowiła adoptować wraz z towarzyszką niedoli Triszą. Suczki dostały paszporty, szelki, półzaciskowe obroże i smycze zapięte na dwa karabińczyki.  1 sierpnia o godz 16.15, w 35 godzinie podróży wjechały pod kanał La Manche, o czym poinformował nas sms em skrupulatny przewoźnik. Gdybym powiedziała dzisiaj mojemu ojcu, że pies – śmieć psa, wrak psa, pies odpad – bez oka, dziki, przeciętnej urody, dygoczący ze strachu przed życiem, przed człowiekiem, przed koniecznością istnienia – nasz pies – pocina właśnie ultra nowoczesnym, podwodnym tunelem do domu, który zapłacił 600 funtów za to, by go tam dowieźć – wiedziałby od razu mój ojciec urodzony w poprzednim świecie – jaka to rewolucja. Mentalna, techniczna, duchowa, wszelka. DELTA właśnie łączy światy. Pozornie nie do połączenia. Że też zawsze musi to być kaleka..

Czterdzieści lat temu nie było jeszcze eurotunelu. Były spienione wody kanału La Manche w chmurny, sierpniowy dzień. Autobus firmy Godfrey Abbot ( ku uciesze mojego chłopaka – Jarka Godfreya) – wjechał na prom i kazali nam wyjść na pokład.   Ubrana w bluzę z napisem „City of London” kupioną na wyprzedażach w Paryżu przecisnęłam się pomiędzy rzędami białych ławek, żeby zająć miejsca. Miałam grzywkę i byłam tłustą Ciucią. Kochaliśmy się z Jarkiem miłością studencką, beztroską i nietrwałą, ale teraz się okazuje, że to była pod wieloma względami miłość życia. Wtedy na taką nie wyglądała. Ławki okazały się twarde jak kurwa mać a w mini barze można było zamówić hot dogi drogie jak kurwa mać. Zjedliśmy po hot dogu i dopłynęliśmy do Dover, skąd autobus firmy Godfrey Abbot dowiózł nas do Londynu. Dzięki moim rodzinnym koneksjom, o których można by osobną książkę napisać – mieszkaliśmy w sklepie z cukierkami. Do dyspozycji była łazienka, duży materac i pięćset tysięcy cukierków popakowanych w podpisane pudła. Wolno nam było jeść, ile dusza zapragnie. Dzięki czemu mam na zawsze dość cukierków, nigdy po nie nie sięgam. Ale wróćmy do chwili, kiedy autobus się zatrzymał i wysiedliśmy w pobliżu Victoria Station. Jak się łatwo domyślić – lał deszcz. Tam zawsze leje deszcz. Na filmach i w realu.

Przemoczeni ruszyliśmy w stronę czerwonej budki telefonicznej, znanej całemu światu jako angielska czerwona budka. Równo z nami wystartowała do niej starsza dama pod parasolem. Popisując się swoim angielskim, który po raz pierwszy po 10 latach nużących lekcji – nagle okazał się przydatny – grzecznie ją przepuściłam. You are first – rzekłam najprościej jak się dało. God is first – usłyszałam w odpowiedzi. Po rozmowie z Bogiem starszej damy – dorwaliśmy się do słuchawki.

Wrzuciłam cały swój majątek w postaci brzęczących monet do odpowiedniego otworka i wykręciłam numer Piotrka Farena, syna mojej chrzestnej matki – zapisany w bardzo ważnym notesie z twardą okładką.  Piotrek zaskoczony naszym przybyciem powiedział, żebym poczekała, że zaraz oddzwoni. Ale ja dzwonię z budki – odrzekłam rezolutnie, a okazało się, że niezbyt rezolutnie. – No więc odczytaj numer na telefonie w budce. Odczytałam. Oddzwonił. Nie wyobrażałam sobie, że telefon w budce może do mnie zadzwonić. Ilekroć oglądam Matriksa – wiem lepiej niż inni, co czuła Trinity podnosząc słuchawkę – ten manewr naprawdę gwarantował przeżycie.

Zanim dotarliśmy londyńskim metrem do sklepu z cukierkami, którego właścicielem była młoda pani Faren – okazało się, że drugi numer na naszej liście w notesie z twardą oprawą wskazuje na bardzo bliską lokalizację. Sprawdziliśmy adres na planie Londynu, wielkiej płachcie zakupionej wcześniej w Paryżu, z którą teraz usiłowaliśmy się pomieścić na jednym metrze kwadratowym wnętrza budki. O tak, to było trzy ulice dalej!  Dom rodziny Stachiewiczów. Mieczysław  – lotnik Dywizjonu 303, przyjaciel Piłsudskiego  i mojej ciotki – czyli wujek z Anglii był znany  stąd, że przychodziły od niego pachnące paczki na święta. Zawierały różne nieosiągalne smakołyki, między innymi masło orzechowe. Teraz, w Londynie Stachiewicze zapraszali nas pięknie na borówki ze śmietaną.  Skromnie urządzone pokoje wyglądały tak samo, jak wszystkie znane mi polskie mieszkania, pełne książek, z parkietem pachnącym pastą do podłóg i tapczanem, nad którym wisiał kilim. Jarek oszalał na widok zdjęć wujka Mietka za sterami bojowych samolotów, popisał się wiedzą o historii, broni i militariach, które kolekcjonował ( w końcu z czegoś sobie w ten durny łeb palnął  30 lat później) i jako dodatek do borówek dostał list od Piłsudskiego, jeden z wielu pisanych do Mietka przez Pana Naczelnika. W zasadzie mogliśmy wracać do Polski po takiej wizycie. Ale ja chciałam jeszcze poromansować w sklepie z cukierkami i zobaczyć Piccadilly Circus. Co w pełni udało się zrealizować w ciągu siedmiu dni, a po nich Godfrey Abbot zabrał nas na powrót do Paryża, gdzie poczułam się nagle jak u cioci na wsi .

Nigdy więcej nie byłam w Anglii. Jarek umarł samobójczą śmiercią, nie widzieliśmy się 30 lat. Z Piotrkiem spotkałam się chyba 15 lat temu. Jest teraz 80 letnim starcem. Zdaje się, że po tym spotkaniu odsyłałam mu pamiątkowe pióro, które zostało na stole, kiedy zapisywał mój telefon. Być może działo się to przy okazji pogrzebu ojca albo ciotki. Ale nie jestem do końca pewna, czy mi się nie przyśniło.

Po 46 godzinach podróży z przystankami na siusiu i miskę – Delta dojechała do Manchesteru. Minęła Londyn i przejechała jeszcze w poprzek całą Anglię. Nad ranem zachwycona Pani Ewa przejęła swoje uratowane suczki z Polski i wysłała nam wspólne zdjęcie. Zdjęcie dotarło messengerem w chwili, kiedy zostało zrobione. Zaiste nasza z Jarkiem niegdysiejsza wyprawa w porównaniu z tym, jak zabezpieczona była Delta – wydaje się czystym szaleństwem. Bez pieniędzy, z zapisanym na kartce numerem telefonu nigdy niewidzianego, przyszywanego wujka i niczego się niespodziewającej rodziny Farenów, z wizą na jeden tydzień i perspektywą spania w metrze, jak to się mogło udać? Bez telefonów komórkowych, bez rezerwacji, hosteli, możliwości poinformowania bliskich, bez karty do bankomatu, bez ciepłej kurtki… Ale udało się. I nam i Delcie. Jej się udało na resztę życia, nam na 7 dni. Wobec wieczności nie ma żadnej różnicy. A  przecież Anglia jest wieczna.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.